Opowiadania / Fantasy
Opowieść Przedwigilijna
Wreszcie wszystko ucichło. Zasnęli. Cicho zamknęła drzwi sieni i wspięła się stromymi schodami na strych. Ominęła przedostatni schodek – wiedziała, że skrzypi – i weszła pomiędzy rozwieszone na sznurach pranie. W kącie, w bardzo starej szafie po prababci, dawno temu ukryła proste, drewniane pudełko. To już tyle lat – pomyślała. Na zawsze zapamiętała tamten dzień. A gdy zbliżała się Wigilia odczuwała niepokój, coś nią targało, wzywało… Wtedy musiała tu przyjść. Jak teraz…
Kucnęła drżąc z chłodu i wyjęła pudełko. Przetarła je brzegiem szlafroka i pogładziła z czułością wieczko. Była pewna, że nadal tam jest. Czuła to. Czuła też rosnące podekscytowanie i wszechogarniającą radość na myśl o corocznym spotkaniu.
Wtedy też był taki sam zimny i wietrzny dzień. Padał deszcz ze śniegiem. Pamiętała bardzo dobrze.
Wybiegła w gniewie z domu. Trzasnęła drzwiami i biegła na oślep chcąc uciec jak najszybciej i jak najdalej stąd, żeby nie słyszeć wykrzyczanych w złości oskarżeń. Płakała.
Nie widziała dokąd biegnie. Łzy, śnieg z deszczem i gniew skutecznie ją oślepiały. Nagle potknęła się i ból skręconej kostki powalił ją na ziemię. Powalił i otrzeźwił. Była cała oblepiona śniegiem. Poczuła zimno, bo wybiegając w złości nie zabrała kurtki, a teraz leżała w błocie. Zadrżała i rozejrzała się wokół. Boże! – pomyślała – gdzie ja jestem? Chyba oszalałam? Tak się dać ponieść złości! Trzeba wracać. Ale jak? Ból skręconej kostki nasilał się z każdą chwilą. Spróbowała wstać, ale z okrzykiem bólu opadła na ziemię. Na kolanach podpełzła pod drzewo, gdzie rosło kilka krzaków, żeby móc choć trochę ochronić się od wiatru. Było jej coraz zimniej, nie mogła pohamować dreszczy i szczękania zębami. Nagle wśród gęstych gałęzi i śniegu coś błysnęło krótkim, ciepłym blaskiem. Zaintrygowana nie mogła oderwać od tego miejsca wzroku. Bała się, ale jednocześnie nie mogła opanować ciekawości. Jakby coś ją wzywało. Zamknęła oczy. Boże! Co to może być? - kołatało jej w głowie. A może tylko mi się zdaje? Mam omam wzrokowy? Powoli jednak otworzyła oczy i spojrzała w tamtą stronę. Nie. Jednak jej się nie zdawało! Coś tam naprawdę migotało drżącym blaskiem! Było na wyciągnięcie ręki. Jeszcze chwilę się wahała, ale miała wrażenie, że coś, czego nie kontroluje, każe jej sięgnąć po Nieznane. A więc zrobiła to. Zgrabiałą dłonią wymacała nieporadnie w śniegu jakiś kanciasty przedmiot. Bardzo chciała zobaczyć co to jest, ale było zbyt ciemno. To chyba nie to – pomyślała – tamto błyszczało. Już chciała odrzucić to, co trzymała w dłoni, gdy nagle to coś rozjarzyło się słabym, ale ciepłym światłem. Miała wrażenie, że to ciepło przenika ją całą. Nie czuła już zimna. Śnieg na nią nie padał, choć wokół szalała zawierucha. Znajdowała się jakby poza rzeczywistością. Ona i przedmiot, który trzymała w dłoni. Rozświetlał się coraz bardziej. Mogła wreszcie przyjrzeć się swojej zdobyczy. Przyjrzała się, ale nie uwierzyła temu, co widziała. W ręku trzymała Gwiazdę. Najprawdziwszą Gwiazdę! Zwariowałam! Kompletnie zwariowałam! – myślała gorączkowo. Skuliła się pod krzakiem i znów zaczęła płakać. Z przerażenia, samotności i bólu. Ale nie z zimna, bo… nie było jej zimno! Płakała jak dziecko, zawodząc z cicha. Łzy były obfite i bardzo gorące. Gwiazdę tuliła do siebie, jakby to był najcenniejszy przemiot na świecie. Sama nie wiedziała dlaczego to robi. Skoncentrowała się na rozpaczy, chaotycznie usiłowała uporządkować w myślach to, co się stało, gorączkowo zastanawiała się co zrobić, jak wrócić do domu. Nie przestawała płakać. Łzy spływały po policzkach i skapywały na ręce kurczowo trzymające gwiazdę, ściekały na Nią po palcach… Jej światło stopniowo się rozjarzało. Już nie było słabiutkie i mdłe, nie było już drżące. Z każdą chwilą ogarniało swoim ciepłem otoczenie – zapłakaną dziewczynę, drzewa, krzaki – od tego ciepła stopniał wokół śnieg i jakby zieleniła się trawa!! Mogła przysiąc, że słyszała śpiew ptaków! A może to nie były ptaki? Może to… chór anielski? Pewnie umieram – pomyślała. To już koniec. I gdy to pomyślała powietrze rozdzwoniło się milionem dzwoneczków! Radosnych i szczęśliwych! Właśnie tak – radosnych i szczęśliwych! Gwiazda w jej dłoniach zaczęła pulsować, jakby biło w niej Serce. Ostrożnie położyła ją na kolanach i wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana. W jej głowie brzmiała muzyka – przez dźwięki przebijał się Głos – cichy, melodyjny, pełen Miłości. Coś mówił, ale jeszcze nie rozumiała… Był taki uspokajający… Czuła się bezpieczna i odprężona. I nie martwiła się o przyszłość. Słowa stawały się zrozumiałe… Ale kto to mówił? – jeszcze usiłowała kierować swoją myślą. Nie martw się… nie martw się… brzmiało jej w głowie… Wsłuchując się w swoje wnętrze jednocześnie wpatrywała się intensywnie w pulsującą Gwiazdę. Tak! Przecież głos w mojej głowie pochodzi od Niej! Od Gwiazdy!! Delikatnie pogładziła Jej lekko obtłuczone ramiona. Ten ruch wyzwolił eksplozję mistycznych zdarzeń i – mogła przysiąc – nie była sama. Było z nią coś nierzeczywistego, ale przynoszącego otuchę. Było coś… Boskiego! Słuchaj! Słuchaj! brzmiało w jej głowie. Słucham! – krzyknęła piskliwie. Słuchaj! to kres mojej drogi… drogi… kres… już nie odlecę… odlecę… Dlaczego? – zapytała w myślach. Dlaczego? – krzyknęła głośno. Gdy jedna z nas… z nas… dotknie ziemi… ziemi… już tu pozostanie… pozostanie…dotknęłam ziemi… ziemi… zostanę… zostanę… nie poniosę Dobrej Nowiny…Nowiny… zostanę… Tak! Zostań!! – krzyknęła!! – zostań ze mną, skoro nie możesz odlecieć!! – nie zostawię Cię tutaj! Zostanę… zostanę… z tobą… zabierz… zabierz mnie ze sobą… Zabiorę! – zdecydowała. Chwyciła Gwiazdę i przytuliła do piersi. Czuła jej pulsowanie. Czuła też coś nieokreślonego, co ogarniało ją całą, stapiało się z nią wnosząc w jej duszę niewypowiedziany spokój i niezłomną nadzieję na dobrą przyszłość. Oparła się plecami o drzewo i patrzyła na Światło wokół siebie i radowała się ciepłem i spokojem wokół. Zamknęła oczy słuchając cudownej muzyki…
Nagle poczuła szarpanie za ramię. Nie mogła się obudzić, ale szarpanie nie ustawało. I na dodatek ktoś wołał głośno. Do niej chyba? Proszę pani, proszę pani! Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła pochylającego się nad nią policjanta. No nareszcie pani się ocknęła, bo już się martwiliśmy, że nie docucimy pani. Ale że też pani nie zamarzła, taka pieska pogoda. Co też ludziom po głowach chodzi, łażą po lesie bez potrzeby, gubią się, a człowiek musi potem chodzić i szukać. Hej, wy tam! - wrzasnął za siebie – dawajcie tu nosze i koce!! A szybko, bo paniusia nam zamarznie! A to się paniny mąż ucieszy, całą noc z nami szukał! Ale że też pani nie zamarzła, taka pieska pogoda – powtórzył zdziwiony. Oszołomiona potokiem słów przestała go słuchać. Mocniej przytuliła Gwiazdę do piersi zdecydowana bronić Jej do upadłego. Jeszcze biło z Niej ciepło. Ukradkiem pogładziła ją po obtłuczonych ramionach. Gwiazda… mrugnęła do niej?
Pozwoliła pootulać się kocami i zawieźć do szpitala. Nic jej nie było ku zdziwieniu wszystkich. Pozwolili jej pojechać do domu, bo to przecież dziś Wigilia. Gwiazdy nie wypuszczała z rąk, nie pozwoliła sobie Jej odebrać, choć budziło to zdziwienie i zaniepokojenie wszystkich. Ale się uparła. Po powrocie do domu, gdy nikt nie widział, ukryła Ją w prostym, drewnianym pudełku w starej szafie prababci na strychu. Mąż… przepraszał cały wieczór. Kochała go. Powiedziała, że wybacza. Przez wszystkie następne lata nigdy więcej nie podniósł na nią głosu. Właściwie to nie kłócili się wcale. Byli szczęśliwi. Jego gwałtowny charakter jakby złagodniał, a i ona zrobiła się mniej drażliwa, bardziej cierpliwa. Często zastanawiała się czy to za Jej, Gwiazdy, przyczyną. Dorobili się dzieci, wnuków, żyli dostatnio. Byli zdrowi. Żyli zwyczajnie, jak wszyscy. Tylko gdy zbliżała się Wigilia odczuwała niepokój, coś nią targało, wzywało… Wtedy musiała tu przyjść i zajrzeć do pudełka. Jak teraz…
Ocknęła się ze wspomnień zesztywniała z zimna. Uśmiechnęła się w myślach do tamtego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat. Nikomu o nim nie opowiedziała. I tak by jej nie uwierzyli. Teraz znowu siedzi na strychu i za chwilę Ją zobaczy – Swoją Gwiazdę. Tyle Jej zawdzięcza – przede wszystkim życie. I za to, jak co roku, za chwilę Jej podziękuje. Dziś przecież Wigilia…
Kucnęła drżąc z chłodu i wyjęła pudełko. Przetarła je brzegiem szlafroka i pogładziła z czułością wieczko. Była pewna, że nadal tam jest. Czuła to. Czuła też rosnące podekscytowanie i wszechogarniającą radość na myśl o corocznym spotkaniu.
Wtedy też był taki sam zimny i wietrzny dzień. Padał deszcz ze śniegiem. Pamiętała bardzo dobrze.
Wybiegła w gniewie z domu. Trzasnęła drzwiami i biegła na oślep chcąc uciec jak najszybciej i jak najdalej stąd, żeby nie słyszeć wykrzyczanych w złości oskarżeń. Płakała.
Nie widziała dokąd biegnie. Łzy, śnieg z deszczem i gniew skutecznie ją oślepiały. Nagle potknęła się i ból skręconej kostki powalił ją na ziemię. Powalił i otrzeźwił. Była cała oblepiona śniegiem. Poczuła zimno, bo wybiegając w złości nie zabrała kurtki, a teraz leżała w błocie. Zadrżała i rozejrzała się wokół. Boże! – pomyślała – gdzie ja jestem? Chyba oszalałam? Tak się dać ponieść złości! Trzeba wracać. Ale jak? Ból skręconej kostki nasilał się z każdą chwilą. Spróbowała wstać, ale z okrzykiem bólu opadła na ziemię. Na kolanach podpełzła pod drzewo, gdzie rosło kilka krzaków, żeby móc choć trochę ochronić się od wiatru. Było jej coraz zimniej, nie mogła pohamować dreszczy i szczękania zębami. Nagle wśród gęstych gałęzi i śniegu coś błysnęło krótkim, ciepłym blaskiem. Zaintrygowana nie mogła oderwać od tego miejsca wzroku. Bała się, ale jednocześnie nie mogła opanować ciekawości. Jakby coś ją wzywało. Zamknęła oczy. Boże! Co to może być? - kołatało jej w głowie. A może tylko mi się zdaje? Mam omam wzrokowy? Powoli jednak otworzyła oczy i spojrzała w tamtą stronę. Nie. Jednak jej się nie zdawało! Coś tam naprawdę migotało drżącym blaskiem! Było na wyciągnięcie ręki. Jeszcze chwilę się wahała, ale miała wrażenie, że coś, czego nie kontroluje, każe jej sięgnąć po Nieznane. A więc zrobiła to. Zgrabiałą dłonią wymacała nieporadnie w śniegu jakiś kanciasty przedmiot. Bardzo chciała zobaczyć co to jest, ale było zbyt ciemno. To chyba nie to – pomyślała – tamto błyszczało. Już chciała odrzucić to, co trzymała w dłoni, gdy nagle to coś rozjarzyło się słabym, ale ciepłym światłem. Miała wrażenie, że to ciepło przenika ją całą. Nie czuła już zimna. Śnieg na nią nie padał, choć wokół szalała zawierucha. Znajdowała się jakby poza rzeczywistością. Ona i przedmiot, który trzymała w dłoni. Rozświetlał się coraz bardziej. Mogła wreszcie przyjrzeć się swojej zdobyczy. Przyjrzała się, ale nie uwierzyła temu, co widziała. W ręku trzymała Gwiazdę. Najprawdziwszą Gwiazdę! Zwariowałam! Kompletnie zwariowałam! – myślała gorączkowo. Skuliła się pod krzakiem i znów zaczęła płakać. Z przerażenia, samotności i bólu. Ale nie z zimna, bo… nie było jej zimno! Płakała jak dziecko, zawodząc z cicha. Łzy były obfite i bardzo gorące. Gwiazdę tuliła do siebie, jakby to był najcenniejszy przemiot na świecie. Sama nie wiedziała dlaczego to robi. Skoncentrowała się na rozpaczy, chaotycznie usiłowała uporządkować w myślach to, co się stało, gorączkowo zastanawiała się co zrobić, jak wrócić do domu. Nie przestawała płakać. Łzy spływały po policzkach i skapywały na ręce kurczowo trzymające gwiazdę, ściekały na Nią po palcach… Jej światło stopniowo się rozjarzało. Już nie było słabiutkie i mdłe, nie było już drżące. Z każdą chwilą ogarniało swoim ciepłem otoczenie – zapłakaną dziewczynę, drzewa, krzaki – od tego ciepła stopniał wokół śnieg i jakby zieleniła się trawa!! Mogła przysiąc, że słyszała śpiew ptaków! A może to nie były ptaki? Może to… chór anielski? Pewnie umieram – pomyślała. To już koniec. I gdy to pomyślała powietrze rozdzwoniło się milionem dzwoneczków! Radosnych i szczęśliwych! Właśnie tak – radosnych i szczęśliwych! Gwiazda w jej dłoniach zaczęła pulsować, jakby biło w niej Serce. Ostrożnie położyła ją na kolanach i wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana. W jej głowie brzmiała muzyka – przez dźwięki przebijał się Głos – cichy, melodyjny, pełen Miłości. Coś mówił, ale jeszcze nie rozumiała… Był taki uspokajający… Czuła się bezpieczna i odprężona. I nie martwiła się o przyszłość. Słowa stawały się zrozumiałe… Ale kto to mówił? – jeszcze usiłowała kierować swoją myślą. Nie martw się… nie martw się… brzmiało jej w głowie… Wsłuchując się w swoje wnętrze jednocześnie wpatrywała się intensywnie w pulsującą Gwiazdę. Tak! Przecież głos w mojej głowie pochodzi od Niej! Od Gwiazdy!! Delikatnie pogładziła Jej lekko obtłuczone ramiona. Ten ruch wyzwolił eksplozję mistycznych zdarzeń i – mogła przysiąc – nie była sama. Było z nią coś nierzeczywistego, ale przynoszącego otuchę. Było coś… Boskiego! Słuchaj! Słuchaj! brzmiało w jej głowie. Słucham! – krzyknęła piskliwie. Słuchaj! to kres mojej drogi… drogi… kres… już nie odlecę… odlecę… Dlaczego? – zapytała w myślach. Dlaczego? – krzyknęła głośno. Gdy jedna z nas… z nas… dotknie ziemi… ziemi… już tu pozostanie… pozostanie…dotknęłam ziemi… ziemi… zostanę… zostanę… nie poniosę Dobrej Nowiny…Nowiny… zostanę… Tak! Zostań!! – krzyknęła!! – zostań ze mną, skoro nie możesz odlecieć!! – nie zostawię Cię tutaj! Zostanę… zostanę… z tobą… zabierz… zabierz mnie ze sobą… Zabiorę! – zdecydowała. Chwyciła Gwiazdę i przytuliła do piersi. Czuła jej pulsowanie. Czuła też coś nieokreślonego, co ogarniało ją całą, stapiało się z nią wnosząc w jej duszę niewypowiedziany spokój i niezłomną nadzieję na dobrą przyszłość. Oparła się plecami o drzewo i patrzyła na Światło wokół siebie i radowała się ciepłem i spokojem wokół. Zamknęła oczy słuchając cudownej muzyki…
Nagle poczuła szarpanie za ramię. Nie mogła się obudzić, ale szarpanie nie ustawało. I na dodatek ktoś wołał głośno. Do niej chyba? Proszę pani, proszę pani! Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła pochylającego się nad nią policjanta. No nareszcie pani się ocknęła, bo już się martwiliśmy, że nie docucimy pani. Ale że też pani nie zamarzła, taka pieska pogoda. Co też ludziom po głowach chodzi, łażą po lesie bez potrzeby, gubią się, a człowiek musi potem chodzić i szukać. Hej, wy tam! - wrzasnął za siebie – dawajcie tu nosze i koce!! A szybko, bo paniusia nam zamarznie! A to się paniny mąż ucieszy, całą noc z nami szukał! Ale że też pani nie zamarzła, taka pieska pogoda – powtórzył zdziwiony. Oszołomiona potokiem słów przestała go słuchać. Mocniej przytuliła Gwiazdę do piersi zdecydowana bronić Jej do upadłego. Jeszcze biło z Niej ciepło. Ukradkiem pogładziła ją po obtłuczonych ramionach. Gwiazda… mrugnęła do niej?
Pozwoliła pootulać się kocami i zawieźć do szpitala. Nic jej nie było ku zdziwieniu wszystkich. Pozwolili jej pojechać do domu, bo to przecież dziś Wigilia. Gwiazdy nie wypuszczała z rąk, nie pozwoliła sobie Jej odebrać, choć budziło to zdziwienie i zaniepokojenie wszystkich. Ale się uparła. Po powrocie do domu, gdy nikt nie widział, ukryła Ją w prostym, drewnianym pudełku w starej szafie prababci na strychu. Mąż… przepraszał cały wieczór. Kochała go. Powiedziała, że wybacza. Przez wszystkie następne lata nigdy więcej nie podniósł na nią głosu. Właściwie to nie kłócili się wcale. Byli szczęśliwi. Jego gwałtowny charakter jakby złagodniał, a i ona zrobiła się mniej drażliwa, bardziej cierpliwa. Często zastanawiała się czy to za Jej, Gwiazdy, przyczyną. Dorobili się dzieci, wnuków, żyli dostatnio. Byli zdrowi. Żyli zwyczajnie, jak wszyscy. Tylko gdy zbliżała się Wigilia odczuwała niepokój, coś nią targało, wzywało… Wtedy musiała tu przyjść i zajrzeć do pudełka. Jak teraz…
Ocknęła się ze wspomnień zesztywniała z zimna. Uśmiechnęła się w myślach do tamtego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat. Nikomu o nim nie opowiedziała. I tak by jej nie uwierzyli. Teraz znowu siedzi na strychu i za chwilę Ją zobaczy – Swoją Gwiazdę. Tyle Jej zawdzięcza – przede wszystkim życie. I za to, jak co roku, za chwilę Jej podziękuje. Dziś przecież Wigilia…
| Statystyki: Ocena: +6 (+6,-0) Kategoria: Fantasy Odsłony: 226 Komentarze: 11 Dodany: 17.12.2010 23:06 Edytowany: nigdy |
daniwanek
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
Serena
"Poezja jest spowiedzią duszy, a nie wytworem ludzkiej myśli."
- M. Gogol
Aurelia86
Emilia
' Miłość jest najpiękniejszą realizacją
tych możliwości, które tkwią w człowieku '
- Karol Wojtyła
daniwanek
D.
I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar, nie z osób natrząsa.
I. Krasicki
IW
daniwanek
dziękuję Iwonka
D.
I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar, nie z osób natrząsa.
I. Krasicki
miriam
i wcale nie jest za długa
- mnie się nie dłużyło...
Wczoraj - historia, jutro - tajemnica, dzisiaj - dar.
daniwanek
pozdrawiam świątecznie
D.
I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar, nie z osób natrząsa.
I. Krasicki
horradyna
piękne i po dzisiejszym brzydkim dniu w robocie sie przydalo
Dani wielkie dzieki :)
daniwanek
miło, że ktoś sięga głębiej :))
pozdrawiam
D.
I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar, nie z osób natrząsa.
I. Krasicki
Dodaj komentarz