Wyłącz reklamy

Opowiadania / Felieton

Sylwester

Spędzałem sobie miłe popołudnie - kulturalnie - fotel, gazeta, w tle telewizor i nic na to nie wskazywało, że akurat to popołudnie będzie początkiem dramatycznych wydarzeń a te zaś początkiem mojego nieszczęścia. Wypoczywam zatem, kiedy znienacka dobiegło do mnie: a co z Sylwestrem? Skurczyłem się - może jakoś ujdzie - zamarzyłem przez moment ale tylko przez moment. Terenia była nieustępliwa - pytałam kochanie co z Sylwestrem - ponowiła atak. Odchrząknąłem i stanowczo powiedziałem: mhm. Dobiegło mnie stanowcze i nieustępliwe: nooo? Tak w ogóle czy chodzi czy o coś konkretnego - zapytałem uprzejmie. Chodzi o to - odparła z niewzruszonym spokojem Terenia - czy idziemy na Sylwestra. A bo ja wiem - okopałem się na zgóry upatrzonych pozycjach i niestety straconych. Zresztą tak na marginesie, czego bym nie robił, to w tej sprawie jedynie na własne nieszczęście i zgubę. Uważam jednak, że oddawanie pola tak sobie, bez walki, to niehonor i postanowiłem drogo sprzedać swoją skórę. Bo wiesz - kontynuowała niewzruszona - właśnie znajomi idą do - i tu wymieniła nic mi nie mówiącą nazwę lokalu. A w ogóle to będą - i tu wymieniła na bezdechu kilka nazwisk czy imion, z których nawet połowa nic mi nie mówiła. Nie mam pieniędzy - bąknąłem nieśmiało. Nie szkodzi odparła Terenia - pójdę w tej, którą sprawiłam sobie trzy lata temu, buty też nie są złe, wyczyści się, trochę na prawidła ulokuje, bo przyciasne, ale na jeden raz mogą być. Tylko nie to - pomyślałem. Suknia, niestety, nie była tą w której najbardziej lubię Terenię oglądać. Powiem nawet więcej - ta suknia mi się nie podobała od samego początku. Konkretnie to nie umiem powiedzieć co w niej takiego było, ale od razu miałem wrażenie, że krawcowa - autorka tego dzieła - znacznie niedowidzi, jest daltonistką, a kto wie czy nie ma zaawansowanej jaskry. Honor mężczyzny nie pozwolił mi na milczenie. Nie mogę wszak wyjść na kutwę i w dodatku sadystę, który czerpie zadowolenie z cierpienia najdroższej z powodu przyciasnych butów. Skoro już musimy iść, to idziemy - zgodziłem się łaskawie, podkreślając dyskretnie, że decyzja balowania nie jest moja decyzją i za jej skutki nie odpowiadam. A suknię sprawisz sobie nową i kupisz odpowiednie do niej oraz we właściwym rozmiarze buty. Oświadczenie poparłem odpowiednią deklaracją finansową, co przyjęte zostało z zadowoleniem. Terenia natychmiast rzuciła się w wir przygotowań. Ja powoli dokonałem przeglądu garderoby, bo w ostatnim czasie jakoś mi się tusza zaokrągliła. Właściwie poza skarpetkami wszystko było przymałe. Zacząłem się nawet zastanawiać dlaczego wszystko nie rośnie równomiernie, to kupiłbym sobie także i nowe skarpetki, skoro i tak już stoję u progu ruiny finansowej. Kołnierzyk u koszuli pił niemiłosiernie aż po niedługiej chwili zaczynało mi brakować tchu i oczy wyłaziły na wierzch. Zażądałem bezwarunkowego przeszycia guzika w nowe miejsce, co Terenia zrobiła ochoczo. Jednakże gdy kołnierzyk był już dobry i usiadłem - w okolicy mięśni konferencyjnych pojawiły się straszliwe rozstępy pomiędzy kolejnymi guzikami. Przyjdzie mi stać przez cały bal - pomyślałem z przerażeniem. Chcąc nie chcąc podjąłem dramatyczną decyzję o zakupie nowej koszuli. Miałem jeszcze - płoną niestety - nadzieję, że coś z garniturem może da się jednak zrobić. Panie, to jest ze dwa rozmiary na Pana za małe, co ja tu mam zrobić - zmiażdżył mnie diagnozą krawiec. A poza tym, kto w takim czymś chodzi, to dobre do trumny - poradził po przyjacielsku. Zawrzało we mnie - jak to, mój najlepszy garnitur i do trumny, taki wspaniały materiał, piękny krój a wykonanie jakie, czego on chce - przez moment miałem wrażenie, że za chwilę polskie krawiectwo straci jednego ze swoich mistrzów na skutek skrytobójstwa. Gdyby jednak spojrzeć na to z drugiej strony - zastanowiłem się - to faktycznie, garnitur ma jakieś dwanaście lat, może nawet nie jest najmodniejszy, a poza tym faktycznie ciasny. Postanowiłem sprawić sobie nowy. Cena uszycia nowego zachwiała mną potężnie, a jeszcze bardziej moimi finansami. Nic to - pomyślałem - będę dziadem, ale za to honorowym. Tak więc nadszedł dzień zero, dzień balu. Terenia wyglądała prześlicznie w nowej kreacji, ja też niczego sobie, w nowym, skrojonym na miarę z pewnym zapasem, garniturze. Przez całą drogę na bal marzyłem tylko, żeby nie disco-polo, żeby nie grali za często i za szybko, i za głośno. Oraz żeby jedzenie nie było chociaż trujące. Zapomniałem pomyśleć o stoliku, nawet chyba spytałem kiedyś Terenię, a ta dyskretnie temat przemilczała. Stolik był bardziej kołchozowy, na dwanaście osób, obowiązkowe pół litra i szampan na parę. Zlustrowałem zimno towarzystwo - część znałem, sympatyczni, inną część znałem - mniej sympatyczni, a reszta - to się zobaczy. Zaczął się bal. Orkiestra składająca się z klawiatury, gitary i perkusji niestety grała wyłącznie disco - polo. Elegancja wymagała odtańczenia po jednym kawałku z każdą z dam, po czym postanowiłem upić się, co miało wydatnie zmniejszyć moje poczucie klęski i dyskomfort. Z Terenią tańczy mi się znakomicie, jest wyrozumiała i nie popędza, natomiast z innymi za damami czasami wolałbym z dwojga złego porozmawiać. Kiedy poprosiłem kolejna damę, przelała się czara goryczy. Dama miała figurę zapaśnika wagi ciężkiej, ujęła mnie w kleszcze swojego żelaznego uścisku i miałem wrażenie, że urwie mi prawe ramię, natomiast z lewej dłoni pozostanie mikroskopijna wytłoczka. Nie dość, że nie mogłem złapać oddechu dźwigając straszliwy ciężar (coza idiota wymyślił, że słodki?), to dama z zapałem godnym lepszej sprawy miotała mną to w prawo, to w lewo. Przez moment przemknęło mi przez myśl, że jak mnie wypuści z rąk, to ani chybi jak taran wybiję jaką dziurę w ścianie, bo po prostu nie będę w stanie wyhamować. Trzymałem się więc kurczowo, co dama zrozumiała opacznie i docisnęła mnie do siebie, pewnie chcąc sprawić mi przyjemność.
Co chwila wpadaliśmy na inne pary, bo partnerka kręciła mną młynka a i tak wszystko szło na mój rachunek, na karb mojego braku wychowania. Wreszcie taniec dobiegł końca przy stosunkowo małych stratach własnych. Skoro ocaliłem życie, wdrożyłem natychmiast plan urżnięcia się w tzw. trupa, do czego znalazłem przy stole godziwych kompanów. Obudziłem się zdrętwiały w fotelu. Gazeta leżała na podłodze, cicho grał telewizor. Byłem w domu. Terenia zobaczywszy, że nie śpię, powiedziała: może pójdziemy gdzieś na Sylwestra? Oniemiałem. Jak to, na Sylwestra - zapytałem nie bardzo przytomnie. A no tak to - to już za kilka dni, zaprosili nas i tu padło nazwisko. Będzie kameralnie, w domu. Idziemy? Pewnie - odparłem - bo dotarło do mnie, że cały ten koszmar mi się przyśnił i jest dopiero pierwszy dzień świąt. Morał stąd jeden - nie obżerajcie się, drodzy rodacy, w czasie świąt, bo będą Wam śniły się koszmarne głupstwa.
Statystyki:

Ocena: 0 (+0,-0)
Kategoria: Felieton
Odsłony: 370
Komentarze: 0
Dodany: 08.12.2009 16:47
Edytowany: nigdy
Avatar
andrzejP Status

Oceny

Plus
Brak
Minus
Brak

Komentarze

Dodaj komentarz

Możliwość oceniania i komentowania tej publikacji została zablokowana z powodu braku aktywności jej autora na portalu.

Lista obecności

Żaden użytkownik nie jest zalogowany. Na stronie jest 9 gości.
Polonistycznie.info to portal przeznaczony dla osób, które interesuje poezja w każdej formie. Znajdziesz tu przeróżne wiersze - m.in. wiersze miłosne, smutne wiersze, czy wiersze o przyjaźni. Gdy zatrzymasz się na dużej natrafisz na niejeden erotyk, który wywoła u Ciebie pozytywne emocje. Gdy zapragniesz odmiany i nieco innego rodzaju twórczości, wystarczy, że zajrzysz do kategorii wiersze dla dzieci. Już dziś zarejestuj się w Polonistycznie.info - portal literacki.