Opowiadania / Śmierć
Wiatr śwista w kominie i starych framugach
Pamięci Wernera mojego przyjaciela
Werner jechał na rowerze przez las. W zasadzie w jego życiu las był jedynym istnieniem, które mu towarzyszyło. Ojca nie pamięta. Jak miał kilka lat wzięli go na wojnę do Festung Breslau i już nie wrócił. Ciało jego gdzieś z dala użyźniło glebę. Była matka. Kochała swoich bliźniaków. Ciężko pracowała, niedojadała, by swoje pisklęta wykarmić. Sprzątała miejscową szkołę i przedszkole, a wieczorami dorabiała obok u gospodarza.
Spocona od roboty w stodole wracała późnym grudniowym wieczorem. Przewiało ją. Zachorowała na płuca. Nie miała pieniędzy na lekarza, który i tak jej nie rozumiał. Mówiła mieszaniną niemieckiego i śląskiego. Przychodnia społeczna. On wykształcony w Krakowie pomimo chęci wielkopańskich nie nawiązał kontaktu z chorą. Niebawem zmarła. Synowie mieli niespełna 16 lat. Na szczęście zdążyli pokończyć zawodówki. Ginter starszy z bliźniaków poszedł robić do „Kadawy” – dostał stanowisko magazyniera. Werner, wątlejszy, podjął robotę w tartaku w Suchym Borze. I tak codziennie o pół piątej wstawali, w piecu palili, grzali w baniaku wodę. Pierwy jeden się mył i golił, potem drugi. Czasami jak mało węgla i drewna było, myli się w tej samej misce. Ginter szedł potem futrować kury a Werner wtedy wchodził do Wohnzimra patrzył przez duże okno i widział raz niebo, raz chmury, a nieraz czerń. Myślał wtedy o matce i ojcu, którzy odeszli nie z własnej woli. Tam daleko na niebie chciał dojrzeć przynajmniej ich cień.
Halb sechs aufwärts! Siadali jak kowboje na swoje „ukrainy” i pedałowali do pracy. Ginter miał blisko – „Kadawa” fabryka kur i wyrobów z nich znajdowała się niespełna kilometr. Podłą miał robotę. Magazyn magazynem, ale on walczył w chłodni – ustawiał stosy zamrożonych kurczaków, inne wnosił do auta przewozowego. Dużo palił. Z różnicy temperatur między dworem a chłodnią i jeszcze tytoniu wciąganego w siebie rozchorował się. Rak najpierw rozedmał mu płuca, potem je rozerwał i wreszcie dał łaskawie umrzeć. Werner został sam. Opuszczony jeździł na kole do roboty przez las. Widział go. Jego barwy zmieniały się z zielonych wiosną, poprzez wybuchające latem, dalej pstrokate jesienią. Czuł jak późnym listopadem las z wolna kładzie się do snu.
* * *
Pod kołami skrzypiał śnieg, czasami sucho jak łamana kość pękał lód. Wernera ogarniał chłód – obecny w podmuchach wiatru, lecz także w sercu. Dla niego ten las już nie zasypiał, on czuł, że odchodzi od niego. Po chwili zdał sobie sprawę, że to on zaczyna się oddalać od lasu. Podczas bezsennych nocy, kiedy wiatr śwista w kominie i starych framugach czuje przecież jak jego łódź dobija już do brzegu... Słyszy szepty utajone, szmer rzeki, której żadna tama ludzka nie powstrzyma. Wtedy zaniepokojone serce trzepocze jak kura w ostatnim podrygu na pieńku gospodarza. Ten las już nie jest rdzawy jesienią, stał się lodowaty. Rowy melioracyjne, które jak siatka przecinają las zaszły martwym lustrem, w którym dojrzysz swoją twarz nieruchomą.
* * *
Dojechał. Oparł rower o drzewo. Brodząc w śniegu już widział, że drewno, które ciął od jesieni znikło. Drżącymi rękami uchwycił się pobliskiego pnia. Węgla nie ma, bo pieniędzy nie starczy. Zapas drewna z roku przeszłego skończył się. Fejszter już nie da drugiego pozwolenia na ścinkę, poza tym za późno już. Wiatr śwista w kominie i starych framugach.
Werner jechał na rowerze przez las. W zasadzie w jego życiu las był jedynym istnieniem, które mu towarzyszyło. Ojca nie pamięta. Jak miał kilka lat wzięli go na wojnę do Festung Breslau i już nie wrócił. Ciało jego gdzieś z dala użyźniło glebę. Była matka. Kochała swoich bliźniaków. Ciężko pracowała, niedojadała, by swoje pisklęta wykarmić. Sprzątała miejscową szkołę i przedszkole, a wieczorami dorabiała obok u gospodarza.
Spocona od roboty w stodole wracała późnym grudniowym wieczorem. Przewiało ją. Zachorowała na płuca. Nie miała pieniędzy na lekarza, który i tak jej nie rozumiał. Mówiła mieszaniną niemieckiego i śląskiego. Przychodnia społeczna. On wykształcony w Krakowie pomimo chęci wielkopańskich nie nawiązał kontaktu z chorą. Niebawem zmarła. Synowie mieli niespełna 16 lat. Na szczęście zdążyli pokończyć zawodówki. Ginter starszy z bliźniaków poszedł robić do „Kadawy” – dostał stanowisko magazyniera. Werner, wątlejszy, podjął robotę w tartaku w Suchym Borze. I tak codziennie o pół piątej wstawali, w piecu palili, grzali w baniaku wodę. Pierwy jeden się mył i golił, potem drugi. Czasami jak mało węgla i drewna było, myli się w tej samej misce. Ginter szedł potem futrować kury a Werner wtedy wchodził do Wohnzimra patrzył przez duże okno i widział raz niebo, raz chmury, a nieraz czerń. Myślał wtedy o matce i ojcu, którzy odeszli nie z własnej woli. Tam daleko na niebie chciał dojrzeć przynajmniej ich cień.
Halb sechs aufwärts! Siadali jak kowboje na swoje „ukrainy” i pedałowali do pracy. Ginter miał blisko – „Kadawa” fabryka kur i wyrobów z nich znajdowała się niespełna kilometr. Podłą miał robotę. Magazyn magazynem, ale on walczył w chłodni – ustawiał stosy zamrożonych kurczaków, inne wnosił do auta przewozowego. Dużo palił. Z różnicy temperatur między dworem a chłodnią i jeszcze tytoniu wciąganego w siebie rozchorował się. Rak najpierw rozedmał mu płuca, potem je rozerwał i wreszcie dał łaskawie umrzeć. Werner został sam. Opuszczony jeździł na kole do roboty przez las. Widział go. Jego barwy zmieniały się z zielonych wiosną, poprzez wybuchające latem, dalej pstrokate jesienią. Czuł jak późnym listopadem las z wolna kładzie się do snu.
* * *
Pod kołami skrzypiał śnieg, czasami sucho jak łamana kość pękał lód. Wernera ogarniał chłód – obecny w podmuchach wiatru, lecz także w sercu. Dla niego ten las już nie zasypiał, on czuł, że odchodzi od niego. Po chwili zdał sobie sprawę, że to on zaczyna się oddalać od lasu. Podczas bezsennych nocy, kiedy wiatr śwista w kominie i starych framugach czuje przecież jak jego łódź dobija już do brzegu... Słyszy szepty utajone, szmer rzeki, której żadna tama ludzka nie powstrzyma. Wtedy zaniepokojone serce trzepocze jak kura w ostatnim podrygu na pieńku gospodarza. Ten las już nie jest rdzawy jesienią, stał się lodowaty. Rowy melioracyjne, które jak siatka przecinają las zaszły martwym lustrem, w którym dojrzysz swoją twarz nieruchomą.
* * *
Dojechał. Oparł rower o drzewo. Brodząc w śniegu już widział, że drewno, które ciął od jesieni znikło. Drżącymi rękami uchwycił się pobliskiego pnia. Węgla nie ma, bo pieniędzy nie starczy. Zapas drewna z roku przeszłego skończył się. Fejszter już nie da drugiego pozwolenia na ścinkę, poza tym za późno już. Wiatr śwista w kominie i starych framugach.
| Statystyki: Ocena: +1 (+1,-0) Kategoria: Śmierć Odsłony: 351 Komentarze: 0 Dodany: 06.04.2009 19:50 Edytowany: nigdy |
dr_fizol
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
Dodaj komentarz