Opowiadania / Dla dorosłych
SZCZĘŚCIE
Szczęście? Dlaczego pytasz mnie właśnie o szczęście?
Nie widzieliśmy się trzydzieści lat, tyle się przez ten czas wydarzyło, a ja mam ci opowiadać o moim szczęściu?
Więc, pytasz czy byłam szczęśliwa?
Wiesz, szczęście jest zjawiskiem bardzo ulotnym i co najgorsze wtedy, kiedy byłam szczęśliwa na ogół nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale po latach wspomnienia szczęśliwych chwil wracają
do mnie... Nie uwierzysz, one wracajÄ… do mnie zapachami.
Tak - nie śmiej się - jestem maniakalnym wąchaczem.
Otóż na przykład nieprawdopodobnie działa na mnie zapach topoli. Kiedy w powietrzu latają białe puszki topola wydziela korowo żywiczny zapach, którego magia wywołuje we mnie jakąś nieokreśloną euforię. Czuję wolność, przygodę, szczęście, bo tak pachniał początek wakacji.
JakiÅ› kolejny czerwiec, jestem zagoniona i nawet chwilowo
nie najszczęśliwsza i nagle dociera do mnie ten wspaniały świeży zapach. Jestem natychmiast na poduszce powietrznej, jakaś ekstaza, więcej powietrza w płucach! Luz! Prozak! Nie wiem, co się dzieje, skąd ten nagły, przypływ szczęścia? Po chwili dociera do mnie, że... TOPOLE SIĘ PUSZĄ!!! Tak wiem jestem dziwaczką!
Znam też inny zapach szczęścia.
Pamiętasz podgumowane obrzydliwe namioty, które przeciekały,
gdy lało i pięknie pachniały gumą nagrzane w słońcu?
W ubiegłym roku spędziłam z Gabrielą dwa tygodnie w takim właśnie namiocie - nie pytaj, dlaczego.
Rano wychodzę z namiotu i czuję ten cudowny zapach rozgrzanej gumy, cóż za zapach. Jak mi dobrze, wącham i wącham. Czuję
go w swoich ciuchach, pachnie nim moja skóra, jest rewelacyjny, wszystko wokół pachnie rozgrzanym drelichem.
Świat jest piękny!! Boże ratuj mnie od obłędu! Skąd u mnie upodobanie do tego zapachu?
- Gabrysiu prawda, że pięknie pachnie?
- Åšmierdzi starym namiotem - odpowiada skrzywiona.
Nie zna się! Siadam z boku pokonana i dłubię w pamięci,
no i wydłubałam!
Rok 1973, wspaniały rok 1973!
Pojedzie? Ee, nie pojedzie. Pojedzie! A może nie pojedzie?
Z taką gęsią, student nad morze, pod namiot?
Nie pojedzie. Ale pojechał! Wspólny namiot, wspólny koc, wspólny materac, wspólnie spędzona noc. To spędzanie polegało na tym,
że każde z nas zajmowało krawędź materaca, środek pozostawiając dziewiczy. Świt zastał mnie w pozycji embrionalnej na ceratowej podłodze namiotu z przykurczem dłoni, w której trzymałam rąbek koca. Wypełzłam z namiotu z trudem wyprostowałam obolałe kości i...poczułam zapach. Mój wilgotny dres tak pięknie pachniał gumą /nie rób proszę sprośnych min/ Pachniał pierwszą nocą spędzoną razem, pierwszym muśnięciem dłoni, przez przypadek oczywiście i niech mi Gabrysia nie pieprzy, że stary namiot śmierdzi, on cudownie pachnie i już.
A zapach listopada? Każdej jesieni przyprawia mnie o zawrót głowy zapach mokrego listopada. Szczególnie wieczorem. Wiesz przecież, że listopad wieczorem pachnie? A najbardziej pachnie oczywiście w świetle ulicznych lamp. Te kleksy klonowych liści pływające w kałużach - one tak pachną! Pachną wilgocią i przemijaniem. Wiem, że to dziwne, ale cudowny zapach gnijących liści także jest zapachem, który przywołuje szczęśliwe chwile sprzed lat. Nie, nie zwariowałam, może tylko rozmarzyłam się trochę.
Mam przed oczami taką scenę, idę przez park, w głowie mam totalny zamęt; Nie pójdę tam, po co tam w ogóle idę? Przecież boję się wypowiedzieć choćby jedno zasrane zdanie. We wszystkim widzę jakiś druzgocący podtekst. Boję się, ale oczywiście coś mnie gna do tego domu, w którym ON mieszka. Idę parkową alejką, moje nozdrza wyłapują niuanse procesu gnilnego. Z wielkim strachem przyciskam dzwonek. Jest! Wybiega robiąc po kilka stopni na raz.
Jaki wesolutki! Na pewno udaje, przecież wiem, że udaje.
Ale dlaczego miałby udawać? Bez żadnych czułości wprowadza mnie do swojego świata. Zostawiam pachnący rozkładem listopad po tamtej stronie barykady. W pokoiku jest ciepło, półka pełna nagrań jazzowych, dwa krzesła, jakiś nędzny stolik i łóżko, potężne małżeńskie łoże. Siadam na jego brzegu. On szczelnie zasłania okno, zagina gazetę i opiera ją o magnetofon zasłaniając nikłe światełko. Po chwili namysłu na kluczu wiesza papierek po czekoladzie.
Boże, szaleniec! Jestem w szponach szaleńca!
Nie śmiej się, tak wtedy myślałam.
Cudowna muzyka zespołu Weather Report sączy się z kolumn. Elektroniczne efekty kapiącej w jaskini wody, matowe dźwięki saksofonu, /a może nie było tam saksofonu/ już się nie boję.
Leżymy w poprzek tego wielkiego jak okręt łóżka, trupią nieruchomość przerywa tylko jego koci skok do magnetofonu mający na celu zmianę szpuli. /Minęła epoka, kto pamięta teraz o szpulach?/ Jego seks tembr informuje mnie o składach zespołów i o tym, czym jest jazz i ile dla niego znaczy. Jest wzorcowa ciemność, ledwo dostrzegam zarys leżącej obok mnie postaci. Nasza nieśmiałość jest paraliżująca. Po czterech, a może nawet pięciu godzinach nasze ręce spotykają się. Leżymy sztywno obok siebie. Zbliża się północ. Muszę wracać.
O seksie nadal wiem tylko tyle, że jest.
Z wypiekami na twarzach ubieramy się i idziemy na przystanek. Powietrze wypełnia wszechobecny odurzający zapach gnijących liści. Wracając do domu kotłuje się w mojej głowie jedna myśl - trzymał mnie za rękę, trzymał mnie za rękę...
Teraz już rozumiesz, dlaczego listopad najpiękniej pachnie nocą
w matowym świetle latarni? Zawsze wtedy wraca do mnie cudownie ciepłe, wrażenie tamtego dotyku.
A pamiętasz bratniak? Pamiętasz jak pachnie bratniak? Musisz
to pamiętać! Otóż jest to cudowny zlepek środka dezynfekującego, stęchlizny, grzyba trawiącego mury z odrobiną dymu tytoniowego. Jestem głupia? Tak jestem, ale wrażliwa. Czy szczęście musi mieć kiczowatą słodziutką oprawę?
Jesteśmy zaproszone do akademika, przez chłopaka Anki i tego drugiego. Nie znam Go jeszcze, ale poznam. Już go /chyba/ kocham.
Majowy obłęd młodych hormonów, a może przeznaczenie?
Wchodzimy po schodach na czwarte piętro akademika.
Jestem przerażona, tracę wzrok, nie widzę schodów, zaraz się wywalę i podrę rajstopy za całe kieszonkowe. Boże ratuj! Po co ja tam idę?
Wchodzimy do pokoju, miły zapach wody kolońskiej, pomarańczowe ściany, nastrojowy Gato Barbieri wciska w uszy aksamitne dźwięki saksofonu a długowłosy mężczyzna ciepłym głosem zaprasza nas
do środka. A gdzie jest ON? Będzie za chwilę. Wyłapuję, więc każdy szelest za drzwiami, mój puls osiągnął już chyba dwieście, eksploduję, niech już w końcu przyjdzie. Nie mam już mózgu, nie rozumiem, co do mnie mówią. Nie wytrzymam tego napięcia. Wychodzę do toalety, znowu ten zapach, ale jeszcze silniejszy, więcej dezynfekcji i papierosów. Po chwili wracam do pokoju, z fotela podrywa się szczupły długowłosy blondyn. Przewracam krzesło, coś wylewam, bełkoczę od rzeczy, totalny paraliż centralnego ośrodka mowy. Na pytania odpowiadam monosylabami. ON, bierze gitarę brzdąka jakąś melodyjkę i tak dziwnie mi się przygląda. Po dwóch godzinach ubieram się i zdruzgotana wychodzę na korytarz, ogarnia mnie okrutny smród akademika. Na tym śmierdzącym korytarzu dogania mnie Anka. Późnym wieczorem jesteśmy w domu.
Ania syczÄ…cym szeptem wysnuwa zbyt daleko idÄ…ce wnioski;
że chyba się MU spodobałam. Przez otwarte okno zagląda księżyc, kiczowato pachnie bez, zidiociały słowik ćwierka do utraty tchu.
A ja wącham bluzkę, która...
Pachnie, wiesz czym? Środkiem dezynfekującym, stęchlizną, może pleśnią i odrobiną dymu tytoniowego, chociaż ONI nie palą.
Kurczę, życie jednak jest piękne!
A teraz będzie zagadka przyrodnicza - wiesz jak wyglądają frezje? A może wiesz jak kwitnie rabarbar?
Oczywiście nie wiesz, wiadomo, facet nie zna się na kwiatkach.
Frezje to te kolorowe dzwonki sprzedawane przez cały rok
w kwiaciarniach te, które bardzo lubi moja mama. Nie wiesz,
jakie kwiaty lubi moja mama? No tak, skąd możesz wiedzieć.
Otóż, kiedy wącham frezje, a zdarza mi się to bardzo często
/frezje naprawdę pięknie pachną/ czuję, że przez tą delikatną wiosenną woń spod spodu przedostaje się inna nuta zapachowa, ale warunek, nie mogę o tym pamiętać, tylko wtedy pojawia się ten inny zapach. Jeśli świadomie doszukuję się tej dwoistości, zapomnij, frezje pachną frezjami. Podobnie jest przy wąchaniu kwiatu rabarbaru. Chociaż to zdarza się dużo rzadziej. W jednym i drugim przypadku odczuwam błogi odlot. Zakodowana w mojej głowie chwila szczęścia wraca z niepamięci nastrojem, który jest tylko mgnieniem, impulsem, ale bywa, że zostaje ze mną na dłuższy czas. Jedno jest pewne, nie mogę tym sterować, ten mechanizm rządzi się swoimi prawami.
A zwiÄ…zana jest z tym taka historia.
Imieniny mojej mamy - 27 marca 1974. W domu we wszystkich wazonach pachnÄ…ce wiosnÄ… frezje.
- Jeśli powiem dwa piki, a ty zgłaszasz kiery, to ile musisz powiedzieć? Piki są starsze, to już wiesz. To ile?
- Trzy kier /odpowiadam bez cienia wiary w to, co mówię/
- Świetnie - mówi do mnie jak do dziecka specjalnej troski.
- Żeby zrobić trzy kiery, ile musisz wziąć lew, a ile oddasz?
- Ile musisz zalicytować na szlemika?
- Ile lew oddasz przy szlemiku?
- Co to jest kontrakt bez atu?
Rzygam już tą lekcją, nauczyciel natomiast jest w swoim żywiole.
Cioteczki niebywale często snują się po przedpokoju wsadzając głowy w otwarte drzwi. Interweniuje ojciec, stwierdza konfidencjonalnie:
- Zamknijcie drzwi, bo nie dadzÄ… wam spokoju.
Koniec poglądowej lekcji brydża przy ostentacyjnie otwartych drzwiach. Przekręcam, nie siląc się na dyskrecję, klucz w zamku. Głośne zgrzytnięcie i jesteśmy w innym świecie. Patrzymy na siebie tak, że nie potrzebne są słowa. Nasza znajomość przeszła już kolejne etapy wtajemniczenia. Od długotrwałej fascynacji palcami trwającej ok. trzech miesięcy, po leżenie w uścisku na boku, jakieś kolejne trzy miesiące - od tego bardzo drętwiała mi ręka.
Nie ponaglając nadmiernie naszych chuci po roku doszliśmy
do bardziej niż serdecznych pocałunków. Przy czym wiedza książkowa podpowiadała nam, że seks chyba, właściwie na pewno, jest czymś więcej. Poza tym widzieliśmy na filmach, że przeważnie tamci się do tego rozbierali, choć nie było to regułą.
Więc... Postanowiliśmy się rozebrać. Boże ile człowiek może mieć na sobie rzeczy zwłaszcza w marcu. Ale bez pośpiechu, nie tracąc wiary we własne możliwości, choć przyznam były momenty zwątpienia, osiągnęliśmy to, do czego normalnie skonstruowani ludzie doszliby rok temu i straciliby bardzo wiele przez swój pośpiech. A kiedy już wiedzieliśmy o seksie znacznie więcej, /choć przyznam się, że z perspektywy czasu wiedza ta okazuje się bardzo fragmentaryczna/ w powietrzu unosił się zapach kwitnącego rabarbaru.
Nie bądź nudny, wiem, że rabarbar nie kwitnie w marcu!
Czy wąchałeś kiedyś kwiat rabarbaru? Zrób to, on zawsze pachnie miłością bardziej niż inne kwiaty. A miłość...Zawsze pachnie kwiatem rabarbaru.
Pytasz czy później byłam szczęśliwa? Oczywiście...Byłam szczęśliwa...Tak...Byłam czasami szczęśliwa, ale wiesz, że z dojrzałym szczęściem jest tak, że w czasie swojego smętnego procesu dojrzewania przestało pachnieć. Bo dorosłe szczęście jest bezwonne. Stwierdzam to autorytatywnie, to szczęście jest jak mydło dla uczuleniowców, niby myje, ale czegoś mu brakuje.
Nie widzieliśmy się trzydzieści lat, tyle się przez ten czas wydarzyło, a ja mam ci opowiadać o moim szczęściu?
Więc, pytasz czy byłam szczęśliwa?
Wiesz, szczęście jest zjawiskiem bardzo ulotnym i co najgorsze wtedy, kiedy byłam szczęśliwa na ogół nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale po latach wspomnienia szczęśliwych chwil wracają
do mnie... Nie uwierzysz, one wracajÄ… do mnie zapachami.
Tak - nie śmiej się - jestem maniakalnym wąchaczem.
Otóż na przykład nieprawdopodobnie działa na mnie zapach topoli. Kiedy w powietrzu latają białe puszki topola wydziela korowo żywiczny zapach, którego magia wywołuje we mnie jakąś nieokreśloną euforię. Czuję wolność, przygodę, szczęście, bo tak pachniał początek wakacji.
JakiÅ› kolejny czerwiec, jestem zagoniona i nawet chwilowo
nie najszczęśliwsza i nagle dociera do mnie ten wspaniały świeży zapach. Jestem natychmiast na poduszce powietrznej, jakaś ekstaza, więcej powietrza w płucach! Luz! Prozak! Nie wiem, co się dzieje, skąd ten nagły, przypływ szczęścia? Po chwili dociera do mnie, że... TOPOLE SIĘ PUSZĄ!!! Tak wiem jestem dziwaczką!
Znam też inny zapach szczęścia.
Pamiętasz podgumowane obrzydliwe namioty, które przeciekały,
gdy lało i pięknie pachniały gumą nagrzane w słońcu?
W ubiegłym roku spędziłam z Gabrielą dwa tygodnie w takim właśnie namiocie - nie pytaj, dlaczego.
Rano wychodzę z namiotu i czuję ten cudowny zapach rozgrzanej gumy, cóż za zapach. Jak mi dobrze, wącham i wącham. Czuję
go w swoich ciuchach, pachnie nim moja skóra, jest rewelacyjny, wszystko wokół pachnie rozgrzanym drelichem.
Świat jest piękny!! Boże ratuj mnie od obłędu! Skąd u mnie upodobanie do tego zapachu?
- Gabrysiu prawda, że pięknie pachnie?
- Åšmierdzi starym namiotem - odpowiada skrzywiona.
Nie zna się! Siadam z boku pokonana i dłubię w pamięci,
no i wydłubałam!
Rok 1973, wspaniały rok 1973!
Pojedzie? Ee, nie pojedzie. Pojedzie! A może nie pojedzie?
Z taką gęsią, student nad morze, pod namiot?
Nie pojedzie. Ale pojechał! Wspólny namiot, wspólny koc, wspólny materac, wspólnie spędzona noc. To spędzanie polegało na tym,
że każde z nas zajmowało krawędź materaca, środek pozostawiając dziewiczy. Świt zastał mnie w pozycji embrionalnej na ceratowej podłodze namiotu z przykurczem dłoni, w której trzymałam rąbek koca. Wypełzłam z namiotu z trudem wyprostowałam obolałe kości i...poczułam zapach. Mój wilgotny dres tak pięknie pachniał gumą /nie rób proszę sprośnych min/ Pachniał pierwszą nocą spędzoną razem, pierwszym muśnięciem dłoni, przez przypadek oczywiście i niech mi Gabrysia nie pieprzy, że stary namiot śmierdzi, on cudownie pachnie i już.
A zapach listopada? Każdej jesieni przyprawia mnie o zawrót głowy zapach mokrego listopada. Szczególnie wieczorem. Wiesz przecież, że listopad wieczorem pachnie? A najbardziej pachnie oczywiście w świetle ulicznych lamp. Te kleksy klonowych liści pływające w kałużach - one tak pachną! Pachną wilgocią i przemijaniem. Wiem, że to dziwne, ale cudowny zapach gnijących liści także jest zapachem, który przywołuje szczęśliwe chwile sprzed lat. Nie, nie zwariowałam, może tylko rozmarzyłam się trochę.
Mam przed oczami taką scenę, idę przez park, w głowie mam totalny zamęt; Nie pójdę tam, po co tam w ogóle idę? Przecież boję się wypowiedzieć choćby jedno zasrane zdanie. We wszystkim widzę jakiś druzgocący podtekst. Boję się, ale oczywiście coś mnie gna do tego domu, w którym ON mieszka. Idę parkową alejką, moje nozdrza wyłapują niuanse procesu gnilnego. Z wielkim strachem przyciskam dzwonek. Jest! Wybiega robiąc po kilka stopni na raz.
Jaki wesolutki! Na pewno udaje, przecież wiem, że udaje.
Ale dlaczego miałby udawać? Bez żadnych czułości wprowadza mnie do swojego świata. Zostawiam pachnący rozkładem listopad po tamtej stronie barykady. W pokoiku jest ciepło, półka pełna nagrań jazzowych, dwa krzesła, jakiś nędzny stolik i łóżko, potężne małżeńskie łoże. Siadam na jego brzegu. On szczelnie zasłania okno, zagina gazetę i opiera ją o magnetofon zasłaniając nikłe światełko. Po chwili namysłu na kluczu wiesza papierek po czekoladzie.
Boże, szaleniec! Jestem w szponach szaleńca!
Nie śmiej się, tak wtedy myślałam.
Cudowna muzyka zespołu Weather Report sączy się z kolumn. Elektroniczne efekty kapiącej w jaskini wody, matowe dźwięki saksofonu, /a może nie było tam saksofonu/ już się nie boję.
Leżymy w poprzek tego wielkiego jak okręt łóżka, trupią nieruchomość przerywa tylko jego koci skok do magnetofonu mający na celu zmianę szpuli. /Minęła epoka, kto pamięta teraz o szpulach?/ Jego seks tembr informuje mnie o składach zespołów i o tym, czym jest jazz i ile dla niego znaczy. Jest wzorcowa ciemność, ledwo dostrzegam zarys leżącej obok mnie postaci. Nasza nieśmiałość jest paraliżująca. Po czterech, a może nawet pięciu godzinach nasze ręce spotykają się. Leżymy sztywno obok siebie. Zbliża się północ. Muszę wracać.
O seksie nadal wiem tylko tyle, że jest.
Z wypiekami na twarzach ubieramy się i idziemy na przystanek. Powietrze wypełnia wszechobecny odurzający zapach gnijących liści. Wracając do domu kotłuje się w mojej głowie jedna myśl - trzymał mnie za rękę, trzymał mnie za rękę...
Teraz już rozumiesz, dlaczego listopad najpiękniej pachnie nocą
w matowym świetle latarni? Zawsze wtedy wraca do mnie cudownie ciepłe, wrażenie tamtego dotyku.
A pamiętasz bratniak? Pamiętasz jak pachnie bratniak? Musisz
to pamiętać! Otóż jest to cudowny zlepek środka dezynfekującego, stęchlizny, grzyba trawiącego mury z odrobiną dymu tytoniowego. Jestem głupia? Tak jestem, ale wrażliwa. Czy szczęście musi mieć kiczowatą słodziutką oprawę?
Jesteśmy zaproszone do akademika, przez chłopaka Anki i tego drugiego. Nie znam Go jeszcze, ale poznam. Już go /chyba/ kocham.
Majowy obłęd młodych hormonów, a może przeznaczenie?
Wchodzimy po schodach na czwarte piętro akademika.
Jestem przerażona, tracę wzrok, nie widzę schodów, zaraz się wywalę i podrę rajstopy za całe kieszonkowe. Boże ratuj! Po co ja tam idę?
Wchodzimy do pokoju, miły zapach wody kolońskiej, pomarańczowe ściany, nastrojowy Gato Barbieri wciska w uszy aksamitne dźwięki saksofonu a długowłosy mężczyzna ciepłym głosem zaprasza nas
do środka. A gdzie jest ON? Będzie za chwilę. Wyłapuję, więc każdy szelest za drzwiami, mój puls osiągnął już chyba dwieście, eksploduję, niech już w końcu przyjdzie. Nie mam już mózgu, nie rozumiem, co do mnie mówią. Nie wytrzymam tego napięcia. Wychodzę do toalety, znowu ten zapach, ale jeszcze silniejszy, więcej dezynfekcji i papierosów. Po chwili wracam do pokoju, z fotela podrywa się szczupły długowłosy blondyn. Przewracam krzesło, coś wylewam, bełkoczę od rzeczy, totalny paraliż centralnego ośrodka mowy. Na pytania odpowiadam monosylabami. ON, bierze gitarę brzdąka jakąś melodyjkę i tak dziwnie mi się przygląda. Po dwóch godzinach ubieram się i zdruzgotana wychodzę na korytarz, ogarnia mnie okrutny smród akademika. Na tym śmierdzącym korytarzu dogania mnie Anka. Późnym wieczorem jesteśmy w domu.
Ania syczÄ…cym szeptem wysnuwa zbyt daleko idÄ…ce wnioski;
że chyba się MU spodobałam. Przez otwarte okno zagląda księżyc, kiczowato pachnie bez, zidiociały słowik ćwierka do utraty tchu.
A ja wącham bluzkę, która...
Pachnie, wiesz czym? Środkiem dezynfekującym, stęchlizną, może pleśnią i odrobiną dymu tytoniowego, chociaż ONI nie palą.
Kurczę, życie jednak jest piękne!
A teraz będzie zagadka przyrodnicza - wiesz jak wyglądają frezje? A może wiesz jak kwitnie rabarbar?
Oczywiście nie wiesz, wiadomo, facet nie zna się na kwiatkach.
Frezje to te kolorowe dzwonki sprzedawane przez cały rok
w kwiaciarniach te, które bardzo lubi moja mama. Nie wiesz,
jakie kwiaty lubi moja mama? No tak, skąd możesz wiedzieć.
Otóż, kiedy wącham frezje, a zdarza mi się to bardzo często
/frezje naprawdę pięknie pachną/ czuję, że przez tą delikatną wiosenną woń spod spodu przedostaje się inna nuta zapachowa, ale warunek, nie mogę o tym pamiętać, tylko wtedy pojawia się ten inny zapach. Jeśli świadomie doszukuję się tej dwoistości, zapomnij, frezje pachną frezjami. Podobnie jest przy wąchaniu kwiatu rabarbaru. Chociaż to zdarza się dużo rzadziej. W jednym i drugim przypadku odczuwam błogi odlot. Zakodowana w mojej głowie chwila szczęścia wraca z niepamięci nastrojem, który jest tylko mgnieniem, impulsem, ale bywa, że zostaje ze mną na dłuższy czas. Jedno jest pewne, nie mogę tym sterować, ten mechanizm rządzi się swoimi prawami.
A zwiÄ…zana jest z tym taka historia.
Imieniny mojej mamy - 27 marca 1974. W domu we wszystkich wazonach pachnÄ…ce wiosnÄ… frezje.
- Jeśli powiem dwa piki, a ty zgłaszasz kiery, to ile musisz powiedzieć? Piki są starsze, to już wiesz. To ile?
- Trzy kier /odpowiadam bez cienia wiary w to, co mówię/
- Świetnie - mówi do mnie jak do dziecka specjalnej troski.
- Żeby zrobić trzy kiery, ile musisz wziąć lew, a ile oddasz?
- Ile musisz zalicytować na szlemika?
- Ile lew oddasz przy szlemiku?
- Co to jest kontrakt bez atu?
Rzygam już tą lekcją, nauczyciel natomiast jest w swoim żywiole.
Cioteczki niebywale często snują się po przedpokoju wsadzając głowy w otwarte drzwi. Interweniuje ojciec, stwierdza konfidencjonalnie:
- Zamknijcie drzwi, bo nie dadzÄ… wam spokoju.
Koniec poglądowej lekcji brydża przy ostentacyjnie otwartych drzwiach. Przekręcam, nie siląc się na dyskrecję, klucz w zamku. Głośne zgrzytnięcie i jesteśmy w innym świecie. Patrzymy na siebie tak, że nie potrzebne są słowa. Nasza znajomość przeszła już kolejne etapy wtajemniczenia. Od długotrwałej fascynacji palcami trwającej ok. trzech miesięcy, po leżenie w uścisku na boku, jakieś kolejne trzy miesiące - od tego bardzo drętwiała mi ręka.
Nie ponaglając nadmiernie naszych chuci po roku doszliśmy
do bardziej niż serdecznych pocałunków. Przy czym wiedza książkowa podpowiadała nam, że seks chyba, właściwie na pewno, jest czymś więcej. Poza tym widzieliśmy na filmach, że przeważnie tamci się do tego rozbierali, choć nie było to regułą.
Więc... Postanowiliśmy się rozebrać. Boże ile człowiek może mieć na sobie rzeczy zwłaszcza w marcu. Ale bez pośpiechu, nie tracąc wiary we własne możliwości, choć przyznam były momenty zwątpienia, osiągnęliśmy to, do czego normalnie skonstruowani ludzie doszliby rok temu i straciliby bardzo wiele przez swój pośpiech. A kiedy już wiedzieliśmy o seksie znacznie więcej, /choć przyznam się, że z perspektywy czasu wiedza ta okazuje się bardzo fragmentaryczna/ w powietrzu unosił się zapach kwitnącego rabarbaru.
Nie bądź nudny, wiem, że rabarbar nie kwitnie w marcu!
Czy wąchałeś kiedyś kwiat rabarbaru? Zrób to, on zawsze pachnie miłością bardziej niż inne kwiaty. A miłość...Zawsze pachnie kwiatem rabarbaru.
Pytasz czy później byłam szczęśliwa? Oczywiście...Byłam szczęśliwa...Tak...Byłam czasami szczęśliwa, ale wiesz, że z dojrzałym szczęściem jest tak, że w czasie swojego smętnego procesu dojrzewania przestało pachnieć. Bo dorosłe szczęście jest bezwonne. Stwierdzam to autorytatywnie, to szczęście jest jak mydło dla uczuleniowców, niby myje, ale czegoś mu brakuje.
| Statystyki: Ocena: +3 (+3,-0) Kategoria: Dla dorosłych Odsłony: 653 Komentarze: 5 Dodany: 04.05.2010 21:55 Edytowany: nigdy |
kozlowska
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
jerzykujas
Anastazja
Całość bardzo mi się podoba, jak napisał jerzy - oryginalne opowiadanie.Czekam na nowe.Pozdrówka.
jerzykujas
kozlowska
życzliwość.
bb
nawet cień przyjaciela wystarczy, by uczynić człowieka szczęśliwym
Dodaj komentarz