Wyłącz reklamy

Opowiadania / Dla dzieci

Okno na świat, czyli trudna sztuka życia

Okno na świat,
czyli trudna sztuka życia



Life is a tale
Told by an idiot, full of sound and fury,
Signifying nothing. (ang.)

— William Shakespeare (Szekspir)
Makbet, akt V, scena 5



ROZDZIAŁ I – TAM, GDZIE MARZENIA BIORĄ SWÓJ POCZĄTEK

To było upalne lato. Promienie słoneczne przedzielały pierzaste cirrusy, rozlewając się na wysuszonej bez reszty skorupie ziemskiej. Po czystym piasku snuły się tu i ówdzie ciemne plamy, zarysowujące niedbale wszystkie trójwymiarowe obiekty, które stanęły na drodze jasnym strugom światła. Jedne z nich kładły się nieruchomo, leniwie wyczekując końca dnia, inne bez wytchnienia pierzchały po horyzoncie, padając na różnorakie przedmioty. Te drugie, wierni towarzysze istot żywych, przez cały Boży dzień adorowały swoich właścicieli, by ostatecznie zatracić swój byt w chłodnych barwach nocnej rzeczywistości.
Michał przyglądał się im z zaciekawieniem. Wydłużone, monotonne karykatury snuły się za małymi sylwetkami ludzi śpieszących w różnych kierunkach. Nie opuszczały pani z zakupami w ręce, pana wyprowadzającego na spacer pociesznego czworonoga, ani nawet biznesmena w czarnym garniturze, wytrwale niosącego dużą walizkę z bagażem przeżyć i doświadczeń mijającego dnia. Zegar na pobliskim ratuszu wybijał godzinę osiemnastą. Tłum powoli przerzedzał się, ustępując miejsca ciszy i spokojowi, niekiedy zakłócanym pojedynczymi odgłosami dzieci bawiących się jeszcze na okolicznym placu zabaw. Kiedy na szybie pojawił się niemrawy odblask wyglądającego z granatowej toni księżyca, nawet najwytrwalsi z piratów musieli bezapelacyjnie opuścić targany przeciwnościami losu statek, do złudzenia przypominający zwykły trzepak, na którym codziennie dochodziło do aktów przemocy wobec zakurzonych dywanów.
Chłopak wstał od okna z twarzą naznaczoną głębokim zamyśleniem. Jej wyraz zdawał się być czymś w rodzaju ekspresji psychologicznej człowieka targanego silnymi emocjami. W rzeczy samej, Michał do takich ludzi się zaliczał. Wszelkie problemy natury filozoficznej wzbudzały w nim morze wyobrażeń, wzburzane dodatkowo przez sztorm niepewności co do osiągnięcia satysfakcjonującej go odpowiedzi. Sam, narażony na liczne niebezpieczeństwa, wypływał na głębokie wody poznania, mogąc liczyć jedynie na łut szczęścia dmącego w żagle z pomyślnej strony. To jak iść po linie z zamkniętymi oczyma, nad przepaścią wypełnioną pustką, z którą jednym błędnym ruchem można zawrzeć pakt istnienia w wiecznej nicości. Lub też jak pełzanie pośród tłumu ludzkich stóp pod postacią gąsienicy.
Nadszedł czas kolacji. Michał udał się do odległej o dwie poprzeczne ściany kuchni, gdzie przywitał go zapach świeżej pieczeni domowej roboty. Wszyscy zajadali się nie byle jakim rarytasem, kładąc cienkie plasterki na posmarowane wcześniej masłem kromki świeżego chleba razowego, bądź też rysując sztućcami po talerzu odkrajali drobne kawałki mięsa, które następnie wędrowały bezpośrednio do ust. Michał siadł przy stole obok swojego młodszego o rok brata, Adama. Po przeciwnej stronie siedzieli na drewnianych stołkach rodzice chłopców. Teraz już wszyscy w komplecie dostarczali organizmowi niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania składników organicznych i witamin. Po sytej wieczerzy Michałowi przypadł obowiązek zmywania naczyń naznaczonych tu i ówdzie tłustymi plamami, które niedługo potem rozpłynęły się w zetknięciu z gorącą wodą zaprawioną chlorem, zamazując przy tym ostatnie ślady posiłku.
Dochodziła godzina dwudziesta druga. Wszyscy domownicy zanieśli już swe modlitwy do Boga, dziękując za opatrzność nad rodzinnym ogniskiem. Michał udał się z kuchni do łazienki, a po kwadransie leżał w swym łóżku, z głową zwróconą w stronę okna, na którym ktoś rozwiesił liczne błyszczące punkciki. Przez moment przyglądał się im z zaciekawieniem charakterystycznym dla dziecka, które pierwszy raz w życiu obserwuje białe płatki spadającego z grudniowego nieba śniegu. W końcu przekroczył progi wyobraźni, sadowiąc się tam, gdzie marzenia biorą swój początek.

ROZDZIAŁ II – MAŁY, BIAŁY, MIENIŁ SIĘ W GWIAZD POŚWIACIE

Dochodziła trzecia. Sen opuścił Michała nazbyt wcześnie. Chłopak otworzył zmęczone oczy, spoglądając ukradkiem w kierunku okna. Świat nadal spowity był gęstą ciemnością, która jednak Michałowi zdała się być dziwnie pustą. Czegoś jej najwyraźniej brakowało, czegoś, co musiało być niezmiernie ważnym dla oczu szczegółem. Tylko co to mogło właściwie być? Michałowi nie dawał spokoju fakt zatraconego poczucia piękna, odczuwanego zawsze w stosunku do uroków nocnego krajobrazu, rozlewającego się szerokim łukiem po widnokręgu postrzeganym z pierwszego piętra starej kamienicy. Wnet zaczął padać długo wyczekiwany przez rolników deszcz, który rozmazał wszystkie barwy użyte przez naturę do stworzenia niebanalnego dzieła, jakim była granatowa zasłona, przylegająca ściśle do zewnętrznej strony chłodnej szyby. Michał nieco posmutniał. Wiedział, ile wysiłku i jak duży wkład pracy przyrody został właśnie zmarnowany. Był zły na krople wody, które lgnąc do okiennic zniszczyły doszczętnie już i tak wybrakowany obraz. Teraz wyglądał on jak surowe, poprzecinane wyraźnymi smugami malowidło impresjonistyczne, na którym rozmazywał się blask księżycowej tarczy. Blask księżyca i nic więcej.
- Gwiazdy! – z pełnym zaniepokojenia i troski głosem wydusił z siebie Michał – Gwiazdy! Co się z nimi stało? - W istocie, niebo pozbawione było wszelkich gwiazd, które jeszcze przed pięcioma godzinami mrugały do chłopca z przyjaznym przesłaniem. Były dla niego tak bliskie, a teraz zniknęły niewiadomo gdzie. W jednej chwili uwagę Michała przykuł plecak, który czekał w kącie, przygotowany na kolejne wakacyjne eskapady. Był to nie byle jaki, materiałowy schowek na wszelkie drobne rzeczy, które każdy podróżujący powinien mieć zawsze pod ręką. Zazwyczaj miał barwę ciemną jak atrament. Zazwyczaj. Teraz zdawał się świecić jak lampka przeznaczona specjalnie do czytania pod osłoną nocy. Blask, jaki bił z kąta, był tak bezlitosny dla wzroku przyzwyczajonego do nocnych, stonowanych barw, że Michał musiał zagrodzić mu drogę, po której trafiał bezpośrednio do źrenic. Chłopak uniósł prawą dłoń na wysokość oczu, przez palce spoglądając na dziw, który dział się naprzeciwko niego. Był wstrząśnięty, ale z drugiej strony niezwykle podekscytowany tym, czego doświadczał. Myślał, że to sen na jawie. Szybko jednak przekonał się, że jest w błędzie. Kiedy popularna metoda uszczypnięcia nie wykazała oczekiwanych rezultatów, Michał usiadł na łóżku i nie opuszczając dłoni chroniącej oczy, postanowił zbadać źródło dziwnego zjawiska. Kiedy postawił bosą stopę na zimnej, drewnianej posadzce, blask jakby przygasł. Kiedy obok pierwszej stopy pojawiła się druga, blask znikł zupełnie. Michał zawiedziony niezwykłym przywidzeniem, które zdawało się bezpowrotnie ulecieć gdzieś do krainy figlarnej fantazji, ułożył się ponownie na łóżku.
Wtedy zdarzyło się coś niezwykłego – tornister nie tylko rozbłysnął nowym, pełniejszym światłem, ale wyskoczyła z niego dziwna istota. Ni to człowiek, ni zwierzę. Istny wybryk natury. Mały, biały, mienił się w gwiazd poświacie. Gwiazd, które wyzierały z trzymanej przez dziwaka w dłoni sakiewki i oślepiającą jaskrawością nie pozwalały dojrzeć dokładnie jego oblicza. Michał wlepił oczy w przybysza, mimowolnie rozwierając buzię. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie na pół dzielone ze zmieszaniem. Nieoczekiwany gość, widząc pytający wyraz na niemej twarzy chłopca, postanowił najwyraźniej zaspokoić jego ciekawość. Wyszedł z kąta, odrzucił na bok swój świetlisty skarb, po czym, znając zapewne zasady savoir vivre’u, z wdziękiem się ukłonił. Nie powiedział przy tym ani słowa.

ROZDZIAŁ III – ÓW OKRĄGŁY, JAŚNIEJĄCY PONAD GÓR SZARZYZNĄ

Twarz Michała nie potrafiła przybrać na nowo naturalnego wyrazu. To, co wprawiało go w niezwykłe zdumienie, ukazało się teraz w pełnej krasie. Michał zmierzył postać wzrokiem od stóp do głów. Cóż za dziwo - człowieczek niewielkich rozmiarów, który z łatwością zmieściłby się do pudełeczka od zapałek. Przybrany w biały, elegancki surdut, z głębokim wcięciem z tyłu, rozdzielającym go od dołu na dwie części, pod spodem czysta jak śnieg koszula, dopięta na ostatni guzik, z których każdy mienił się połyskiem szczerego złota. Niżej opadały ku ziemi białe spodnie, utrzymywane przez biały pasek ze złotą sprzączką, a na stopach znajdowały się wiązane buciki wielkości rodzynek, również barwy śnieżnobiałej. Jakby tego było mało, długie, zaczesane włosy oraz skóra pokrywająca drobne ciało karzełka były identycznej barwy, co niemal cały jego ubiór. Zlewały się z nim tak, że w efekcie można by uznać człowieczka za stanowiącego jedność z przybranym odzieniem, zaprojektowanego i stworzonego razem z nim w komplecie. Michałowi widok malutkiej postaci zrazu skojarzył się z ołowianym żołnierzykiem, których posiadał niegdyś kilkanaście sztuk. Było to jakieś cztery lata temu, kiedy miał sześć lat. Wówczas cały pluton zbrojnych zdobił jego półkę, dzielnie wznosząc do góry lufy karabinów maszynowych. Obecnie na półce znajdowały się tylko książki i lektury szkolne, z którymi żołnierzyki przegrały batalię i ostatecznie trafiły do zbiorowej mogiły w postaci dużego kartonu. Mogiła mieściła się gdzieś na poddaszu, by nie zajmowała bezzasadnie wolnej przestrzeni niewielkiego i tak pomieszczenia.
Wspomnienia z całkiem beztroskich lat dziecięcych rozpłynęły się gdzieś w powietrzu, kiedy w miarę donośny głos tajemniczego przybysza zastąpił ich miejsce, rozbrzmiewając jak dzwon w głowie ściągniętego na ziemię Michała. – Witaj. Nazywam się Arsen, herbu Gwiezdny Pył. – rzekł człeczek, po czym zbliżył się nieco do nieśmiałego chłopca. Michał, oswojony już po części z niezwykłym widokiem, usiadł na łóżku i niepewnie przytaknął na słowa przybysza, po czym odparł urywanym głosem – Kim… jesteś?... – Przybysz zbliżył się jeszcze bardziej. Z niekłamaną ufnością pochwycił czubek dużego palca chłopak i zwinnie wspiął się po opuszczonej stopie, lekko go przy tym łaskocząc. Michał jednak nie zwrócił na to uwagi, cała bowiem poświęcona była bacznemu śledzeniu poczynań niecodziennego gościa. Przybysz wprawnym ruchem przeszedł po pionowo ułożonej kończynie dolnej Michała, po czym zeskoczył z gracją na prześcieradło. Na chwilę zniknął z oczu chłopca, zlewając się niemal idealnie z czystą bielą pościeli. Zaraz jednak Michał poczuł delikatny ucisk w okolicach prawej dłoni. Obrócił głowę i ujrzał tuż obok siebie malutkiego Arsena. Arsen nabrał powietrza w płuca, tak jakby przygotowywał się do wygłoszenia dłuższego monologu, po czym dał mu upust wraz ze słowami: „Moją ojczyzną jest ów okrągły, jaśniejący ponad gór szarzyzną…”

ROZDZIAŁ IV – A OSTATNIE LIŚCIE JESIENNE ULECIAŁY Z WIATREM

Kalendarz stawał się coraz chudszy. Kolejne jego kartki były odrywane z częstotliwością jedna na dzień. Słońce za oknem jakby osłabło, jego promienie nie dostarczały już tyle ciepła, jak miało to miejsce w czasie wakacji. Coraz częściej zanosiło się na deszcz. Michał zaobserwował, że ludzie pędzący w różnorakich kierunkach zaczęli przyodziewać grubsze niż jeszcze przed kilkoma tygodniami stroje. Nieodłącznym atrybutem niemal każdego przechodnia stała się czapka i gruby szalik. Co poniektórzy zapobiegliwsi w ręku dzierżyli także parasol, na wypadek niepomyślnej aury.
W końcu zaczął się nowy rok szkolny. Owego dnia budzik zadzwonił dużo wcześniej niż zwykle, dając znak do powrotu z odległych krain sennych złudzeń w tempie ekspresowym. Już o w pół do siódmej Michał był na nogach. Po zaliczeniu porannej toalety i posileniu się kromką chleba ze smalcem, chłopak w pośpiechu zarzucił na siebie białą koszulę, garnitur i ubrał czarne spodnie. Spoglądając na zegarek uznał, że zdąży jeszcze doprowadzić do porządku sterczące we wszystkich kierunkach, kruczoczarne włosy. Kiedy Michał odkładał grzebień, zabytkowy zegar stojący w przedsionku zaczął wybijać godzinę siódmą. Nadszedł najwyższy czas na udanie się do szkoły. Po pożegnaniu z rodzicami, Michał ponaglił brata kończącego dopinać guziki przy eleganckim garniturze, co wychodziło mu nieco niesfornie. W końcu Adam stanął obok Michała i razem opuścili mieszkanie, zatrzaskując za sobą drzwi.
Autobus przyjechał punktualnie. Chłopcy wsiedli do niego o godzinie siódmej piętnaście. Przez całą drogę Michał śledził z okien pojazdu robotników krzątających się tu i ówdzie z miotłami, którymi zgarniali różnobarwne rekwizyty jesieni z ubłoconych chodników.
Następne dni upływały w podobnym porządku, z tym, że wszystko zaczynało coraz bardziej szarzeć i smutnieć. Na ulicach przybywało rąk do pracy. Do czasu. W końcu nastała słota, a ostatnie liście jesienne uleciały z wiatrem.

ROZDZIAŁ V – SKRACAŁ NATURALNY DYSTANS DZIELĄCY OCZY OD GŁĘBI SERCA

Michał zdążył się już przyzwyczaić do systematycznego wysiłku umysłowego, który wymuszał na nim powrót do szkoły. Wszelkie wspomnienia upalnych dni sprawiały, że odpływał gdzieś myślami, aczkolwiek równie szybko potrafił odnaleźć się z powrotem w obecnym stanie rzeczy. Nieraz, kiedy pisząc wypracowanie z polskiego na temat sposobów spędzenia wakacji dostrzegł za oknem przelatujące ptaki, z niezwykłym entuzjazmem chwytał się w duchu ich nóg i niesiony z wiatrem podziwiał oczyma wyobraźni niezwykłe krajobrazy, które na nowo stawały przed nim całą swą okazałością. Odwiedzał góry i jeziora, lasy, ugory, wszelkie piękne zakątki karmiące duszę ludzką nieprzepartym pragnieniem powrotu do natury. Zazwyczaj jednak, kiedy pogrążony w takim letargu spojrzał na okno, wszystkie piękne obrazy samoczynnie rozpływały się w późnojesiennej szarówce. Ostatnimi czasy Michał nie dostrzegł na horyzoncie ani pani z zakupami, ani pana z psem, ani biznesmena. Nikt nie wychodził z domu bez naglącej konieczności, a jak już, to z pełnym asortymentem chroniącym przed przemoczeniem. Do łask wróciły obok parasoli, czapek i szalików wszelkiego typu kurtki puchowe i nieprzemakalne peleryny, obowiązkowo z kapturem. W chwilach słoty odwoływano wszelkie rejsy spod placu zabaw, piraci kryli się w domowych zaciszach, jedynie kłęby spalin z rur wydechowych wzmożonej komunikacji miejskiej mieszały się z kroplami ulewnych deszczy tnących cynicznie pobudzane przez wiatr ruchy powietrza.
Pewnego razu zdarzyło się coś niecodziennego, coś, czego Michał nigdy wcześniej nie doświadczał. Dzień od samego rana zapowiadał się ponuro. Mżawka i chłodne podmuchy wiatru upatrywały w pieszych przedmioty podłej zabawy, gnębiąc ich wyziębione organizmy lodowatym dotykiem. Jako, że Adam od przeszło tygodnia leżał w łóżku z gorączką, Michał wysiadł na przystanku autobusowym sam, po czym śpiesznym krokiem udał się w kierunku budynku szkolnego. Całą drogę zajęło mu przeskakiwanie z jednej kałuży w drugą. W rzeczy samej, świat wyglądał z rana jak jedna wielka, zmoczona gąbka, która zdawała się pochłonąć nieprzebrane ilości wody deszczowej. Niebawem Michał z ulgą przestąpił progi uczelni, pozostawiając za drzwiami kapryśną aurę. Kolejne godziny lekcyjne mijały jakoś powoli, na tyle, że dzień z wolna zaczął chylić się ku upadkowi. Jeszcze w czasie późno popołudniowej podróży powrotnej chłopak wyjrzał przez zamazaną szybę. Spostrzegł wyłaniający się zza brudnych cumulusów ciepły zarys kształtów kulistego przyjaciela. Potem jego wzrok skupił się na czymś zupełnie innym – spojrzenie rzucone przypadkiem na fotel gdzieś w przedniej części pojazdu zatrzymało się na dłuższą chwilę, by móc nasycić się upojnym widokiem, który sukcesywnie skracał naturalny dystans dzielący oczy od głębi serca. Tymczasem nieliczne wędrowne ptaki zaczęły rozpływać się w czerwoności krwawiącego nieba.

ROZDZIAŁ VI - MALUJE KOLEJNE DNI BARWAMI DLA SIEBIE TYLKO ZNANYMI

Jesienna aura dała się we znaki nie tylko Adamowi. Niedługo jego losy podzielił również Michał. Chłopcy przez okrągłe dwa tygodnie leżeli w łóżkach, bacznie śledząc powolny ruch słońca zawieszonego nisko nad horyzontem. Chwila mimowolnego odpoczynku i głębszej retrospekcji sprawiły, że Michał uznał za stosowne przenieść na kartkę niedaleką przeszłość i najbliższą przyszłość. Po części z nudów, po części z faktu, że całe jego życie ostatnimi czasy nabrało zupełnie nowego wyrazu, założył pamiętnik. W krótkim czasie od postanowienia do realizacji pomysłu pojawił się w zeszycie pierwszy wpis. Był on próbą odtworzenia obrazu, który trwale zapisał się w głowie młodego człowieka przed kilkoma dniami, wieczorem.
23.11

Pamiętam
Dzień umierał po cichu...

Wędrowne ptaki rozpływały się
W czerwoności krwawiącego nieba
Przelewającego się w toń brunatną

Leniwe obłoczki
Opadały nisko ponad
Horyzont rzeczywistości
Tonąc w przestworzach niezbadanych

I tylko świetlisty Księżyc pływał
Zanurzony gdzieś
Na krawędzi dwóch światów
Lawirując niebezpiecznie między

Nieznanym a zniszczonym

/Ignotus nauta/

Michał spojrzał raz jeszcze na twór, który wydał mu się podłą mistyfikacją. W istocie, słowo pisane nie było w stanie oddać słów natury, które same w sobie stanowiły dzieło sztuki. Tam każdy wyraz, każdy przecinek i kropka składają się na otaczającą nas rzeczywistość, a każdy wielokropek to jedna wielka niewiadoma, niedopowiedzenie, które maluje kolejne dni barwami dla siebie tylko znanymi .

ROZDZIAŁ VII – A NIEBO WCIĄŻ MIENIŁO SIĘ BRAKIEM GWIAZD

Za oknem pojawił się pierwszy śnieg. Świat zmienił swoje upierzenie, jak pisklę przechodzące w stan wewnętrznej równowagi rozwojowej. Dął wiatr przenoszący chaotycznie opadające płatki śniegu. Jedne zlewały się z bielą ścielącą grunt, inne szukały bardziej wyrafinowanych sposobów zakończenia żywota, na przykład poprzez przywarcie do haftowanej mrozem szyby lub stopienie przy zetknięciu z twarzą pana z psem, pani z zakupami, bądź biznesmena. Rzeczywiście, w porównaniu z jesiennym zastojem, ruch uliczny tętnił nowym życiem. Michał, siedząc przy biurku pochylony nad podręcznikiem od matematyki, co chwilę dostrzegał za oknem znane skądinąd twarze przechodniów, tu i ówdzie sąsiadów mieszkających w przyległych kamienicach. Co chwilę dochodziły go wesołe okrzyki francuskich rewolucjonistów podbijających Bastylię, która niewiele różniła się od znanego już skądś trzepaka.
Kiedy zaczęło się ściemniać zamilkł gwar uliczny, ustępując miejsca ze wszech stron odzywającej się ciszy. Ciszy, która zakryła niebo brunatnymi zasłonami. Michał odłożył ułamki wraz z zeszytem na bok, a po codziennej późnowieczornej toalecie udał się do łóżka ze swym pamiętnikiem.

27.11

Weszłaś bezszelestnie
Oknem
Lekko stąpając
Po ścieżce blasku
Księżycowego

Przytuliłaś mnie
Pocałowałaś czule
Na dobranoc
I ukołysałaś do snu


Nic nie powiedziałaś
Jak to zwykle z Tobą bywa

/Ciszo bezgraniczna/

Takim sposobem powstała kolejna, druga z kolei notatka. Michał posmutniał. Spojrzał w kierunku złocistego rogala, a niebo wciąż mieniło się brakiem gwiazd.

ROZDZIAŁ VIII – A ŻYCIE TOCZYŁO SIĘ DALEJ…

Michał wstawał teraz szybciej, a noc spała dłużej. Zima była nieubłagana, a śnieg torował wszystkie szosy. Niektóre stawały się z dnia na dzień nieprzejezdne. Ważna stała się zapobiegliwość wobec ilości czasu przeznaczanego na pokonanie drogi dzielącej dom od szkoły. Temperatury sięgały wielu kresek poniżej zera, co stało się szczególnie uciążliwe dla mieszkańców starych, słabo ocieplonych i źle ogrzewanych kamienic. Pierwszym nieprzyjaznym bodźcem każdego dnia stał się moment zroszenia skóry letnią wodą podczas porannej toalety, drugim - zetknięcia bosej stopy z zimną, kafelkową posadzką po kąpieli . Na twarzy Michała zaznaczał się on grymasem charakterystycznym dla mimowolnego cierpiętnika, który błaga o litość swego oprawcę. Niestety, siły przyrody nie należały do wrażliwych na ludzką niedolę.
Po przebrnięciu przez najsroższą z tortur, dalsza część dnia stawała się już bardziej znośna. Posilony, przebudzony w znacznej mierze organizm łatwiej przystosowywał się do warunków panujących na zewnątrz. Michał wraz z Adamem docierali do szkoły na czas, bez zbędnych niespodzianek przebiegały również późne powroty do domu. Ten pierwszy, chłopak o duszy marzyciela, wielokrotnie szukał wśród przydrożnych drzew przykrytych złowrogą osłoną nocy potworów, które czyhały na okazję pochwycenia sytego posiłku, a w padającym na biały puch blasku księżyca poszukiwał wzrokiem wilkołaków, dumnie wznoszących szyje ku świetlistej plamie rozlanej na granatowym płótnie.
Wolne chwile spędzali chłopcy z przyjaciółmi - nielicznymi z tych, którzy okazali się prawdziwymi - urządzając bitwy na śnieżki, bądź lepiąc ogromne postaci z kul śnieżnych, powszechnie znane jako bałwany. Niekiedy odbywały się kuligi, które były nie mniej fascynujące, niż wtórujące jękom nacieranego zmrożonym śniegiem okrzyki tryumfu podstępnych spiskowców.
Częstokroć Michał siadał w kącie i cicho płakał, wspominając nieoczekiwaną śmierć matki. Kobieta odeszła z tego świata dokładnie przed rokiem, mając zaledwie trzydzieści sześć lat. Zmarła na zawał. Chłopak często odwiedzał z ojcem i bratem przyozdobiony zimowym puchem grób. Często również, rzucając wzrok na bliżej nieokreślony punkt na niebie, starał się odnaleźć tam zapewne coś więcej niż zaginione gwiazdy. A właściwie kogoś, kto był mu bliski przez przeszło jedenaście lat życia, a teraz ta bliskość stała się nieco bardziej odległą. Chcąc skrócić dystans do gnębiących spraw życia doczesnego, Michał wyciągnął z szuflady dawno nieuzupełniany pamiętnik, po czym dokonał kolejnego wpisu.

12.12

Toni bezkresna! -
Ciemna jak atrament
I tajemnicza
Pani

Pożarłaś bez skrupułów
Najmniejszych
Niejednego już śmiałka
Który pokusił się
O spróbowanie Twych
Fal spienionych

Na grzbiecie swym
Unosisz zuchwałe widma okrętów
Do przepadłych już w wirze lat
Przystani

Cicho i skrycie...

Czy byłaś głodna?
Czy to raczej zawiść mieszana
Z ironią?


Nie odpowiadasz

Być może to wyraz młodzieńczego buntu wobec trudnych porządków natury, może tylko poetyckie zacięcie. Michał niepostrzeżenie schował pamiętnik do szuflady, którą cicho domknął. Chwilę potem spojrzał w stronę okna. Księżyc wisiał jak zwykle wysoko nad horyzontem. Chłopak, nieco uspokojony, zasnął wtulony w poduszkę. Dopiero wtedy Adam odstąpił od drzwi, które skrywały jego szpiegowskie zapędy. Mały odkrył tajemnicę chowaną w szufladzie przez brata. Wszystko skrupulatnie odnotował wzrokiem przez dziurkę od klucza. A życie toczyło się dalej.

ROZDZIAŁ IX – BO POSIADAŁ MNIEJ NIŻ „PEŁNOWAROŚCIOWE” DZIECKO

Istotnie, życie toczyło się dalej, a dla Michała nabierało całkiem nowych kolorów. Od czasu, kiedy po raz pierwszy ujrzał Agnieszkę, zdawało mu się, że los dał mu drugą szansę. Że nie jest z góry skazany na potępienie za bycie półsierotą. Jak to obco brzmi. Do niedawna mógł liczyć na wielu „prawdziwych” przyjaciół, teraz pozostały mu tylko wspomnienia i nieliczni prawdziwi przyjaciele. Świat jest podły, a najgorsze ze wszystkiego jest to, że on sam niczym nikomu nie zawinił. Po prostu stał się inny, stracił połowę wartości, bo posiadał o połowę mniej niż zazwyczaj posiada „pełnowartościowe” dziecko.
Michał ujrzał Agnieszkę po raz pierwszy w autobusie. Jego wzrok zatrzymał się przypadkiem na uśmiechniętej twarzy dziewczyny, która wystawiła głowę w lewą stronę, poza oparcie fotela. Widok ten stał się dla Michała czymś w rodzaju portretu bliskiej mu osoby. Sympatyczny łuk poniżej nosa dziewczyny jednoznacznie kojarzył się chłopakowi z uśmiechem na twarzy matki. Uśmiechem, za którym tak bardzo tęsknił.
Tuż po podróży autobusem Michał podbiegł do dziewczyny, po czym szepnął z dozą nieśmiałości w głosie: „Cześć. Piękny zachód słońca, nieprawdaż?” Dziewczyna lekko zaskoczona, bynajmniej nie dała po sobie tego poznać. Po krótkiej chwili odparła z przekonaniem w głosie: „Tak. Uwielbiam oglądać, jak ptaki rozpływają się w jego amarantowej głębi.” Michał, lekko zbity z tropu, przez dłuższą chwilę szedł przy wybrance serca w milczeniu, po czym uznał, że nie należy zwlekać z zadaniem pytania tak niemiłosiernie palącego gardło: „Eeee… Czy nie chciałabyś ze mną chodzić?” Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, jakby nie zrobiło ono na niej najmniejszego wrażenia. Co więcej, nie wyglądała na zaskoczoną jego postawieniem. Po krótkiej chwili zebrała się na odpowiedź…

ROZDZIAŁ X – A ON POPEŁNI ZA CHWILĘ ZAMACH STULECIA!

Adam żywił nieprzepartą ciekawość co do zawartości pamiętnika. Wielokrotnie próbował dostać się do pokoju brata, jednak albo był on zamknięty na klucz, albo Michał w nim przebywał. Chłopak był przezorny i bardzo cenił swą prywatność. Zdarzyło się jednak, że klucz pozostał w drzwiach. Najwidoczniej pośpiech spowodowany przez rozładowane baterie budzika zmusił Michała do popełnienia błędu taktycznego. Nie widząc innej możliwości, Adam uknuł misterny plan. Najpierw, podczas gdy właściciel pamiętnika przebywał w łazience, Adam wsunął ukradkiem klucz do kieszeni spodni. Nieco później, kiedy zegar na szkolnym korytarzu wskazywał godzinę jedenastą, chłopak niepostrzeżenie zakradł się do szatni, chwycił oburącz puchową kurtkę, po czym pobiegł prosto przed siebie. Widząc, że żaden z nauczycieli nie patroluje głównego korytarza, Adam prędko opuścił szkołę. Zgodnie z obowiązującym rozkładem jazdy, autobus pojawił się na przystanku punktualnie o godzinie jedenastej zero siedem. Adam zatarł ręce z podekscytowania. Był pewien, że jego planu już nic nie może zepsuć. Kiedy autobus zatrzymał się na osiedlowym przystanku, chłopak wyskoczył z pojazdu i z impetem, długimi susami rozkopywał na boki grubo zalegający śnieg. To już tu! Już widać kamienicę, a on popełni za chwilę zamach stulecia! Ha!
Adam rozchylił drzwi wejściowe na oścież, zapominając o powinności ich zamknięcia. Wbiegł po schodach na piętro, zaliczając dotknięciem buta co drugi stopień. Zziajany dobiegł do mieszkania. Prędko je otworzył, po czym od razu dopadł przeszkody oddzielającej pokój Michała od wąskiego, zacienionego korytarza. Bez skrupułów pchnął metalowy przedmiot w dziurkę od klucza, przekręcił go i natychmiast zatrzasnął za sobą wrota strzegące skarbu. Wzrok Adama padł prosto na oświetlony przez wyjątkowo wyraźne promienie słoneczne drewniany blat biurka. Podszedł do niego, pochylił się i złapał za uchwyt upragnionej szuflady. Jednym pociągnięciem ręki stał się posiadaczem zapisków Michała. Chłopiec siadł na miękkim łóżku, dzierżąc w dłoni zdobycz. Był dumny ze swego osiągnięcia. Jednak już przerzucenie trzech pierwszych stron wzbudziło w nim poczucie rozczarowania. Nie było tam nic, poza kilkoma wierszami, których i tak nie potrafił do końca pojąć. Chłopak był rozczarowany. Wstał, wysunął szufladę, po czym odłożył pamiętnik w bezpieczne miejsce. Chwilę potem dało się słyszeć skrzypnięcie świadczące o jej ponownym zamknięciu.
Adam szybkim krokiem podszedł do drzwi i ze stoickim spokojem nacisnął klamkę. Pchnął – drzwi nawet nie drgnęły. Chłopak, lekko zdenerwowany, nacisnął jeszcze raz, mocniej niż poprzednio. Niestety, bez oczekiwanych rezultatów. Adam rozpaczliwie siłował się ze złośliwym przedmiotem przez cały pozostały do powrotu brata czas. Kiedy jednak usłyszał skrzypnięcie drzwi mieszkania, opuściły go wszelkie złudzenia. Był zgubiony. Dopiero z pomocą Michała nienaoliwione zawiasy ponownie zadziałały, a Adam został oswobodzony. Jego oczom ukazało się złowrogie oblicze właściciela pokoju.
Wzrok Michała przeszywał na wylot niedoszłego szpiega, któremu sprzed nosa uciekł zamach stulecia. Chłopak, chociaż zazwyczaj był daleki od tego typu metod wychowawczych, bynajmniej nie zawahał się użyć siły. Nagły przypływ emocji sprawił, że Michał zatracił w sobie jakiekolwiek odczucia litości żywione wobec bezradnego rzezimieszka. Postanowił go dotkliwie ukarać. Chłopak wartkim krokiem zredukował dystans między nim a struchlałym gagatkiem, który po chwili leżał przyparty do zimnej podłogi. Michał przycisnął do niej wystraszone dłonie ofiary, po czym spojrzał na twarz brata okiem lwa pastwiącego się nad swoją zdobyczą. Niebawem odeszły w niepamięć wszelkie humanitarne zasady obchodzenia się z bezbronnym jeńcem, charakterystyczne dla dwudziesto-pierwszo wiecznej rzeczywistości. Michał, z cynizmem rysując szczupłymi palcami po miękkim brzuchu nieszczęśnika wtórującego ustawicznym chichotem, uzyskał – prawdopodobnie prawdziwą – obietnicę dotyczącą nienaruszalności terytorialnej pokoju przez osoby postronne.

ROZDZIAŁ XI – KONTURY ZAZNACZAŁY SIĘ POŚWIATĄ LŚNIĄCYCH, NEONOWYCH KOROWODÓW

Mijały kolejne dni zimy. Wśród nich jeden zapisał się szczególnie w pamięci Michała. Był to dzień spędzony z Agnieszką. Co właściwie było w tym niezwykłego? Przecież Michał od momentu pamiętnego zachodu słońca żył tylko takimi dniami. Co dzień starał się znaleźć chwilę czasu, by móc wybyć z domu i podzielić ją z bliską mu osobą. Co dzień mijał te same twarze, rozpoznając w nich niekiedy pana z psem, panią z zakupami lub też strudzonego biznesmena. Co dzień mijał te same, szare zakątki małego świata, a każdego przemijającego wieczora odnajdywał to samo niebo pozbawione gwiazd. Dzisiaj jednak, znane za sprawą nudnego obcowania z codziennością sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Wszystko to dzięki kalendarzowi, a właściwie dwu cyferkom widniejących na jego karcie.
Tak. To była Wigilia Bożego Narodzenia. Dziś twarze nużącej poniekąd codzienności skryły się w domach, a obfite w kolory odurzającej naturalności krajobrazy małomiasteczkowe zastąpił bajkowy świat lampek i neonów. Pierwsze z nich doskonale współgrały z białym puchem wyściełającym okolicę, leżąc z gracją na gałązkach uginających się pod ciężarem zalegającej bieli, te drugie mrugały do przechodniów z wystaw sklepowych.
Michał, dzierżąc w dłoni rękę Agnieszki, bacznie się im przyglądał. Większość z nich wyrażała tradycyjne „Wesołych Świąt” na wiele wymyślnych sposobów. Były jednak również inne, takie które przykuwały wzrok zaciekawionych przechodniów na dłużej. Ze strony Michała na wyraźną aprobatę zasłużył duży renifer, którego kontury zaznaczały się rozmazaną poświatą lśniących, neonowych korowodów. Zwierzak był zamontowany na poręczy balkonu, będącego integralną częścią Urzędu Miasta. Niezwykłym dla wzroku spragnionego piękna była też kolekcja kukiełek przybranych w czerwone stroje, wiszących za szybą sklepową sklepu z drobiazgami. Ich długie, przyozdobione błyszczącym brokatem brody wyglądały na tyle realistycznie, że ekskluzywny kunszt twórców nie pozwalał oczom wyobraźni na dojrzenie zwykłej waty pod ich postacią. Wszystko było po prostu inne – magiczne.
Atmosfera zbliżających się Świąt była idealnym elementem towarzyszącym randkowiczom. W chwili miłosnych uniesień nic nie powinno podburzać wewnętrznej równowagi dwoje ludzi pchniętych przez los ku przyszłości. I to założenie było realizowane w stu procentach. Michał wraz z Agnieszką siedli na postawionej nieopodal Urzędu ławce, gdzie dochodził ich zapach świątecznych potraw wydobywający się z okien pobliskich domów. Rozmawiali na tematy sobie tylko znane, maskując rzucane na lekki powiew nocnego wiatru słowa cichym szeptem.
Niebawem na widnokręgu zarysowały się sylwetki kształtem przypominające ludzi. Ich wyraziste kontury przebijały się przez gęsto opadające płatki śniegu. Dzwony pobliskiego kościoła zaczęły wybijać godzinę siedemnastą trzydzieści, co oznaczało, że zbliża się pasterka dla najmłodszych. Wówczas Agnieszka i Michał rozeszli się do domów - każdy w swoją stronę. W międzyczasie, cały świat zdążył okryć się gęstymi ciemnościami, jednak innymi, weselszymi niż zazwyczaj, bo okalającymi codzienność naznaczoną duchem Świąt.

CDN...
Statystyki:

Ocena: 0 (+0,-0)
Kategoria: Dla dzieci
Odsłony: 319
Komentarze: 0
Dodany: 17.07.2010 11:21
Edytowany: nigdy
Avatar
DarkDogg Status

Oceny

Plus
Brak
Minus
Brak

Komentarze

Dodaj komentarz

Możliwość oceniania i komentowania tej publikacji została zablokowana z powodu braku aktywności jej autora na portalu.

Lista obecności

Żaden użytkownik nie jest zalogowany. Na stronie jest 14 gości.
Polonistycznie.info to portal przeznaczony dla osób, które interesuje poezja w każdej formie. Znajdziesz tu przeróżne wiersze - m.in. wiersze miłosne, smutne wiersze, czy wiersze o przyjaźni. Gdy zatrzymasz się na dużej natrafisz na niejeden erotyk, który wywoła u Ciebie pozytywne emocje. Gdy zapragniesz odmiany i nieco innego rodzaju twórczości, wystarczy, że zajrzysz do kategorii wiersze dla dzieci. Już dziś zarejestuj się w Polonistycznie.info - portal literacki.