Opowiadania / Humorystycznie
Przypadek Amora - cz. III
Amor bardzo dobrze wiedział, ze przesadził z figlami doprowadzając do furii nie tylko swego nauczyciela Demetriusza, ale i groźnego Zeusa, swego ojca. Prawdę mówiąc nie spodziewał się, że Demetriuszowi puszczą nerwy aż tak, żeby napisać na niego skargę. Wprawdzie Demetriusz wiele razy odgrażał się, że to zrobi, ale Amor myślał, że są to tylko czcze pogróżki. Srodze się zawiódł, ale musiał też przyznać, że zaimponowała mu taka postawa nauczyciela. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby zrobić coś takiego, oj trzeba! Zwłaszcza, że Zeus był bardzo zapalczywy i nigdy nie było wiadomo jak zareaguje i przeciwko komu skieruje swój gniew. Mógł to być przecież autor nieszczęsnej skargi.
Kiedy posłaniec przyniósł list do Zeusa, Amor akurat zajmował się podglądaniem Driad w kąpieli, więc nie było go w pałacu. Zeus wściekł się porządnie, bo aż nad rzeką było słychać trzaski rodzących się w Zeusowej głowie piorunów i jego krzyki. Przez moment struchlał przerażony, nawet poderwał się do ucieczki, ale szybko uświadomił sobie, że rodzice nie wiedzą, gdzie akurat buszuje ich psotny synalek. Dopiero wieczorem podkradł się do stajni (miał nadzieję, że Pegaz już wrócił) i wypytał o wszystko stajennego. Jak zwykle, stajenny był bardzo dobrze poinformowany, bo sypiał z pokojówką Wenus, śliczną, fertyczną brunetką z pobliskiej wioski.
Pegaza wciąż nie było i nikt go nie widział.
Lepiej nie pokazywać się w pałacu, pomyślał Amor. Zabrał więc swój łuk, napełnił kołczan nowymi strzałami i wymknął się chyłkiem do winnicy, a stamtąd ścieżką wzdłuż ogrodzenia do lasu. Zamierzał poprosić Driady o nocleg, ale bardzo go rozczarowały, bo przegnały go precz z lasu krzycząc za nim, że nie pomogą zboczeńcowi, który ich bez przerwy podgląda w kąpieli. Najbardziej zażarta była Sinuanna, perłowowłosa Driada leśna, która rzucała w niego kamieniami i szydziła z jego małych jeszcze skrzydeł i nagiej pupy. Bardzo to bolało, bardziej nawet niż kilka celnych kamieni, które go dosięgły mimo zwinnej ucieczki między drzewami.
Noc spędził w opuszczonej szopie na łące przylegającej do lasu Driad. Bał się rozniecić ogień i zmarzł nad ranem. Nie poprawiło mu to humoru, przeciwnie, jego nastrój pogorszył się i kiedy wzeszło słońce nie widział już wszystkiego w różowych barwach, jak dotychczas. Był głodny i chciało mu się płakać. Co mam zrobić? - pytał sam siebie z wyrzutem. Czy już do końca życia będę skazany na latanie z gołym tyłkiem i strzelanie z łuku do jakichś durnych par? A co to? Nie potrafią się bez tego zakochać? – złorzeczył w myślach całemu światu i szedł przed siebie nie zastanawiając się nawet dokąd. Po drodze skubnął trochę dzikich malin i jeżyn, zerwał w sadzie kilka gruszek, ale to nie zaspokoiło jego głodu. Markotniał coraz bardziej. Ucieszył się więc, kiedy w dole przed sobą zobaczył zabudowania wioski, a unoszący się z kominów dym przyprawił go o ślinotok. Dziarskim krokiem ruszył przed siebie myśląc już o pachnącej wędzonką jajecznicy na spóźnione śniadanie.
Ale kiedy doszedł do pierwszych chat, usłyszał z drugiego końca wioski wielki krzyk i przerażone rżenie konia. Zaciekawiony nadstawił ucha – głosy były coraz bardziej gniewne, a rżenie przechodziło w histeryczne rzężenie. I brzmiało znajomo – czyżby natrafił na ślad Pegaza? Jeśli tak, to dlaczego słychać tyle gniewu w ludzkich głosach? Nie zastanawiając się dłużej pobiegł wiedziony i ciekawością i niepokojem o Pegaza. Lubił tego starego rumaka, odbyli niejedną psotną wyprawę, nie mógł więc teraz zostawić go na pastwę losu.
I rzeczywiście – gdy tylko wypadł na pastwisko za ostatnią chałupą – zobaczył zbiegowisko rozsierdzonych wieśniaków, które otaczało złapanego na arkan Pegaza. Rumak bronił się dzielnie wymachując skrzydłami i podkutymi złotymi podkowami kopytami i to jeszcze broniło go przed ostatecznym atakiem ludzi. Ale wyrażnie słabł. Obok Pegaza biegała przerażona, parchata klacz i usiłowała swoimi cienkimi kopytkami pomóc ogierowi.
- Co tu się dzieje!! – wrzasnął Amor wbiegając w sam środek zbiegowiska – co tu się dzieje? Odsuńcie się, bo będę strzelał – w biegu jeszcze wyjął strzałę z kołczanu i napiął łuk. Był wściekły prawie tak jak Zeus i nie zastanawiał się, że staje sam przeciwko gromadzie rozwścieczonych wieśniaków. Po prostu rzucił się na pomoc przyjacielowi, towarzyszowi dziecinnych wypraw i psot. Słyszał za sobą jego chrapliwy oddech, czuł zapach potu i strachu. Pegaz się bał.
- Co tu się dzieje – powtórzył. Rozległ się śmiech.
- A ty, golasie, czego tu szukasz, a? – zapytał jeden z najbliżej stojących chłopów – gdzie portki zgubiłeś, że świecisz klejnotami? – Amor czuł, jak narasta w nim wściekłość, a chłop szydził dalej – może jak twój koń uprawiałeś nie swój zagon gdzieś w krzakach, a?
- Co ty bredzisz, chłopie! – zdumiał się Amor – przecież dopiero przyszedłem.
- No właśnie! Gdzie byłeś? Pewnie gziłeś się z jakąś panną niewinną, dlatego goły przyleciałeś bronić swojego konia, rozpustniku! – chłop był coraz bardziej rozwścieczony i patrzył na Amora coraz groźniej – twój koń to też rozpustnik, golasie! Klacz moją zniewolił! Moją piękną klacz! – chłop zaczął zawodzić. Amor zdumiony rozejrzał się wokół, szukając pięknej klaczy, którą Pegaz rzekomo zniewolił. Ale oprócz parchatej klaczki nie było nigdzie innego konia. A klaczka tuliła się do Pegaza, ocierała o niego i wodziła za ogierem maślanym wzrokiem. Była zakochana. O bogowie! Co ja zrobiłem - pomyślał wstrząśnięty Amor – przecież ugodziłem go jakiś czas temu strzałą! To tutaj uciekł. Zakochał się. Mimo woli Amor uśmiechnął się wzruszony patrząc na zakochane konie. A to ci dopiero!
- Zabić! Zabić golasa i jego konia! – wściekły krzyk tłumu przywołał Amora do rzeczywistości. Krąg chłopów wyraźnie się zacieśniał – co robić, co robić? gorączkowo myślał chłopak cofając się w kierunku Pegaza uwięzionego na postronku.
Nagle poczuł za plecami łeb ogiera – Pegaz szturchał go nieznacznie dając do zrozumienia, że trzeba uciekać. Amor łypnął okiem za siebie i zobaczył, że Pegaz klęknął na jedno kolano ułatwiając mu wskoczenie na grzbiet, tuż za skrzydłami. Nie zastanawiał się dłużej – jednym skokiem dosiadł rumaka i strzelił z łuku w kierunku chłopa, który trzymał Pegaza na uwięzi. Przerażony chłop upadł i wypuścił postronek, a ogier w tym samym momencie wzbił się w niebo rżąc triumfalnie. Z ziemi pożegnało ich rozpaczliwe rżenie parchatej klaczki. Amor poczuł jak pod skórą Pegaza przeszedł skurcz żalu. Ale wzniósł się jeszcze wyżej i poszybował w kierunku pałacu.
W chwili, gdy Pegaz dotknął kopytami klepiska stajni, przez zbocza Olimpu przetoczyło się echo mocnego pukania do złotej bramy pałacu.
Kiedy posłaniec przyniósł list do Zeusa, Amor akurat zajmował się podglądaniem Driad w kąpieli, więc nie było go w pałacu. Zeus wściekł się porządnie, bo aż nad rzeką było słychać trzaski rodzących się w Zeusowej głowie piorunów i jego krzyki. Przez moment struchlał przerażony, nawet poderwał się do ucieczki, ale szybko uświadomił sobie, że rodzice nie wiedzą, gdzie akurat buszuje ich psotny synalek. Dopiero wieczorem podkradł się do stajni (miał nadzieję, że Pegaz już wrócił) i wypytał o wszystko stajennego. Jak zwykle, stajenny był bardzo dobrze poinformowany, bo sypiał z pokojówką Wenus, śliczną, fertyczną brunetką z pobliskiej wioski.
Pegaza wciąż nie było i nikt go nie widział.
Lepiej nie pokazywać się w pałacu, pomyślał Amor. Zabrał więc swój łuk, napełnił kołczan nowymi strzałami i wymknął się chyłkiem do winnicy, a stamtąd ścieżką wzdłuż ogrodzenia do lasu. Zamierzał poprosić Driady o nocleg, ale bardzo go rozczarowały, bo przegnały go precz z lasu krzycząc za nim, że nie pomogą zboczeńcowi, który ich bez przerwy podgląda w kąpieli. Najbardziej zażarta była Sinuanna, perłowowłosa Driada leśna, która rzucała w niego kamieniami i szydziła z jego małych jeszcze skrzydeł i nagiej pupy. Bardzo to bolało, bardziej nawet niż kilka celnych kamieni, które go dosięgły mimo zwinnej ucieczki między drzewami.
Noc spędził w opuszczonej szopie na łące przylegającej do lasu Driad. Bał się rozniecić ogień i zmarzł nad ranem. Nie poprawiło mu to humoru, przeciwnie, jego nastrój pogorszył się i kiedy wzeszło słońce nie widział już wszystkiego w różowych barwach, jak dotychczas. Był głodny i chciało mu się płakać. Co mam zrobić? - pytał sam siebie z wyrzutem. Czy już do końca życia będę skazany na latanie z gołym tyłkiem i strzelanie z łuku do jakichś durnych par? A co to? Nie potrafią się bez tego zakochać? – złorzeczył w myślach całemu światu i szedł przed siebie nie zastanawiając się nawet dokąd. Po drodze skubnął trochę dzikich malin i jeżyn, zerwał w sadzie kilka gruszek, ale to nie zaspokoiło jego głodu. Markotniał coraz bardziej. Ucieszył się więc, kiedy w dole przed sobą zobaczył zabudowania wioski, a unoszący się z kominów dym przyprawił go o ślinotok. Dziarskim krokiem ruszył przed siebie myśląc już o pachnącej wędzonką jajecznicy na spóźnione śniadanie.
Ale kiedy doszedł do pierwszych chat, usłyszał z drugiego końca wioski wielki krzyk i przerażone rżenie konia. Zaciekawiony nadstawił ucha – głosy były coraz bardziej gniewne, a rżenie przechodziło w histeryczne rzężenie. I brzmiało znajomo – czyżby natrafił na ślad Pegaza? Jeśli tak, to dlaczego słychać tyle gniewu w ludzkich głosach? Nie zastanawiając się dłużej pobiegł wiedziony i ciekawością i niepokojem o Pegaza. Lubił tego starego rumaka, odbyli niejedną psotną wyprawę, nie mógł więc teraz zostawić go na pastwę losu.
I rzeczywiście – gdy tylko wypadł na pastwisko za ostatnią chałupą – zobaczył zbiegowisko rozsierdzonych wieśniaków, które otaczało złapanego na arkan Pegaza. Rumak bronił się dzielnie wymachując skrzydłami i podkutymi złotymi podkowami kopytami i to jeszcze broniło go przed ostatecznym atakiem ludzi. Ale wyrażnie słabł. Obok Pegaza biegała przerażona, parchata klacz i usiłowała swoimi cienkimi kopytkami pomóc ogierowi.
- Co tu się dzieje!! – wrzasnął Amor wbiegając w sam środek zbiegowiska – co tu się dzieje? Odsuńcie się, bo będę strzelał – w biegu jeszcze wyjął strzałę z kołczanu i napiął łuk. Był wściekły prawie tak jak Zeus i nie zastanawiał się, że staje sam przeciwko gromadzie rozwścieczonych wieśniaków. Po prostu rzucił się na pomoc przyjacielowi, towarzyszowi dziecinnych wypraw i psot. Słyszał za sobą jego chrapliwy oddech, czuł zapach potu i strachu. Pegaz się bał.
- Co tu się dzieje – powtórzył. Rozległ się śmiech.
- A ty, golasie, czego tu szukasz, a? – zapytał jeden z najbliżej stojących chłopów – gdzie portki zgubiłeś, że świecisz klejnotami? – Amor czuł, jak narasta w nim wściekłość, a chłop szydził dalej – może jak twój koń uprawiałeś nie swój zagon gdzieś w krzakach, a?
- Co ty bredzisz, chłopie! – zdumiał się Amor – przecież dopiero przyszedłem.
- No właśnie! Gdzie byłeś? Pewnie gziłeś się z jakąś panną niewinną, dlatego goły przyleciałeś bronić swojego konia, rozpustniku! – chłop był coraz bardziej rozwścieczony i patrzył na Amora coraz groźniej – twój koń to też rozpustnik, golasie! Klacz moją zniewolił! Moją piękną klacz! – chłop zaczął zawodzić. Amor zdumiony rozejrzał się wokół, szukając pięknej klaczy, którą Pegaz rzekomo zniewolił. Ale oprócz parchatej klaczki nie było nigdzie innego konia. A klaczka tuliła się do Pegaza, ocierała o niego i wodziła za ogierem maślanym wzrokiem. Była zakochana. O bogowie! Co ja zrobiłem - pomyślał wstrząśnięty Amor – przecież ugodziłem go jakiś czas temu strzałą! To tutaj uciekł. Zakochał się. Mimo woli Amor uśmiechnął się wzruszony patrząc na zakochane konie. A to ci dopiero!
- Zabić! Zabić golasa i jego konia! – wściekły krzyk tłumu przywołał Amora do rzeczywistości. Krąg chłopów wyraźnie się zacieśniał – co robić, co robić? gorączkowo myślał chłopak cofając się w kierunku Pegaza uwięzionego na postronku.
Nagle poczuł za plecami łeb ogiera – Pegaz szturchał go nieznacznie dając do zrozumienia, że trzeba uciekać. Amor łypnął okiem za siebie i zobaczył, że Pegaz klęknął na jedno kolano ułatwiając mu wskoczenie na grzbiet, tuż za skrzydłami. Nie zastanawiał się dłużej – jednym skokiem dosiadł rumaka i strzelił z łuku w kierunku chłopa, który trzymał Pegaza na uwięzi. Przerażony chłop upadł i wypuścił postronek, a ogier w tym samym momencie wzbił się w niebo rżąc triumfalnie. Z ziemi pożegnało ich rozpaczliwe rżenie parchatej klaczki. Amor poczuł jak pod skórą Pegaza przeszedł skurcz żalu. Ale wzniósł się jeszcze wyżej i poszybował w kierunku pałacu.
W chwili, gdy Pegaz dotknął kopytami klepiska stajni, przez zbocza Olimpu przetoczyło się echo mocnego pukania do złotej bramy pałacu.
| Statystyki: Ocena: +8 (+8,-0) Kategoria: Humorystycznie Odsłony: 144 Komentarze: 7 Dodany: 23.01.2012 18:34 Edytowany: nigdy |
daniwanek
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
rina
Jasiu bardzo źle zachowywał się w szkole. Pani straciła cierpliwość i zwraca Jasiowi uwagę:
- nie możesz się tak odzywać do dzieci Jasiu
- wypierdalaj – woła Jaś
Tego było już za wiele dla nauczycielki.
- Jasiu, proszÄ™ ze mnÄ… do dyrektora.
W gabinecie nauczycielka opisuje dyrektorowi zaistniałą sytuację. Dyrektor zbulwersowany mówi:
- nie będę tolerował takiego zachowania w szkole Jasiu
- umyj se nogi bo ci śmierdzą – Jaś na to.
Pedagodzy spojrzeli na siebie, dyrektor wzywa sekretarkÄ™:
- pani Aniu, proszę połączyć mnie telefonicznie z ojcem Jasia. Po chwili sekretarka komunikuje:
- panie dyrektorze, połączyłam. Dyrektor bierze telefon i słyszy: Ministerstwo Edukacji Narodowej, słuchm?
Dyrektor natychmiast się rozłącza.
- i co? co panie dyrektorze? – pyta nauczycielka.
- jak to co? – pani wypierdala, a ja idę myć nogi!
Jagoda
Parchata klacz mnie rozwaliła, a Jasiu dołożył hi hi
miriam
ale wyrośnie z tego - mam nadzieję...
dani - masz świetny styl!
(nie tylko noszenia kapelutków, cha cha!)
rinaaaa - dobre! dowcip miesiÄ…ca!
Wczoraj - historia, jutro - tajemnica, dzisiaj - dar.
Serena
"Poezja jest spowiedzią duszy, a nie wytworem ludzkiej myśli."
- M. Gogol
program50plus
ryszart
Mariusz
Dodaj komentarz