Opowiadania / Miłość
Marzenia się spełniją, więc nie marz o rzeczach, których się boisz...
Rozdział 1
Opowiem Wam historię pewnej dziewczyny o imieniu Paulina...
Była bardzo ładną, jasnowłosą dziewczynką. Miała kochającą rodzinę: brata, ciocie, wujków, babcie, dziadków... oraz rodziców, którzy wyjechali za granicę, aby zarobić na lepsze życie swoich dzieci, jednak już niedługo mieli wrócić i żyć długo i szczęśliwie. Niestety, życie dziewczyny nie było bajką. W wieku sześciu lat i trzech miesięcy, lekarze zdiagnozowali w jej mózgu olbrzymią nieprawidłowość. Zapadła jednogłośna decyzja: tylko zabieg chirurgiczny może uratować życie dziewczynki...
Kilka dni później Paulina była przygotowywana do zabiegu. Nie wiedziała, co się dzieje, lecz przepełniała ją radość, gdyż przyjechała jej mama. W ogóle nie odczuwała tego, co miało się stać.
Bardzo polubiła swojego lekarza i zaufała mu. W dniu zabiegu, gdy zabierali ją na salę operacyjną, doktor przyszedł do jej matki jeszcze raz i ponownie zapewniał ją o tym, że wszystko będzie dobrze. Oczywiście dzień wcześniej powiedział jej o wszystkich zagrożeniach płynących z wykonania operacji, lecz ona podpisała zgodę.
Przy stole operacyjnym lekarze męczyli się jedenaście godzin. Jedenaście godzin czekała także matka dziewczynki przed salą operacyjną, na jakiekolwiek wieści. W końcu, wieczorem, gdy już przewieźli Paulinkę na salę pooperacyjną, wyszedł do kobiety lekarz, który ją operował - dr Dabi.
- Dobry wieczór. Pani jeszcze tutaj jest? - zapytał, gdyż spodziewał się, że już poszła do hotelu. Czekały ją teraz ciężkie dni, więc musiała się wyspać.
- Tak. Co jest z Paulą? Wszystko w porządku? Gdzie ona teraz jest? - zasypywała go gradem pytań.
- Przewieźliśmy ją na salę pooperacyjną. Tam będzie nabierała sił. - wyjaśniał lekarz.
- Mogę ją teraz zobaczyć? - zapytała i wstała z twardego, plastikowego krzesełka.
- Tak, jak najbardziej. Zaprowadzę panią.
- Dziękuję doktorze. - kobieta ledwo szła. Słaniała się na nogach.
Gdy już doszli do sali Pauliny, lekarz zostawił kobietę z córką. Sam poszedł do pokoju lekarskiego, aby zaparzyć kawę. Po chwili przyszedł do sali dziewczynki, gdzie była podłączona do aparatur, monitorujących jej stan oraz do respiratora, który za nią oddychał.
- Czy ten respirator jest konieczny? - zapytała kobieta, gdy lekarz przysiadł obok niej i wręczył jej gorącą kawę.
- Niestety, w czasie zabiegu wystąpiły małe komplikacje. Najbliższe godziny będą decydujące.
Kobieta wtuliła się w bezpieczne ramiona lekarza. Jednak po chwili oderwała się od niego jak oparzona.
- Przepraszam. Nie powinnam była.
- Nic się nie stało. Pani Ewo, wiem, że jest ciężko. Nie co dzień dowiadujemy się, że nasze dziecko jest bardzo poważnie chore.
- Pan coś o tym chyba wie. - powiedziała we łzach i chwyciła bezwładną dłoń swojej córki.
- Niestety. Mój synek też był bardzo poważnie chory. Na szczęście już teraz nie ma po tym znaku. Po za blizną, a jest tylko troszkę starszy od Paulinki, jednak już pokonał swojego wroga. Paulisia też już prawie pokonała. Tylko trzeba być dobrej myśli. Jestem pewien, że to wystarczy.
- Trzymam pana za słowo.
- Da pani spokój już z tym "panem". - wyciągnął do niej rękę - Krzysiek.
- Ewa. - uścisnęła jego dłoń z mizernym grymasem uśmiechu na ustach.
Kilka dni później dziewczynka się wybudziła. Lekarzy przestraszył fakt, że wystąpił prawostronny paraliż... Zaczęła się bardzo żmudna rehabilitacja. Codziennie przychodził do jej sali fizjoterapeuta i próbował nauczyć ją na nowo chodzić.
W końcu paraliż ustąpił miejsca niedowładowi połowiczemu. Po dwóch tygodniach od zabiegu chodziła z pomocą rehabilitanta. Była z tego bardzo dumna.
W końcu, po miesiącu od zabiegu postawiła swoje pierwsze, samodzielne kroki.
Jednak to nie był koniec jej rehabilitacji.
Po zabiegu także rozpoczęło się coś, co było najgorszym, co mogło spotkać tę istotkę. Przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.
Mianowicie było to ściąganie z jej małej, łysej główki krwi, która się tam zbierała. Robił to za każdym razem dr Dabi, a ona płakała, wiszczała, wiła się i wyrywała. Tak bardzo ją to bolało. A lekarz za każdym razem, gdy wykonywał ten - z pozoru niewinny - zabieg, zapewniał ją, że tym razem nic nie poczuje. Jednak zawsze czuła.
Z czasem, gdy już wiedziała, że gdy lekarz na porannym obchodzie ogląda jej głowę, będzie tego samego dnia TEN ból, bała się nawet obchodów. Gdy medycy wchodzili do jej sali, ona chowała się za mamę. Była jeszcze za młoda na jakąkolwiek formę sprzeciwu.
Na początku odczuwała do Dabiego lęk. Lęk i nic ponad to...
W końcu nastał tak bardzo oczekiwany przez nią dzień - dzień wypisu z oddziału neurochirurgii. Co prawda jeszcze nie żegnała się z tym oddziałem na zawsze, ale przynajmniej mogła lekko odetchnąć. "Już nigdy więcej pan doktor nie będzie mnie kłuł w główkę" - myślała.
Gdy Ewa dostała wypis z neurochirurgii, jej córka była uradowana, że wraca do domu, ona natomiast wiedziała, że to jeszcze nie koniec pobytu w szpitalu. Przy wypisie dostała również skierowanie na jak najszybsze stawienie się na oddziale rehabilitacji w związku z niedowładem.
Paulinka, gdy się dowiedziała o tym, że nie może jeszcze wrócić do domu, była bardzo przygnębiona. Tak bardzo tęskniła za swoją rodziną. Bardzo jej ich brakowało.
Gdy przyjęto dziewczynkę na rehabilitację, jeszcze tego samego dnia dostała kartę zabiegową. Były na niej takie zabiegi jak: ćwiczenia ogólne, ćwiczenia manualne czy nauka chodzenia.
Wkrótce poszła na pierwsze ćwiczenia ogólne. Ćwiczyła ją kobieta około trzydziestu lat. Robiła wszystko, aby było coraz lepiej. Choć dużo od niej wymagała, dziewczynka wiedziała, że musi to robić. Musi - w końcu chce być kiedyś sprawna i biegać oraz bawić się wraz z rówieśnikami.
Później znalazła się na nauce chodzenia. Choć poruszała się już na krótkich dystansach o własnych siłach, musiała jeszcze dużo pracować nad estetyką chodu oraz nad przeprostem, który wkradł się w jej kolano. Niestety, mężczyzna, który prowadził tę naukę nie był przyjaźnie nastawiony ani do dzieci, ani do ich rodziców. Kobieta, która razem z nim pracowała też z pewnością nie należała do kobiet subtelnych, przyjaznych i miło nastawionych. Dziewczynka ich nie lubiła. Zawsze krzyczeli, byli nieprzyjemni. Paulinka płakała, gdy wchodziła do tego gabinetu za każdym razem.
Na szczęście, zaraz po nauce chodzenia, miała zajęcia manualne ze starszym mężczyzną. Dziewczynka polubiła go, gdy po raz pierwszy przekroczyła próg jego gabinetu.
Po dwóch miesiącach od przyjazdu do tego szpitala, w końcu opuszczała jego mury. Była bardzo szczęśliwa, a jednocześnie smutna, gdyż musiała pożegnać się z panem Piotrem, który prowadził zajęcia manualne.
- Paulinko mam prezent dla ciebie. - podał jej malutkie pudełeczko.
- Dziękuję. - powiedziała z łzami w oczach i rozpakowała prezent. Zobaczyła tam złoty pierścionek z Myszką Miki.
- Zawsze, nawet za kilkanaście lat, gdy się bardzo zmienisz, gdy będziesz miała ten pierścionek, rozpoznam cię. - przytuliła się do niego i pocałowała go w policzek.
Rozdział 2
Co roku dziewczynka, a później już starsza dziewczyna, jeździła do Centrum na kontrolę. Jednak miała to szczęście nigdy nie spotkać się z lekarzem, który ją operował. Jednak cały czas pamiętała ile wyrządził jej bólu.
Gdy miała osiemnaście lat, niedowład jej "pozwolił" i nauczyła się nawet jeździć na nartach. A uczył ją instruktor, który później został jej chłopakiem. Jednak mieszkał około sześciuset kilometrów od niej. Ten związek, na pierwszy rzut oka, nie miał szans na przetrwanie.
Jednak chłopak - Piotr, gdy tylko dostał sygnał, że dziewczyna się załamuje rehabilitacją i tym, że ta nie przynosi oczekiwanych rezultatów, był w stanie rzucić wszystko, czym się aktualnie zajmował i przyjechać do niej.
Bardzo przypadł jej do gustu także starszy brat chłopaka - Robert. Niemal zaraz po poznaniu się, zostali przyjaciółmi.
Mimo, że mieszkali tak daleko od siebie, widzieli się dość często. Piotr bardzo często przyjeżdżał do dziewczyny i razem spędzali czas.
Pewnego wakacyjnego dnia dziewczyna siedziała sama w domu.
- Pauluś, zbieraj się. Zaraz u ciebie będę z Robertem. - powiedział do słuchawki Piotr.
- Kurde, to w takim razie muszę się pospieszyć... - powiedziała do ukochanego.
- O, a co robisz? - zainteresował się.
- Masuję "swój niedowład" w jacuzzi. Potem będę ćwiczyć. Dzięki temu kretynowi, czy jak wy go nazywacie lekarzowi, muszę ćwiczyć sześć dni w tygodniu.
- A możemy do ciebie wpaść w takim razie?
- Możecie. Już wychodzę z wanny. Najwyżej nie będę się katować ćwiczeniami dzisiaj.
- Ani dzisiaj, ani przez kilka najbliższych dni. - oznajmił.
- Chłopie! Zastoję się zupełnie. Ja chcę być sprawna! Jak najszybciej!
- Pogadamy, gdy będziemy u ciebie.
- Dobra, ale ja zdania nie zmienię!
- Dobrze, dobrze. Kocham cię.
Chwilę później bracia byli u dziewczyny.
- Robert, dlaczego właściwie przyjechaliście? - zapytała Paulina.
- Chciałem cię zobaczyć. - tłumaczył się Piotr.
- Robiego pytam!
- Oj, no dobrze. Chcieliśmy cię zabrać na wycieczkę. - wytłumaczył Robert.
- Jaką wycieczkę? - była podejrzliwa.
- Zobaczysz. Tylko się zgódź.
- Wiesz, że nienawidzę niespodzianek?
- Ta ci się spodoba. - obiecał.
- Dobra, ale wy przekonacie moich rodziców.
- Okej. Pani Ewa już wie o wszystkim.
- Oż ty! Wie również, gdzie mnie zabierasz?
- Wie, ale obiecała mi, że nic ci nie powie i jak widzę dotrzymała słowa.
- Już teraz możesz mi chyba powiedzieć, gdzie mnie wywozicie? Jesteśmy już dość daleko od domu. Nie wrócę z buta. - zaśmiała się dziewczyna po godzinie jazdy.
- Może i nie wrócisz, ale nie będzie efektu zaskoczenia. - powiedział Piotr.
- Nie męcz jej tak. - nakazał Robert młodszemu bratu. - Jedziemy do Warszawy. Do naszej ciotki. Mam nadzieję, że się polubicie.
- Jasne, a ja mam uwierzyć, że w tym nie ma drugiego dna? - zapytała podejrzliwie.
- Dokładnie tak. - odpowiedzieli bracia chórem.
Paulinę zżerała ciekawość. Nie wytrzymywała.
- Robi, możesz się zatrzymać na najbliższej stacji benzynowej.
- Jasne. I tak trzeba będzie zaraz zatankować. - mężczyzna nie wyczuł podstępu, który czaił się w umyśle dziewczyny.
Zjechali z trasy. Dziewczyna poszła do toalety, uprzednio biorąc swoją malutką torebkę.
Zadzwoniła do matuli.
- Mamo, mogłabyś mi powiedzieć, gdzie oni mnie wywożą? - zapytała od razu, gdy Ewa odebrała, bez zbędnych powitań.
- Kochanie, nie bój się. Będziesz z tego zadowolona. I nie pytaj o nic więcej. - kobieta rozłączyła się z córką.
Dziewczyna wróciła zawiedziona do samochodu.
- Czym przekupiłeś rodzicielkę? - spytała od razu, gdy tylko wsiadła do samochodu.
- Czyją rodzicielkę? - zaśmiał się Piotr.
- Chyba nie świętego Mikołaja!? - dziewczyna była wściekła.
- Uspokój się. Paulinko, wdech... wydech... spróbuj, to działa. - próbował uspokoić ją Piotrek.
- Jak ty mnie nazwałeś? - zapytała, czerwieniąc się ze złości.
- Paulinka? Jest w tym zdrobnieniu coś zakazanego? - zaśmiał się.
- Nie byłoby, gdyby nie nazywał mnie tak Kibard. Za każdym razem, kiedy... - głos jej się załamał, a z jej oczu popłynęły wielkie łzy.
- Już nigdy więcej cię tak nie nazwę. Obiecuję. - przytulił ukochaną.
Trzy godziny później byli na miejscu. Niestety, Paulina spała kamiennym snem. Piotr, nie mogąc się doczekać jej reakcji chciał ją obudzić, jednak gdy tylko silnik zakończył swą pracę, ona w jednej chwili się obudziła.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała jeszcze pół przytomna.
- Już na miejscu.
Gdy tylko dziewczyna spojrzała na budynek, który był przed samochodem, zamarła.
Ten budynek pojawiał się codziennie w jej koszmarach sennych. Tym budynkiem był szpital, w którym leżała jako mała dziewczynka.
- Po co mnie tu przywieźliście? - zapytała ze strachem w głosie.
- Pani Ewa mówiła, że gdy byłyście tu ostatnio, chciałaś spotkać pewnego lekarza. Jednak to było nie możliwe.
- A dzisiaj? Jaką masz gwarancję, że jest w szpitalu?
- Dzwoniłem do nich jeszcze wczoraj i powiedzieli, że na urlop się nie wybiera.
- A nawet jeśli jest, to może mieć jakiś zabieg teraz, albo coś w tym stylu? - próbowała wymigać się od spotkania.
- Wszystko będzie okej. Nie masz się czego bać. Będę przy tobie. - uspokajał ją.
- Ty nie rozumiesz. Zawsze, gdy wchodzę na tamten oddział, przypomina mi się to wszystko. Cały ten ból. Nie wiem, czy dam radę z tym wszystkim.
- Dlatego właśnie będę przy tobie. - Wysiedli z samochodu.
Piotr złapał dłoń dziewczyny. Gdy już weszli do budynku, chłopaka zadziwiła przerażająca liczba korytarzy. Nigdy jeszcze nie był w tak ogromnym szpitalu.
Jednak dziewczyna poruszała się w nich zwinnie i szybko. Przy wyjściu z holu, były trzy windy. Paulina podeszła do tej, która była w środku i nacisnęła przycisk "dół".
- Dlaczego dół? Wydawało mi się, że oddziały są na górze. - Piotr był w lekkim szoku.
- Neuromordercy tak, ale chcę najpierw jechać do kogoś innego.
- Gdzie? - zapytał zdziwiony.
- Na rehabilitację. - oznajmiła. W tym momencie otworzyła się winda.
Gdy byli już na dole, dziewczyna od razu skierowała się do najmilej zapamiętanego gabinetu.
- Dzień dobry. - przywitała się, gdy przeszła przez próg. Przy biurku zobaczyła kobietę ćwiczącą małego chłopca. - Szukam pana Piotra. - oznajmiła.
- Jesteś jego pacjentką?
Zawahała się chwilę.
- Tak, jestem pacjentką.
- Mówiłam mu, że nie ma jeszcze przerwy. O wszystkim zapomina. - wyżaliła się kobieta. - Poczekajcie tu chwilkę, zaraz po niego pójdę.
- Dziękuję. - gdy kobieta wyszła, Paulina zaczęła się śmiać.
Jednak nie pośmiała się zbyt długo, gdyż po chwili do gabinetu wszedł starszy, siwiuteńki mężczyzna.
- Dzień dobry panie Piotrze. - przywitała się dziewczyna. On wyciągnął do niej dłoń, żeby ją uścisnąć.
Dziewczyna także wyciągnęła do niego dłoń, na której widniał pierścionek, który od niego dostała, a z którym się nie rozstawała.
- Już wiem! - olśniło mężczyznę. - Paulinka? Ta malutka blondyneczka?
- Tak, tak. Ta blondyneczka, która bała się własnego cienia. - zaśmiała się dziewczyna.
- Jak ty wyrosłaś. W życiu bym cię nie poznał. - przytulił dziewczynę.
- A pan nie zmienił się zupełnie. Właśnie takiego pana zapamiętałam. Ostatnio, gdy byłam tutaj na kontroli, chciałam do pana zejść, ale niestety nie było czasu.
- Cieszę się, że mogłem cię jeszcze zobaczyć. A tak właściwie to po co przyjechałaś? Bo chyba odwiedzenie takiego starucha jak ja, nie było głównym celem twojej wycieczki? - zaśmiał się.
- Bardzo chciałam się z panem zobaczyć, ale fakt, nie to było moim głównym celem. Zaraz idę na neurochirurgię. - powiedziała to z żalem i spojrzała wymownie na Piotra.
- Na kontrolę? Jeśli tak, to się nie bój. Oni tylko straszą, to ich praca.
- Nie. Kontrole tutaj mam już załatwione. Teraz on - wskazała Piotra - zabrał mnie tutaj, abym wybaczyła człowiekowi, który zrobił ze mnie kalekę życiową.
- A właśnie, miałem cię zapytać: kim jest ten dżentelmen?
- Jest moim przyjacielem. - wypaliła.
- Oj, chyba to nie jest taka zwykła przyjaźń, co? - zapytał, już bardziej chłopaka.
- Zauroczenie. - odpowiedzieli oboje w tym samym czasie.
Fizjoterapeuta zaśmiał się.
- Panie Piotrze, chciałabym przedstawić panu swojego chłopaka...
- Piotr Korzeniecki. - przedstawił się chłopak i podał dłoń rehabilitantowi.
- Bardzo mi miło.
Jeszcze chwilę posiedzieli razem z fizjoterapeutą, on opowiadał Piotrowi, jaką upartą i uroczą dziewczynką była jego wybranka.
Rozdział 3
Przed wejściem na oddział neurochirurgii Paulina mocniej ścisnęła dłoń Piotra.
- Mogę się jeszcze wycofać? - zapytała.
- Teraz już nie. Pamiętasz, jak bardzo tego chciałaś?
- Chciałam, ale nie wiedziałam, że będzie mnie to kosztować aż tyle nerwów.
- Wszystko będzie okej. Będę tam z tobą cały czas.
- Obiecujesz, że nie dasz mu zrobić mi nic złego? - zapytała, niczym mała dziewczynka bojąca się wizyty u stomatologa.
- Słowo harcerza.
- Byłeś harcerzem? - zapytała podejrzliwie.
- Nie, ale to przecież nie przeszkadza. - zaśmiali się.
- Dobra! Raz się żyje! - powiedziała i popchnęła szklane drzwi, na których był wielki napis: NEUROCHIRURGIA.
- No i to mi się podoba! - pocałował ją już tylko w policzek i znów chwycił jej dłoń.
Podeszli do dyżurki pielęgniarek, w której kobiety piły kawę i dość głośno rozmawiały. Oni przerwali im to błogie lenistwo.
- Dzień dobry. - przywitała się Paulina.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - podeszła do nich jedna z kobiet w różowym kitlu.
- Chcielibyśmy dowiedzieć się, gdzie możemy znaleźć teraz doktora Kibard'a. - Piotr przejął inicjatywę.
- Jest w swoim gabinecie. Do końca korytarza i w prawo. - pokierowała kobieta.
- Dziękujemy. - para poszła tak, jak kazała im kobieta.
- Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że znam tę pielęgniarkę. - powiedziała Paulina, gdy była pewna, że kobieta ich nie słyszy.
- Może pracowała tu już wtedy, gdy ty tu przyjechałaś?
- Jeśli to nie była pani Renata, to ja jestem świętą. - olśniło ją. - Moja ulubiona "ciocia". - wyjaśniła chłopakowi swoją euforię.
- Dobra, teraz się przygotuj. - powiedział, gdy stali już niemal przed drzwiami gabinetu Kibard’a. - Policz od dziesięciu do jednego... już?
- Tak. - zapukała do pokoju lekarza...
Po chwilce weszła.
- Można? - zapytała lekarza.
- Coś się stało?
- Chciałam się z panem spotkać.
- Ale w jakiej sprawie? Państwa dziecko leży u nas i chcecie się dowiedzieć państwo co się dzieje? - zgadywał.
- Nie, panie doktorze. Nie pamięta mnie pan, prawda? - zapytała z niewiarygodnym spokojem.
- Mam panią pamiętać? Skąd?
- Byłam pańską pacjentką. - oznajmiła bez jakichkolwiek emocji. - Ale może mnie pan nie pamiętać, to przecież mały szczegół, że rozwalił pan moje życie. - z jej oczu płynęły już pojedyncze łzy.
- Kochanie, hamuj słowa. - poprosił ją Piotr.
- Nie wtrącaj się! - burknęła.
- Miałam sześć lat... byłam małą dziewczynką... a jednak nie oszczędzał mnie pan... Mimo, że za każdym razem mówił pan, że nie będzie boleć to ściąganie krwi... Gdyby to wtedy nie bolało, nie byłoby mnie tutaj dzisiaj... - lekarz patrzył na nią i chyba domyślał się kim jest owa dziewczyna. - Nie mam do pana żalu w związku z rozpieprzeniem mojego pięknie ułożonego planu na życie, nawet nie mam pretensji o zrobienie ze mnie osoby niepełnosprawnej, ale właśnie za to! Właśnie za ten przeraźliwy ból! - zakończyła swój monolog i wtuliła się w bezpieczne ramiona Piotra.
- Paulinko, zrozum, nie było innego wyjścia... - lekarz już wiedział kim była i zaczął się tłumaczyć.
- Wyjście jest zawsze. - powiedziała dziewczyna. - Mógł mnie pan zostawić w spokoju! - wykrzyknęła.
- Pauliś, nie mogłem tego zrobić! Jeszcze kilka dni i byś umarła. Rozumiesz? Nie mieliśmy innego wyjścia! Zrozum. Nie mieliśmy! - wybuchnął.
Dziewczyna instynktownie schowała się za Piotra, niczym mała dziewczynka chowa się za matczyną spódnicę.
- Zawsze chciałam się z panem spotkać tylko po to, żeby się przekonać, że nie było warto czekać na ten dzień. Dziś już wiem na pewno - nie było warto!
Chciała wyjść z gabinetu. Już kierowała się w stronę drzwi. Jednak lekarz złapał jej lewy, jedyny sprawny nadgarstek. Chciała wyrwać rękę, jednak nie dała rady. Piotr patrzył na to, niby w transie. Nie chciał nic robić. Nie chciał stawać po stronie Pauliny, gdyż wiedział, że tylko poprzez szczerą rozmowę mogą wyjaśnić się wszystkie jej lęki; ani tym bardziej po stronie lekarza, gdyż zdawał sobie sprawę, że dziewczyna może to odebrać jako atak na nią...
- Niech mnie pan puści! - zawołała dziewczyna. Była przerażona. Przed jej oczami znów stanął obraz z dzieciństwa.
Znów była małą dziewczynką, która uwielbiała rysować. I znów miała przeżywać koszmar tego przeraźliwego bólu.
Lekarz puścił jej nadgarstek. Ona wtuliła się w ramiona Piotra. On ją przytulił i wyszedł z nią z gabinetu lekarza.
- Pauluś, kwiatuszku, musisz wrócić i go wysłuchać! - mówił bardzo łagodnym głosem.
- Nigdzie nie będę wracać! On mnie zranił i teraz nawet nie ma odwagi się do tego przyznać! - płakała.
- Nie miał okazji, bo ty na niego naskoczyłaś i nie dałaś mu dojść do słowa. - wyjaśniał.
- To nie moja wina, że zrujnował mi życie! Nie pchałam mu się pod nóż! Nie chciałam, żeby mnie kroił! Ale skąd mógł to wiedzieć? Przecież nikogo nie obchodziło co ja czuję, czego chcę!
- Kochanie, już, uspokój się. - przytulił ją teraz jeszcze mocniej, a ona już nie miała siły. Już to wszystko ją przerastało. - To co, możemy już wrócić? - zapytał, gdy się troszkę uspokoiła.
- Nie chcę go widzieć już nigdy więcej!
- Pauluś, nie zaczynaj od początku, proszę. Obiecuję, że już teraz nic ci nie grozi.
- Na pewno?
- Tak. Nie dam mu cię skrzywdzić. - tym ją przekonał. Dziewczyna pocałowała go i znów przekroczyła próg gabinetu lekarza.
- Panie doktorze, proszę, niech pan mi to wszystko wytłumaczy. - poprosiła, gdy już Piotr zamknął drzwi.
- Od czego mam zacząć?
- Najlepiej od samego początku. Dlaczego? Dlaczego pan robił to wszystko? - pytała, cała we łzach.+
- Obiecałem twojej mamie, że będziesz żyła...
- Nie chodzi mi tutaj o operację! - wykrzyknęła. To stwierdzenie zaszokowało męską część towarzystwa. - Ufałam panu! A pan to tak bezczelnie wykorzystał! - wykrzyknęła.
- Paulinko...
- Niech mnie pan tak nie nazywa! - naskoczyła na niego. - Nie jestem dla pana Paulinką!
- Kochanie, uspokój się. - Piotr przytulił dziewczynę do swojej klatki piersiowej.
Ona zaczęła przeraźliwie szlochać.
- Każdej nocy śniłam o tym spotkaniu... - mówiła, gdy przestała płakać, jednak bardzo powoli, gdyż bała się, że może nie opanować kolejnych łez, które stały w jej oczach. Uwolniła się z ramion Piotra, jednak złapała jego ciepłą, a wręcz gorącą dłoń. - Tak bardzo pragnęłam tego spotkania. Chciałam wykrzyczeć panu... wykrzyczeć, a właściwie "podziękować" za zniszczenie mojego wspaniałego planu na życie.
- Kwiatku, proszę. - powiedział Piotrek.
- Wtedy mu tego nie mogłam powiedzieć! Bałam się! Bo wtedy, gdy był tyranem, nie chciałam go urazić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nikt, kompletnie nikt, nie stanąłby w mojej obronie! Przecież on tylko "ratował moje życie". Większej bajki nie słyszałam jeszcze nigdy! CHOLERA JASNA! - zaklęła krzycząc.
- Paulinko, ty nie możesz się denerwować! - powiedział lekarz, bardzo spokojnym głosem.
- Bo co? Znowu będzie się pan nade mną znęcać? - zapytała, czując strach i niepewność.
- Pauluś, spokojnie, stokroteczko... - poprosił, tym razem, Piotr.
- Jak mam być spokojna? Stoję przed człowiekiem, który zrujnował moje życie; a on nie ma cywilnej, męskiej odwagi się do tego przyznać. - wykrzyczała.
- Miałem dać ci umrzeć? - zapytał w końcu.
- Jeśli nie dało się zrobić nic innego, to tak. Kto panu tak naściemniał, że będę chciała tak żyć? - zapytała płacząc.
- Twoja mama powiedziała, że...
- Ale co mnie to obchodzi? Wy wszyscy jesteście egoistami! - krzyknęła i wybiegła z gabinetu.
Pobiegła do windy, wcisnęła przycisk przywołujący, jednak jak na złość, winda była na samej górze.
Postanowiła zbiec schodami. Piotr wybiegł zaraz za nią. Nie chciał, żeby zrobiła sobie coś złego.
Znalazł ją na schodach piętro niżej.
Złapał ją tak, aby nie mogła się poruszyć. Przytulił ją do siebie tak mocno, żeby nie mogła się odwrócić.
- Piotruś, boję się tego człowieka! - wyznała, gdy się już trochę uspokoiła.
- On ci nic nie zrobi. Zrozum to w końcu. - potrząsnął nią.
- Traktowałam go jak ojca. Śmiałam się z nim do łez. A on... - rozpłakała się.
- Wiem, skrzywdził cię. Jednak nie możesz żywić do niego takiej urazy. To było już bardzo dawno. Tego już nie dasz rady odwrócić. Nie dasz rady cofnąć czasu. Nikt nie da rady. On też.
- Piotr, ty słyszysz, co mówisz? Starasz się go bronić! Jesteś taki sam, jak wszyscy! To jest moja wina? To, że jestem niepełnosprawna też!? - wykrzyczała mu prosto w twarz.
Chciała wyswobodzić się z jego uścisku, jednak nie dała rady. Trzymał ją zbyt mocno.
- Puść mnie! Chcę stąd jak najszybciej wyjść! - krzyczała, zalewając się łzami. Obok nich przechodziło akurat kilka pielęgniarek. Nawet się nie odwróciły, aby zobaczyć, co się dzieje. - Piotruś, błagam cię. - powiedziała już szeptem, całkiem bezsilna.
- Wiem, że zawsze tego chciałaś. Dlaczego chcesz tak łatwo z tego zrezygnować? - zapytał w końcu.
- Dlaczego? Dlatego, że nie wiedziałam, że to będzie mnie aż tyle kosztować. Tyle nerwów i emocji. - szlochała.
On przytulił ją, jakby chciał uchronić przed całym światem.
- Proszę Cię! Zabierz mnie stąd jak najdalej. - Paulina już nie panowała nad swoimi emocjami.
- Kochanie, spokojnie. - poprosił ją o jeszcze chwilkę cierpliwości.
- Na co tu jeszcze czekamy? - zapytała po chwili, gdy już się uspokoiła, a jej umysł wrócił do stanu, kiedy mogła racjonalnie myśleć.
- Bo nie bardzo wiem jak się stąd wydostać i dotrzeć na Marszałkowską, czy jakoś tak się to nazywa... - przyznał się, co wywołało na jej twarzy uśmiech.
- To było trzeba tak powiedzieć piętnaście minut temu. A nie kazać mi wchodzić jeszcze raz do tego popaprańca. A tak w ogóle... to po co my tam? - zapytała podejrzliwie.
- Umówiłem się tam z Robertem.
- A skąd on wiedział, że w centrum jest coś takiego jak marszałkowska. To jest tylko potoczna nazwa, używana wyłącznie przez wtajemniczonych. - zaśmiała się dziewczyna.
- Nie czepiaj się szczegółów kochanie. - cmoknął jej policzek i podszedł do windy.
- Ty chcesz tym jechać? - zapytała dziewczyna, gdy zobaczyła gdzie pakuje się Piotr.
- No tak. A co? - zdziwił się.
- Spójrz! - nakierowała jego oczy na napis nad windą. "odzież brudna". - Życzę powodzenia. - zaczęła się śmiać.
- Oj... każdemu zdarzają się wpadki. - zaczął iść potulnie za swoją wybranką.
- Ale nikomu tak często. - sprostowała dziewczyna.
Rozdział 4
Gdy dziewczyna weszła do właściwej windy, poczekała na Piotra i wcisnęła 0.
- A czemu do wyjścia? - zapytał zdezorientowany.
- Zaufaj mi. - poprosiła i wtuliła się w jego tors.
Po chwili byli na dole. Dziewczyna kierowała się w stronę wyjścia. Piotr zaskoczony, jednak nie zwalniał kroku.
Moment później stali przed windą, taką niemal samą, która zwiozła ich z góry.
- I wracamy do punktu wyjścia? - zapytał chłopak, który już nie wiedział co o tym myśleć.
- Nie kochanie - powiedziała tajemniczo.
Wcisnęła przycisk przywołujący, a żelazne drzwi natychmiast się otworzyły, jakby tylko na nich czekały.
W windzie jechali tylko oni. Paulina miała więc okazję wyjaśnić chłopakowi kilka spraw.
- Misiek... - chciała, aby już nie "bujał w obłokach", tylko jej posłuchał. - gdybyśmy tamtą windą zjechali na minus jeden. - w tym momencie nacisnęła na klawiaturze właśnie ten poziom. - Pojechalibyśmy do kaplicy, a jeszcze niżej jest trupiarnia. - zaśmiała się . - W sumie mogliśmy iść od razu na piątce do tej windy, ale nie miałabym tej satysfakcji, nie mogłabym zobaczyć twoich zdumionych oczu. - pocałowała go na przeprosiny.
- A co tak właściwie jest na tej "marszałkowskiej"? - zapytał z lekceważeniem.
- To jest bardzo poważna sprawa, więc proszę cię, nie kpi z tego... - oburzyła się.
- Dobrze. To co, w takim razie, tam jest?
- Tam można znaleźć chyba wszystko. Jednak moim ulubionym stoiskiem był zawsze jeden malutki sklepik na początku. Tam mieli pyszne bezy... - rozmarzyła się.
- Dlatego właśnie tam idziemy.
- O tym też wiedziałeś?!
- Przepraszam - powiedział ze skruchą. - Ale to twoja mama kazała nam przysiąc, że tobie nic nie powiemy - usprawiedliwił się.
- Dobra, dobra... chodź już - otworzyła się winda i wysiedli.
- Ale już się nie gniewasz? - chciał się upewnić.
- Jak mam się na ciebie gniewać? - zapytała retorycznie. - Ciebie nie można nie kochać. - wyznała.
Po chwili zobaczyła Roberta razem z nieznajomą sobie kobietą. Mniej więcej rówieśnicą mężczyzny.
W końcu Robert i kobieta podeszli do pary.
- Cześć Aniu. - przywitał się Piotr i uścisnął kobietę. - Pozwól, że przedstawię ci swoją dziewczynę. Pauluś, to jest nasza ciotka, Anka. Aniu, to jest najukochańsza kobieta, jaką kiedykolwiek poznałem. - Paulina uścisnęła dłoń kobiety.
- Bardzo mi miło panią poznać. - Paulina nie bardzo wiedziała co o tym myśleć.
- Mów po prostu na mnie Ania. Będzie mi bardzo miło. - kobieta była bardzo uprzejma.
- Robi, nie widziałam, że ty znasz ten szpital. - Paulina była pełna uznania.
- Ja? No coś ty. Ja bym się tutaj zgubił sto razy, gdyby nie Anka. - przyznał się Robert.
Paulina była skołowana. Skąd ta kobieta zna ten budynek?
- Mój narzeczony tu pracuje. - wyjaśniła kobieta.
- Pewnie teraz pani chciałaby do niego iść, a oni panią tu trzymają bez sensu? - zgadywała Paulina spoglądając na chłopaków z wyrzutem.
- Spokojnie. On ma jeszcze - spojrzała na zegarek - dokładnie dwadzieścia siedem minut dyżuru.
- Jest tak dokładny? Musi być albo Szwajcarem, albo uwielbiać tu pracować. Ale cóż: każdy lekarz tutaj ma jakieś odchyły... - stwierdziła Paulina bez jakichkolwiek ogródek.
- Dlaczego tak sądzisz? - Ania zdziwiła się, skąd w Paulinie tyle jadu.
- Jeden z nich spartaczył moje życie, ale to już inne buty... - przyznała dziewczyna bez jakichkolwiek emocji.
- Wszystko się jeszcze ułoży. Zobaczysz. - pocieszała ją kobieta.
Po jeszcze chwili rozmowy i wypiciu szybkiej kawy, Ania poprosiła ich o przysługę.
- Odprowadzicie mnie na oddział, czy się spieszycie? - zapytała.
- Oczywiście, że cię odprowadzimy. - stwierdziła ochoczo dziewczyna, na co bracia tylko się uśmiechnęli.
- Dziękuję. - odpowiedziała Ania.
Moment później byli już w windzie, która jeździła po wszystkich oddziałach. Ania wcisnęła "5", jednak Paulina tego nie zauważyła. Była cały czas pogrążona we wspomnieniach z tego szpitala. Głównie na tych wspaniałych, jednak co chwilkę przewijały się również te złe: te bardzo bolesne; te, o których chciała jak najszybciej zapomnieć, jednak nie mogła. Nie po tym, co przeżyła tego dnia.
Gdy winda się zatrzymała, Paulina automatycznie spojrzała na wyświetlacz nad ich głowami. Widniała na nim wielka piątka.
- Chyba się zacięliśmy. - stwierdziła dziewczyna, w tej chwili drzwi się otworzyły. Ona nie mogła wyjść ze zdziwienia. Jednak do końca żyła złudną nadzieją, że idą na oddział urologii, który sąsiadował z neurochirurgią. Niestety - była w błędzie.
Kobieta popchnęła szklane drzwi z napisem "NEUROCHIRURGIA". Przywitała się z pielęgniarkami i pokierowała swe kroki w stronę gabinetów lekarzy. Paulina była znów jak w transie. Wiedziała, że tutaj jest zbyt dużo wspomnień. Zbyt dużo wydarzyło się na tym oddziale...
Dziewczyna poprosiła bezgłośnie Piotra, aby zaczekali na jego ciotkę przy dyżurce. Pod żadnym pozorem nie chciała spotkać dr Kibard'a. Gdy Ania wyszła z gabinetu razem ze swym narzeczonym, Paulina nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Najchętniej wtedy wyparowałaby, albo zapadła się głęboko pod ziemię, bowiem wybrankiem serca ciotki Piotra był właśnie Kibard.
- Czy ty o tym wszystkim wiedziałeś? - zapytała Paulina ukochanego, patrząc na niego ze wściekłością i zwierzęcą rządzą mordu w oczach.
Chłopak nie był w stanie odpowiedzieć na jej pytanie.
- To jest właśnie mój narzeczony. - powiedziała Ania, która najprawdopodobniej nie zdawała sobie sprawy, kim jest dla Pauliny owy człowiek. - Krzysiu poznaj, to jest Robert i Piotr - moi bratankowie oraz dziewczyna Piotra - Paulina. - Dziewczyna milczała. Tak samo jak lekarz. - Ej... a co wy macie takie grobowe miny? - zapytała po chwili kobieta widząc, że Paulina najchętniej wyskoczyłaby z okna, gdyby tylko Piotr jej pozwolił.
- Pauliśka chyba miała na myśli pana Krzyśka, gdy mówiła o tych lekarzach, którzy mają odchyły... - Piotr chciał trochę naświetlić sytuację ciotce, przy czym ostatkami sił powstrzymywał atak śmiechu.
- Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć dlaczego? - zapytała w pewnej chwili Ania, która już nic nie rozumiała.
- Wytłumaczyć? - zapytała Paulina i nie czekając nawet na odpowiedź, kontynuowała. - Gdy miałam sześć lat pan doktor, czy jak go nazwałaś, Krzysiek; przeprowadzał mi zabieg chirurgiczny. Niby nic strasznego, ot zwykły, jak tysiąc pięćset innych... Niestety, coś nie wyszło. I teraz, do końca swoich dni, muszę codziennie przez kilka godzin wykonywać jakieś pieprzone ćwiczenia... Ta operacja miała uratować moje życie. I fakt, życie uratowała, tylko nie wiem kto temu panu powiedział, że ja będę chciała tak żyć. - powiedziała to, nie patrząc nawet kątem oka w stronę lekarza. Jakby go nie było. Jakby nie słuchał jej monologu, niczym mowy oskarżycielskiej.
Rozdział 5
Dziewczyna skierowała się do windy. Nacisnęła przycisk przywołujący, a po chwili weszła do windy, jednak zanim to nastąpiło, Piotr już dobiegł do niej. Wszedł razem z nią. Pozwolił jej wtulić się w swój tors. Wiedział, że ona tylko tego potrzebuje. Teraz znów była małą dziewczynką; dziewczynką, która boi się tego, przed czym nie może uciec...
Paulina nie wiedziała kiedy, ale się rozpłakała. Płakała, ale te łzy nie dawały jej ukojenia, a jeszcze bardziej przywoływały wspomnienia.
W końcu zjechali na dół, do wyjścia.
- Jadę do domu. Mam tego dość... - wyszeptała dziewczyna.
- Odwiozę cię. - zaproponował i zobaczył jej niespokojną twarz. - Proszę. - dodał.
- Dobrze, ale ja prowadzę. - zgodziła się.
- Dla ciebie wszystko. Kocham cię. - wyznał i przytulił dziewczynę do siebie.
Dziewczyna nie odezwała się ani słowem aż do czasu, gdy dojechali do lasu, który był pod Ostrołęką. Wtedy raptownie zatrzymała samochód na poboczu, włączyła światła awaryjne, wysiadła z niego i podbiegła do najbliższego drzewa.
Tam się rozpłakała.
Piotr wybiegł z auta i dogonił ukochaną. Przytulił ją do siebie. Gdy już się uspokoiła zaproponował:
- Chodź. Teraz wsiądziesz do samochodu, a ja w godzinę dowiozę cię do domu...
- Do Warszawy... - poprosiła dziewczyna słabym głosem, łkając.
- Do Warszawy... - powtórzył chłopak i się uśmiechnął.
- Jedziemy do mojego akademika? - zapytał Piotr, gdy już minęli tabliczkę z napisem WARSZAWA.
- Do mieszkania Ani. Mam nadzieję, że on tam nadal jest.
- Zaraz się dowiem. - uśmiechnął się, wyciągnął telefon i zadzwonił do ciotki.
Odebrała po kilku sygnałach.
- Co się dzieje? Gdzie wy jesteście? - zapytała zdenerwowana.
- Właśnie chciałem zadać tobie to pytanie.
- My wszyscy jesteśmy na Wiejskiej, w moim mieszkaniu.
- Jesteście wszyscy?
- Pytasz o Krzyśka? - domyśliła się.
- Tak...
- Przeproś Paulinę ode mnie, ja nie wiedziałam... - zaczęła się tłumaczyć.
- Ona chce się z nim spotkać. - przerwał.
- To przyjeżdżajcie. Krzysiu miał się zbierać, ale w takim wypadku mówi, że poczeka.
Około dziewiętnastej byli już pod blokiem Ani.
- Piotruś... - dziewczyna chciała, aby chłopak jej posłuchał.
- Słucham kochanie... - zapytał z przejęciem.
- Daj mi setę. Na trzeźwo tam nie wejdę. - zaśmiała się nerwowo.
- Kotku, będzie okej. - przytulił ją do siebie.
- Trzymam cię za słowo. - zacisnęła swoją prawą dłoń na jego dłoni.
Po chwili wjechali windą na dziewiąte piętro do mieszkania ciotki Piotra. Paulina nacisnęła dzwonek. Słychać było śmiech i ogólne rozbawienie towarzystwa.
Moment później drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Ania.
- Cześć. - powiedziała z ulgą. - Nic wam nie jest? - zapytała z przejęciem.
- Nie. - powiedziała Paulina i włożyła wszystkie siły, aby się uśmiechnąć.
- Chodźcie do salonu. - zaproponowała Ania.
Wszyscy przeszli do pokoju. Tam na kanapie siedział Robert, a na fotelu przy stoliku kawowym - lekarz.
- Witam. - powiedziała dziewczyna w stronę Kibard'a. - Cześć Robi. - uśmiechnęła się nerwowo.
- Chcecie coś do picia? - zapytała Ania, aby rozładować stres dziewczyny.
- Zrobisz mi kawkę? - zapytała dziewczyna, a lekarz chciał to skomentować, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Mi też. - powiedział jedynie.
W pokoju została tylko Paulina z Krzyśkiem.
Przez chwilkę się nie odzywali. Nie wiedzieli jak zacząć rozmowę.
Z kuchni Piotr nasłuchiwał dialogu.
- Piter, weź tak nie podsłuchuj, bo kociej mordy dostaniesz! - zaśmiał się Robert.
- Won! - Piotrek był strzępkiem nerwów.
Tymczasem w pokoju panowała napięta atmosfera. Krzysiek tłumaczył Paulinie procedury, którymi się kierował wtedy, gdy wykonywał jej zabieg. Mówił, że gdyby nie uszkodził jej nerwów odpowiadających za władanie prawą stroną ciała, to na pewno uszkodziłby nerwy odpowiadające za ruchy mimowolne, takie jak bicie serca czy oddychanie.
- Tak więc musiałem wybrać mniejsze zło. Kochałem cię jak córkę, której nigdy nie miałem. - wyznał.
Ona miała już dość. Nie miała już siły na to wszystko.
Wyszła z pokoju, a w chwilkę później opuściła mieszkanie trzaskając drzwiami. Zbiegła jedno piętro na dół. Miała multum informacji, z którymi sobie już nie radziła.
- Idiotko! - skarciła się z wściekłością. Wróciła na górę. Wbiegła do mieszkania, a później do pokoju.
Krzysiek wstał z fotela. Zobaczył furię - a bynajmniej tak mu się wydawało - w jej oczach. Jednak ona zamiast okładać go pięściami, przytuliła się do niego.
- Dziękuję. - powiedziała przez łzy, które napływały jej do oczu.
Podczas, gdy w kuchni Piotr cieszył się jak małe dziecko.
- Co już podsłuchałeś? - zapytała Ania.
- Pogodziła się z nim! - powiedział chłopak i porwał kobietę na ręce.
- Puszczaj! - on w jednej chwili znów postawił ją na ziemi.
- Przepraszam, ale zrozum moje szczęście. - poprosił z miną małego chłopca.
- Rozumiem i cieszę się razem z tobą. - zmierzwiła jego włosy.
Ania uzmysłowiła sobie, że to jest najlepszy moment, żeby zanieść im gorące napoje.
- A co, myślisz, że już przeszła pierwsza linia ognia? - zapytał Robert, śmiejąc się.
- Daj, zaniosę. - zaoferował się Piotr, który był bardzo ciekawy tego, jak czuje się Paulina.
- O kurde, ty nigdy nie byłeś taki uczynny. Nawet jeśli chodziło o Monikę. - zaśmiał się starszy brat chłopaka.
- Nie przypominaj mi o niej! To jest skończony temat, nie chcę do tego wracać! - zdenerwował się Piotr.
- Przepraszam, ale wydawało mi się, że już jesteście do siebie przyjaźnie nastawieni.
- Przeprosiła mnie za to co zrobiła,, ale to i tak nie zmienia faktu, że jej nienawidzę. - chłopak zakończył temat.
W chwilę późnej Krzysztof wraz z Pauliną weszli do kuchni.
- Jak się czujesz? - zapytał ukochany dziewczyny.
- Nigdy nie czułam się lepiej. - wyznała. - No, może tylko jak poznałam ciebie. - sprostowała po chwili zamyślenia.
Chłopak przytulił i pocałował ją.
Rozdział 6
Kilka minut później wszyscy siedzieli w salonie i popijali gorące napoje.
Paulina opowiadała Krzyśkowi całą historię swojego życia po operacji. Lekarz był dumny z dziewczyny, że mimo, że życie tak ją doświadczyło, potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić i wyjść z tego z uniesioną głową.
Opowiedziała mu również o tym, że teraz przygotowuje się do jeszcze jednego zabiegu, który ma przynieść jej ukojenie w walce ze spastycznymi mięśniami.
- Nie boisz się? - zapytał doktor.
- Nie. - stwierdziła dziewczyna. - Myślę, że już wszystko, co miało mi się złego przytrafić, już się zdarzyło. Teraz może być już tylko lepiej. - była pełna optymizmu.
- Cieszę się, że tak myślisz. - przyznał Krzysiek. - Życzę ci, aby wszystko się udało.
- Dziękuję. - powiedziała zmieszana.
- Nie może się nie udać. - powiedziała Ania. - W końcu Piotrek tam z tobą będzie.
- No tak. A on emituje od siebie jakieś dziwne, optymistyczne, radioaktywne fale. - zaczęła się z niego nabijać.
- Ej.. ja tak się nie bawię! Kochanie, nawet ty przeciwko mnie? - zapytał oburzony.
- Ja też cię kocham. - stwierdziła.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
Atmosfera się zupełnie rozluźniła. Ania wniosła szampana do pokoju. Wszyscy wzięli do rąk kieliszki napełnione złotym trunkiem. Piotr, zanim wzniósł toast, wyjął z kieszeni małe, jubilerskie pudełeczko. Otworzył je i klęknął przed Pauliną.
- Kochanie, wiem, że wiele w życiu wycierpiałaś; wiem, że wiele razy musiałaś zaczynać życie od nowa; jednak mam nadzieję, że to życie, jakie ja potrafię tobie ofiarować jest o wiele przyjemniejsze. Być może nie będzie w nim fajerwerków; jedynym co mogę tobie ofiarować jest moja bezgraniczna miłość i oddanie... - wyznał. - Proszę cię, przyjmij ten pierścionek, jako znak mojej bezgranicznej miłości do ciebie...
Ona zaniemówiła. Podała mu tylko swoją dłoń na znak zgody. Łzy wzruszenia napływały jej do oczu.
- Kocham cię. - wyznał, gdy podniósł się z kolan. - I zawsze będę cię kochał! - przytulił ją i pocałował.
Dziewczyna tylko wtuliła się w jego ramiona.
Kilka dni później dziewczyna wróciła wraz z Piotrem i Robertem do domu.
Paulina, choć była zmęczona podróżą, od razu zadzwoniła do swojej przyjaciółki - Magdy i poprosiła ją o spotkanie.
Umówiły się w swojej ulubionej kawiarni.
- Cześć. - zawołała Paulina, gdy już siedziała przy stoliku z filiżanką kawy w ręku, do Magdy, która weszła właśnie do kawiarni.
- A co ty tak się cieszysz? - zapytała przyjaciółka dziewczyny, gdy już podeszła do stolika i zobaczyła uradowaną Paulinę.
- Świat jest piękny, a mężczyźni przystojni, więc czego jeszcze chcieć?
- Widzę, że coś się dobrego stało. Więc zamieniam się w słuch...
- Więc... byłam w Warszawie...
- U Piotrka? Nic dziwnego... - wtrąciła Magda.
- Nie, głupia, daj mi dokończyć. - niecierpliwiła się Paulina. - Spotkałam się z Kibard'em... - wyznała.
- A jak to się stało? - zaciekawiła się.
- Piotrek miał dla mnie niespodziankę. Zapakował mnie do samochodu i wywiózł do Warszawy. Nie chciałam do niego iść, jednak weszłam...
- I nie zadźgałaś go? - wtrąciła.
- Nie. Żyje, ma się dobrze i za dwa tygodnie odbędzie się jego ślub, na który mamy zaproszenie.
- A jakim cudem się wkręciłaś? - nie mogła uwierzyć.
- Takim, że Ania, ciotka Piotrka będzie panną młodą... - zaśmiała się.
- No to gratuluję. Może wy będziecie następni - zaśmiała się z kpiną.
- To jest bardzo możliwe... - powiedziała Paulina, wyciągając prawą dłoń i pokazując pierścionek zaręczynowy, który widniał na jej serdecznym palcu.
- Ale cacko... - zachwyciła się.
- Dostałam od Piotrka. Niedługo będziemy ustalać datę.
- Datę czego? - zapytała głupio.
- No, chyba nie pogrzebu...
- Gratuluję! Kochana... - dziewczyny uścisnęły się.
Chwilę później rozdzwonił się telefon Pauliny.
- Cześć misiek. - przywitała się, gdy zobaczyła kto dzwoni.
- Gdzie jesteś? Bardzo chciałbym iść dzisiaj do twoich rodziców. Myślisz, że to się da jakoś załatwić? - zapytał.
- Pewnie, że się da. Zrobię coś fajnego do jedzenia i spotkamy się na kolacji.
- To o której? - zapytał rzeczowo.
- Nie wiem, wszystko będzie zależało od rodziców. Zaraz będę z nimi gadać. - obiecała i rozłączyła się.
- Magduś, wyszło tak, że się muszę zbierać. Przepraszam.
- Spoko. Odbijemy to sobie następnym razem.. - obiecała.
Po chwili była już w domu.
- O, Pauluś, dzień dobry kochanie... - przywitała ją matka.
- Mamuś, może Piotrek przyjść do nas dzisiaj na kolację?
- Wiesz przecież, że on jest tutaj zawsze mile widziany... - kobieta nie widziała w tym problemu.
- No nie wiem, czy nadal tak będzie... - zaśmiała się cicho dziewczyna. - W takim razie zrobię chińszczyznę - po czym kontynuowała wypowiedź.
Około godziny dwudziestej Piotr zapukał do drzwi domu dziewczyny.
Otworzyła mu, uprzednio przelotnie spojrzawszy w lustro. Gdy spojrzała na narzeczonego, na jej twarzy malował się piękny uśmiech.
- Dobrze, że już jesteś... - pocałowała go czule.
Po bardzo udanej kolacji, Paulina przyniosła czerwone wino.
Gdy już było rozlane, para wstała i poprosiła rodziców o uwagę.
- Proszę państwa, pani Ewo, panie Marcinie - Paulina jest dla mnie najważniejszą kobietą na świecie. Tradycja nakazuje jednak zapytać rodziców wybranki, czy pobłogosławią nasz związek...
- Mamo, tato... - pokazała swą prawą dłoń. - Piotruś oświadczył mi się, a ja przyjęłam pierścionek... - głos jej się łamał.
- Zostaje nam się tylko cieszyć waszym szczęściem! - powiedziała matka dziewczyny z entuzjazmem.
- Wszystkiego najlepszego - dodał Marcin.
Epilog
Dwa tygodnie później odbył się ślub Ani i Krzyśka. Wszyscy bawili się na weselu wyśmienicie.
Miesiąc później odbył się zabieg, na który przygotowywała się Paulina od dłuższego czasu. Na szczęście wszystko się udało. Dwa dni po wyjęciu szwów Paulina mogła wyjść ze szpitala. Czuła się bardzo dobrze.
Gdy przyjechała do domu, rozpoczęła bardzo intensywną rehabilitację, której efekty były widoczne niemal od razu.
Pół roku później odbył się ślub Pauliny i Piotra. Dziewczyna upierała się, żeby jeszcze poczekać, jednak dała się przekonać.
Na ślub po raz pierwszy w życiu rehabilitant pozwolił jej włożyć buty na obcasie. Cieszyła się jak małe dziecko.
- Ja Piotr, biorę sobie ciebie Paulino za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską... - chłopak powtarzał za kapłanem słowa przysięgi.
To samo później zrobiła dziewczyna.
Gdy już wyszli z kościoła wiwatom na ich cześć nie było końca.
Następnego ranka dziewczyna obudziła się w objęciach swojego męża.
- Kocham cię ponad wszystko na świecie - wyznał i pocałował swoją żonę. - I to się nigdy nie zmieni! - zapewnił.
I tak właśnie było...
Opowiem Wam historię pewnej dziewczyny o imieniu Paulina...
Była bardzo ładną, jasnowłosą dziewczynką. Miała kochającą rodzinę: brata, ciocie, wujków, babcie, dziadków... oraz rodziców, którzy wyjechali za granicę, aby zarobić na lepsze życie swoich dzieci, jednak już niedługo mieli wrócić i żyć długo i szczęśliwie. Niestety, życie dziewczyny nie było bajką. W wieku sześciu lat i trzech miesięcy, lekarze zdiagnozowali w jej mózgu olbrzymią nieprawidłowość. Zapadła jednogłośna decyzja: tylko zabieg chirurgiczny może uratować życie dziewczynki...
Kilka dni później Paulina była przygotowywana do zabiegu. Nie wiedziała, co się dzieje, lecz przepełniała ją radość, gdyż przyjechała jej mama. W ogóle nie odczuwała tego, co miało się stać.
Bardzo polubiła swojego lekarza i zaufała mu. W dniu zabiegu, gdy zabierali ją na salę operacyjną, doktor przyszedł do jej matki jeszcze raz i ponownie zapewniał ją o tym, że wszystko będzie dobrze. Oczywiście dzień wcześniej powiedział jej o wszystkich zagrożeniach płynących z wykonania operacji, lecz ona podpisała zgodę.
Przy stole operacyjnym lekarze męczyli się jedenaście godzin. Jedenaście godzin czekała także matka dziewczynki przed salą operacyjną, na jakiekolwiek wieści. W końcu, wieczorem, gdy już przewieźli Paulinkę na salę pooperacyjną, wyszedł do kobiety lekarz, który ją operował - dr Dabi.
- Dobry wieczór. Pani jeszcze tutaj jest? - zapytał, gdyż spodziewał się, że już poszła do hotelu. Czekały ją teraz ciężkie dni, więc musiała się wyspać.
- Tak. Co jest z Paulą? Wszystko w porządku? Gdzie ona teraz jest? - zasypywała go gradem pytań.
- Przewieźliśmy ją na salę pooperacyjną. Tam będzie nabierała sił. - wyjaśniał lekarz.
- Mogę ją teraz zobaczyć? - zapytała i wstała z twardego, plastikowego krzesełka.
- Tak, jak najbardziej. Zaprowadzę panią.
- Dziękuję doktorze. - kobieta ledwo szła. Słaniała się na nogach.
Gdy już doszli do sali Pauliny, lekarz zostawił kobietę z córką. Sam poszedł do pokoju lekarskiego, aby zaparzyć kawę. Po chwili przyszedł do sali dziewczynki, gdzie była podłączona do aparatur, monitorujących jej stan oraz do respiratora, który za nią oddychał.
- Czy ten respirator jest konieczny? - zapytała kobieta, gdy lekarz przysiadł obok niej i wręczył jej gorącą kawę.
- Niestety, w czasie zabiegu wystąpiły małe komplikacje. Najbliższe godziny będą decydujące.
Kobieta wtuliła się w bezpieczne ramiona lekarza. Jednak po chwili oderwała się od niego jak oparzona.
- Przepraszam. Nie powinnam była.
- Nic się nie stało. Pani Ewo, wiem, że jest ciężko. Nie co dzień dowiadujemy się, że nasze dziecko jest bardzo poważnie chore.
- Pan coś o tym chyba wie. - powiedziała we łzach i chwyciła bezwładną dłoń swojej córki.
- Niestety. Mój synek też był bardzo poważnie chory. Na szczęście już teraz nie ma po tym znaku. Po za blizną, a jest tylko troszkę starszy od Paulinki, jednak już pokonał swojego wroga. Paulisia też już prawie pokonała. Tylko trzeba być dobrej myśli. Jestem pewien, że to wystarczy.
- Trzymam pana za słowo.
- Da pani spokój już z tym "panem". - wyciągnął do niej rękę - Krzysiek.
- Ewa. - uścisnęła jego dłoń z mizernym grymasem uśmiechu na ustach.
Kilka dni później dziewczynka się wybudziła. Lekarzy przestraszył fakt, że wystąpił prawostronny paraliż... Zaczęła się bardzo żmudna rehabilitacja. Codziennie przychodził do jej sali fizjoterapeuta i próbował nauczyć ją na nowo chodzić.
W końcu paraliż ustąpił miejsca niedowładowi połowiczemu. Po dwóch tygodniach od zabiegu chodziła z pomocą rehabilitanta. Była z tego bardzo dumna.
W końcu, po miesiącu od zabiegu postawiła swoje pierwsze, samodzielne kroki.
Jednak to nie był koniec jej rehabilitacji.
Po zabiegu także rozpoczęło się coś, co było najgorszym, co mogło spotkać tę istotkę. Przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.
Mianowicie było to ściąganie z jej małej, łysej główki krwi, która się tam zbierała. Robił to za każdym razem dr Dabi, a ona płakała, wiszczała, wiła się i wyrywała. Tak bardzo ją to bolało. A lekarz za każdym razem, gdy wykonywał ten - z pozoru niewinny - zabieg, zapewniał ją, że tym razem nic nie poczuje. Jednak zawsze czuła.
Z czasem, gdy już wiedziała, że gdy lekarz na porannym obchodzie ogląda jej głowę, będzie tego samego dnia TEN ból, bała się nawet obchodów. Gdy medycy wchodzili do jej sali, ona chowała się za mamę. Była jeszcze za młoda na jakąkolwiek formę sprzeciwu.
Na początku odczuwała do Dabiego lęk. Lęk i nic ponad to...
W końcu nastał tak bardzo oczekiwany przez nią dzień - dzień wypisu z oddziału neurochirurgii. Co prawda jeszcze nie żegnała się z tym oddziałem na zawsze, ale przynajmniej mogła lekko odetchnąć. "Już nigdy więcej pan doktor nie będzie mnie kłuł w główkę" - myślała.
Gdy Ewa dostała wypis z neurochirurgii, jej córka była uradowana, że wraca do domu, ona natomiast wiedziała, że to jeszcze nie koniec pobytu w szpitalu. Przy wypisie dostała również skierowanie na jak najszybsze stawienie się na oddziale rehabilitacji w związku z niedowładem.
Paulinka, gdy się dowiedziała o tym, że nie może jeszcze wrócić do domu, była bardzo przygnębiona. Tak bardzo tęskniła za swoją rodziną. Bardzo jej ich brakowało.
Gdy przyjęto dziewczynkę na rehabilitację, jeszcze tego samego dnia dostała kartę zabiegową. Były na niej takie zabiegi jak: ćwiczenia ogólne, ćwiczenia manualne czy nauka chodzenia.
Wkrótce poszła na pierwsze ćwiczenia ogólne. Ćwiczyła ją kobieta około trzydziestu lat. Robiła wszystko, aby było coraz lepiej. Choć dużo od niej wymagała, dziewczynka wiedziała, że musi to robić. Musi - w końcu chce być kiedyś sprawna i biegać oraz bawić się wraz z rówieśnikami.
Później znalazła się na nauce chodzenia. Choć poruszała się już na krótkich dystansach o własnych siłach, musiała jeszcze dużo pracować nad estetyką chodu oraz nad przeprostem, który wkradł się w jej kolano. Niestety, mężczyzna, który prowadził tę naukę nie był przyjaźnie nastawiony ani do dzieci, ani do ich rodziców. Kobieta, która razem z nim pracowała też z pewnością nie należała do kobiet subtelnych, przyjaznych i miło nastawionych. Dziewczynka ich nie lubiła. Zawsze krzyczeli, byli nieprzyjemni. Paulinka płakała, gdy wchodziła do tego gabinetu za każdym razem.
Na szczęście, zaraz po nauce chodzenia, miała zajęcia manualne ze starszym mężczyzną. Dziewczynka polubiła go, gdy po raz pierwszy przekroczyła próg jego gabinetu.
Po dwóch miesiącach od przyjazdu do tego szpitala, w końcu opuszczała jego mury. Była bardzo szczęśliwa, a jednocześnie smutna, gdyż musiała pożegnać się z panem Piotrem, który prowadził zajęcia manualne.
- Paulinko mam prezent dla ciebie. - podał jej malutkie pudełeczko.
- Dziękuję. - powiedziała z łzami w oczach i rozpakowała prezent. Zobaczyła tam złoty pierścionek z Myszką Miki.
- Zawsze, nawet za kilkanaście lat, gdy się bardzo zmienisz, gdy będziesz miała ten pierścionek, rozpoznam cię. - przytuliła się do niego i pocałowała go w policzek.
Rozdział 2
Co roku dziewczynka, a później już starsza dziewczyna, jeździła do Centrum na kontrolę. Jednak miała to szczęście nigdy nie spotkać się z lekarzem, który ją operował. Jednak cały czas pamiętała ile wyrządził jej bólu.
Gdy miała osiemnaście lat, niedowład jej "pozwolił" i nauczyła się nawet jeździć na nartach. A uczył ją instruktor, który później został jej chłopakiem. Jednak mieszkał około sześciuset kilometrów od niej. Ten związek, na pierwszy rzut oka, nie miał szans na przetrwanie.
Jednak chłopak - Piotr, gdy tylko dostał sygnał, że dziewczyna się załamuje rehabilitacją i tym, że ta nie przynosi oczekiwanych rezultatów, był w stanie rzucić wszystko, czym się aktualnie zajmował i przyjechać do niej.
Bardzo przypadł jej do gustu także starszy brat chłopaka - Robert. Niemal zaraz po poznaniu się, zostali przyjaciółmi.
Mimo, że mieszkali tak daleko od siebie, widzieli się dość często. Piotr bardzo często przyjeżdżał do dziewczyny i razem spędzali czas.
Pewnego wakacyjnego dnia dziewczyna siedziała sama w domu.
- Pauluś, zbieraj się. Zaraz u ciebie będę z Robertem. - powiedział do słuchawki Piotr.
- Kurde, to w takim razie muszę się pospieszyć... - powiedziała do ukochanego.
- O, a co robisz? - zainteresował się.
- Masuję "swój niedowład" w jacuzzi. Potem będę ćwiczyć. Dzięki temu kretynowi, czy jak wy go nazywacie lekarzowi, muszę ćwiczyć sześć dni w tygodniu.
- A możemy do ciebie wpaść w takim razie?
- Możecie. Już wychodzę z wanny. Najwyżej nie będę się katować ćwiczeniami dzisiaj.
- Ani dzisiaj, ani przez kilka najbliższych dni. - oznajmił.
- Chłopie! Zastoję się zupełnie. Ja chcę być sprawna! Jak najszybciej!
- Pogadamy, gdy będziemy u ciebie.
- Dobra, ale ja zdania nie zmienię!
- Dobrze, dobrze. Kocham cię.
Chwilę później bracia byli u dziewczyny.
- Robert, dlaczego właściwie przyjechaliście? - zapytała Paulina.
- Chciałem cię zobaczyć. - tłumaczył się Piotr.
- Robiego pytam!
- Oj, no dobrze. Chcieliśmy cię zabrać na wycieczkę. - wytłumaczył Robert.
- Jaką wycieczkę? - była podejrzliwa.
- Zobaczysz. Tylko się zgódź.
- Wiesz, że nienawidzę niespodzianek?
- Ta ci się spodoba. - obiecał.
- Dobra, ale wy przekonacie moich rodziców.
- Okej. Pani Ewa już wie o wszystkim.
- Oż ty! Wie również, gdzie mnie zabierasz?
- Wie, ale obiecała mi, że nic ci nie powie i jak widzę dotrzymała słowa.
- Już teraz możesz mi chyba powiedzieć, gdzie mnie wywozicie? Jesteśmy już dość daleko od domu. Nie wrócę z buta. - zaśmiała się dziewczyna po godzinie jazdy.
- Może i nie wrócisz, ale nie będzie efektu zaskoczenia. - powiedział Piotr.
- Nie męcz jej tak. - nakazał Robert młodszemu bratu. - Jedziemy do Warszawy. Do naszej ciotki. Mam nadzieję, że się polubicie.
- Jasne, a ja mam uwierzyć, że w tym nie ma drugiego dna? - zapytała podejrzliwie.
- Dokładnie tak. - odpowiedzieli bracia chórem.
Paulinę zżerała ciekawość. Nie wytrzymywała.
- Robi, możesz się zatrzymać na najbliższej stacji benzynowej.
- Jasne. I tak trzeba będzie zaraz zatankować. - mężczyzna nie wyczuł podstępu, który czaił się w umyśle dziewczyny.
Zjechali z trasy. Dziewczyna poszła do toalety, uprzednio biorąc swoją malutką torebkę.
Zadzwoniła do matuli.
- Mamo, mogłabyś mi powiedzieć, gdzie oni mnie wywożą? - zapytała od razu, gdy Ewa odebrała, bez zbędnych powitań.
- Kochanie, nie bój się. Będziesz z tego zadowolona. I nie pytaj o nic więcej. - kobieta rozłączyła się z córką.
Dziewczyna wróciła zawiedziona do samochodu.
- Czym przekupiłeś rodzicielkę? - spytała od razu, gdy tylko wsiadła do samochodu.
- Czyją rodzicielkę? - zaśmiał się Piotr.
- Chyba nie świętego Mikołaja!? - dziewczyna była wściekła.
- Uspokój się. Paulinko, wdech... wydech... spróbuj, to działa. - próbował uspokoić ją Piotrek.
- Jak ty mnie nazwałeś? - zapytała, czerwieniąc się ze złości.
- Paulinka? Jest w tym zdrobnieniu coś zakazanego? - zaśmiał się.
- Nie byłoby, gdyby nie nazywał mnie tak Kibard. Za każdym razem, kiedy... - głos jej się załamał, a z jej oczu popłynęły wielkie łzy.
- Już nigdy więcej cię tak nie nazwę. Obiecuję. - przytulił ukochaną.
Trzy godziny później byli na miejscu. Niestety, Paulina spała kamiennym snem. Piotr, nie mogąc się doczekać jej reakcji chciał ją obudzić, jednak gdy tylko silnik zakończył swą pracę, ona w jednej chwili się obudziła.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała jeszcze pół przytomna.
- Już na miejscu.
Gdy tylko dziewczyna spojrzała na budynek, który był przed samochodem, zamarła.
Ten budynek pojawiał się codziennie w jej koszmarach sennych. Tym budynkiem był szpital, w którym leżała jako mała dziewczynka.
- Po co mnie tu przywieźliście? - zapytała ze strachem w głosie.
- Pani Ewa mówiła, że gdy byłyście tu ostatnio, chciałaś spotkać pewnego lekarza. Jednak to było nie możliwe.
- A dzisiaj? Jaką masz gwarancję, że jest w szpitalu?
- Dzwoniłem do nich jeszcze wczoraj i powiedzieli, że na urlop się nie wybiera.
- A nawet jeśli jest, to może mieć jakiś zabieg teraz, albo coś w tym stylu? - próbowała wymigać się od spotkania.
- Wszystko będzie okej. Nie masz się czego bać. Będę przy tobie. - uspokajał ją.
- Ty nie rozumiesz. Zawsze, gdy wchodzę na tamten oddział, przypomina mi się to wszystko. Cały ten ból. Nie wiem, czy dam radę z tym wszystkim.
- Dlatego właśnie będę przy tobie. - Wysiedli z samochodu.
Piotr złapał dłoń dziewczyny. Gdy już weszli do budynku, chłopaka zadziwiła przerażająca liczba korytarzy. Nigdy jeszcze nie był w tak ogromnym szpitalu.
Jednak dziewczyna poruszała się w nich zwinnie i szybko. Przy wyjściu z holu, były trzy windy. Paulina podeszła do tej, która była w środku i nacisnęła przycisk "dół".
- Dlaczego dół? Wydawało mi się, że oddziały są na górze. - Piotr był w lekkim szoku.
- Neuromordercy tak, ale chcę najpierw jechać do kogoś innego.
- Gdzie? - zapytał zdziwiony.
- Na rehabilitację. - oznajmiła. W tym momencie otworzyła się winda.
Gdy byli już na dole, dziewczyna od razu skierowała się do najmilej zapamiętanego gabinetu.
- Dzień dobry. - przywitała się, gdy przeszła przez próg. Przy biurku zobaczyła kobietę ćwiczącą małego chłopca. - Szukam pana Piotra. - oznajmiła.
- Jesteś jego pacjentką?
Zawahała się chwilę.
- Tak, jestem pacjentką.
- Mówiłam mu, że nie ma jeszcze przerwy. O wszystkim zapomina. - wyżaliła się kobieta. - Poczekajcie tu chwilkę, zaraz po niego pójdę.
- Dziękuję. - gdy kobieta wyszła, Paulina zaczęła się śmiać.
Jednak nie pośmiała się zbyt długo, gdyż po chwili do gabinetu wszedł starszy, siwiuteńki mężczyzna.
- Dzień dobry panie Piotrze. - przywitała się dziewczyna. On wyciągnął do niej dłoń, żeby ją uścisnąć.
Dziewczyna także wyciągnęła do niego dłoń, na której widniał pierścionek, który od niego dostała, a z którym się nie rozstawała.
- Już wiem! - olśniło mężczyznę. - Paulinka? Ta malutka blondyneczka?
- Tak, tak. Ta blondyneczka, która bała się własnego cienia. - zaśmiała się dziewczyna.
- Jak ty wyrosłaś. W życiu bym cię nie poznał. - przytulił dziewczynę.
- A pan nie zmienił się zupełnie. Właśnie takiego pana zapamiętałam. Ostatnio, gdy byłam tutaj na kontroli, chciałam do pana zejść, ale niestety nie było czasu.
- Cieszę się, że mogłem cię jeszcze zobaczyć. A tak właściwie to po co przyjechałaś? Bo chyba odwiedzenie takiego starucha jak ja, nie było głównym celem twojej wycieczki? - zaśmiał się.
- Bardzo chciałam się z panem zobaczyć, ale fakt, nie to było moim głównym celem. Zaraz idę na neurochirurgię. - powiedziała to z żalem i spojrzała wymownie na Piotra.
- Na kontrolę? Jeśli tak, to się nie bój. Oni tylko straszą, to ich praca.
- Nie. Kontrole tutaj mam już załatwione. Teraz on - wskazała Piotra - zabrał mnie tutaj, abym wybaczyła człowiekowi, który zrobił ze mnie kalekę życiową.
- A właśnie, miałem cię zapytać: kim jest ten dżentelmen?
- Jest moim przyjacielem. - wypaliła.
- Oj, chyba to nie jest taka zwykła przyjaźń, co? - zapytał, już bardziej chłopaka.
- Zauroczenie. - odpowiedzieli oboje w tym samym czasie.
Fizjoterapeuta zaśmiał się.
- Panie Piotrze, chciałabym przedstawić panu swojego chłopaka...
- Piotr Korzeniecki. - przedstawił się chłopak i podał dłoń rehabilitantowi.
- Bardzo mi miło.
Jeszcze chwilę posiedzieli razem z fizjoterapeutą, on opowiadał Piotrowi, jaką upartą i uroczą dziewczynką była jego wybranka.
Rozdział 3
Przed wejściem na oddział neurochirurgii Paulina mocniej ścisnęła dłoń Piotra.
- Mogę się jeszcze wycofać? - zapytała.
- Teraz już nie. Pamiętasz, jak bardzo tego chciałaś?
- Chciałam, ale nie wiedziałam, że będzie mnie to kosztować aż tyle nerwów.
- Wszystko będzie okej. Będę tam z tobą cały czas.
- Obiecujesz, że nie dasz mu zrobić mi nic złego? - zapytała, niczym mała dziewczynka bojąca się wizyty u stomatologa.
- Słowo harcerza.
- Byłeś harcerzem? - zapytała podejrzliwie.
- Nie, ale to przecież nie przeszkadza. - zaśmiali się.
- Dobra! Raz się żyje! - powiedziała i popchnęła szklane drzwi, na których był wielki napis: NEUROCHIRURGIA.
- No i to mi się podoba! - pocałował ją już tylko w policzek i znów chwycił jej dłoń.
Podeszli do dyżurki pielęgniarek, w której kobiety piły kawę i dość głośno rozmawiały. Oni przerwali im to błogie lenistwo.
- Dzień dobry. - przywitała się Paulina.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - podeszła do nich jedna z kobiet w różowym kitlu.
- Chcielibyśmy dowiedzieć się, gdzie możemy znaleźć teraz doktora Kibard'a. - Piotr przejął inicjatywę.
- Jest w swoim gabinecie. Do końca korytarza i w prawo. - pokierowała kobieta.
- Dziękujemy. - para poszła tak, jak kazała im kobieta.
- Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że znam tę pielęgniarkę. - powiedziała Paulina, gdy była pewna, że kobieta ich nie słyszy.
- Może pracowała tu już wtedy, gdy ty tu przyjechałaś?
- Jeśli to nie była pani Renata, to ja jestem świętą. - olśniło ją. - Moja ulubiona "ciocia". - wyjaśniła chłopakowi swoją euforię.
- Dobra, teraz się przygotuj. - powiedział, gdy stali już niemal przed drzwiami gabinetu Kibard’a. - Policz od dziesięciu do jednego... już?
- Tak. - zapukała do pokoju lekarza...
Po chwilce weszła.
- Można? - zapytała lekarza.
- Coś się stało?
- Chciałam się z panem spotkać.
- Ale w jakiej sprawie? Państwa dziecko leży u nas i chcecie się dowiedzieć państwo co się dzieje? - zgadywał.
- Nie, panie doktorze. Nie pamięta mnie pan, prawda? - zapytała z niewiarygodnym spokojem.
- Mam panią pamiętać? Skąd?
- Byłam pańską pacjentką. - oznajmiła bez jakichkolwiek emocji. - Ale może mnie pan nie pamiętać, to przecież mały szczegół, że rozwalił pan moje życie. - z jej oczu płynęły już pojedyncze łzy.
- Kochanie, hamuj słowa. - poprosił ją Piotr.
- Nie wtrącaj się! - burknęła.
- Miałam sześć lat... byłam małą dziewczynką... a jednak nie oszczędzał mnie pan... Mimo, że za każdym razem mówił pan, że nie będzie boleć to ściąganie krwi... Gdyby to wtedy nie bolało, nie byłoby mnie tutaj dzisiaj... - lekarz patrzył na nią i chyba domyślał się kim jest owa dziewczyna. - Nie mam do pana żalu w związku z rozpieprzeniem mojego pięknie ułożonego planu na życie, nawet nie mam pretensji o zrobienie ze mnie osoby niepełnosprawnej, ale właśnie za to! Właśnie za ten przeraźliwy ból! - zakończyła swój monolog i wtuliła się w bezpieczne ramiona Piotra.
- Paulinko, zrozum, nie było innego wyjścia... - lekarz już wiedział kim była i zaczął się tłumaczyć.
- Wyjście jest zawsze. - powiedziała dziewczyna. - Mógł mnie pan zostawić w spokoju! - wykrzyknęła.
- Pauliś, nie mogłem tego zrobić! Jeszcze kilka dni i byś umarła. Rozumiesz? Nie mieliśmy innego wyjścia! Zrozum. Nie mieliśmy! - wybuchnął.
Dziewczyna instynktownie schowała się za Piotra, niczym mała dziewczynka chowa się za matczyną spódnicę.
- Zawsze chciałam się z panem spotkać tylko po to, żeby się przekonać, że nie było warto czekać na ten dzień. Dziś już wiem na pewno - nie było warto!
Chciała wyjść z gabinetu. Już kierowała się w stronę drzwi. Jednak lekarz złapał jej lewy, jedyny sprawny nadgarstek. Chciała wyrwać rękę, jednak nie dała rady. Piotr patrzył na to, niby w transie. Nie chciał nic robić. Nie chciał stawać po stronie Pauliny, gdyż wiedział, że tylko poprzez szczerą rozmowę mogą wyjaśnić się wszystkie jej lęki; ani tym bardziej po stronie lekarza, gdyż zdawał sobie sprawę, że dziewczyna może to odebrać jako atak na nią...
- Niech mnie pan puści! - zawołała dziewczyna. Była przerażona. Przed jej oczami znów stanął obraz z dzieciństwa.
Znów była małą dziewczynką, która uwielbiała rysować. I znów miała przeżywać koszmar tego przeraźliwego bólu.
Lekarz puścił jej nadgarstek. Ona wtuliła się w ramiona Piotra. On ją przytulił i wyszedł z nią z gabinetu lekarza.
- Pauluś, kwiatuszku, musisz wrócić i go wysłuchać! - mówił bardzo łagodnym głosem.
- Nigdzie nie będę wracać! On mnie zranił i teraz nawet nie ma odwagi się do tego przyznać! - płakała.
- Nie miał okazji, bo ty na niego naskoczyłaś i nie dałaś mu dojść do słowa. - wyjaśniał.
- To nie moja wina, że zrujnował mi życie! Nie pchałam mu się pod nóż! Nie chciałam, żeby mnie kroił! Ale skąd mógł to wiedzieć? Przecież nikogo nie obchodziło co ja czuję, czego chcę!
- Kochanie, już, uspokój się. - przytulił ją teraz jeszcze mocniej, a ona już nie miała siły. Już to wszystko ją przerastało. - To co, możemy już wrócić? - zapytał, gdy się troszkę uspokoiła.
- Nie chcę go widzieć już nigdy więcej!
- Pauluś, nie zaczynaj od początku, proszę. Obiecuję, że już teraz nic ci nie grozi.
- Na pewno?
- Tak. Nie dam mu cię skrzywdzić. - tym ją przekonał. Dziewczyna pocałowała go i znów przekroczyła próg gabinetu lekarza.
- Panie doktorze, proszę, niech pan mi to wszystko wytłumaczy. - poprosiła, gdy już Piotr zamknął drzwi.
- Od czego mam zacząć?
- Najlepiej od samego początku. Dlaczego? Dlaczego pan robił to wszystko? - pytała, cała we łzach.+
- Obiecałem twojej mamie, że będziesz żyła...
- Nie chodzi mi tutaj o operację! - wykrzyknęła. To stwierdzenie zaszokowało męską część towarzystwa. - Ufałam panu! A pan to tak bezczelnie wykorzystał! - wykrzyknęła.
- Paulinko...
- Niech mnie pan tak nie nazywa! - naskoczyła na niego. - Nie jestem dla pana Paulinką!
- Kochanie, uspokój się. - Piotr przytulił dziewczynę do swojej klatki piersiowej.
Ona zaczęła przeraźliwie szlochać.
- Każdej nocy śniłam o tym spotkaniu... - mówiła, gdy przestała płakać, jednak bardzo powoli, gdyż bała się, że może nie opanować kolejnych łez, które stały w jej oczach. Uwolniła się z ramion Piotra, jednak złapała jego ciepłą, a wręcz gorącą dłoń. - Tak bardzo pragnęłam tego spotkania. Chciałam wykrzyczeć panu... wykrzyczeć, a właściwie "podziękować" za zniszczenie mojego wspaniałego planu na życie.
- Kwiatku, proszę. - powiedział Piotrek.
- Wtedy mu tego nie mogłam powiedzieć! Bałam się! Bo wtedy, gdy był tyranem, nie chciałam go urazić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nikt, kompletnie nikt, nie stanąłby w mojej obronie! Przecież on tylko "ratował moje życie". Większej bajki nie słyszałam jeszcze nigdy! CHOLERA JASNA! - zaklęła krzycząc.
- Paulinko, ty nie możesz się denerwować! - powiedział lekarz, bardzo spokojnym głosem.
- Bo co? Znowu będzie się pan nade mną znęcać? - zapytała, czując strach i niepewność.
- Pauluś, spokojnie, stokroteczko... - poprosił, tym razem, Piotr.
- Jak mam być spokojna? Stoję przed człowiekiem, który zrujnował moje życie; a on nie ma cywilnej, męskiej odwagi się do tego przyznać. - wykrzyczała.
- Miałem dać ci umrzeć? - zapytał w końcu.
- Jeśli nie dało się zrobić nic innego, to tak. Kto panu tak naściemniał, że będę chciała tak żyć? - zapytała płacząc.
- Twoja mama powiedziała, że...
- Ale co mnie to obchodzi? Wy wszyscy jesteście egoistami! - krzyknęła i wybiegła z gabinetu.
Pobiegła do windy, wcisnęła przycisk przywołujący, jednak jak na złość, winda była na samej górze.
Postanowiła zbiec schodami. Piotr wybiegł zaraz za nią. Nie chciał, żeby zrobiła sobie coś złego.
Znalazł ją na schodach piętro niżej.
Złapał ją tak, aby nie mogła się poruszyć. Przytulił ją do siebie tak mocno, żeby nie mogła się odwrócić.
- Piotruś, boję się tego człowieka! - wyznała, gdy się już trochę uspokoiła.
- On ci nic nie zrobi. Zrozum to w końcu. - potrząsnął nią.
- Traktowałam go jak ojca. Śmiałam się z nim do łez. A on... - rozpłakała się.
- Wiem, skrzywdził cię. Jednak nie możesz żywić do niego takiej urazy. To było już bardzo dawno. Tego już nie dasz rady odwrócić. Nie dasz rady cofnąć czasu. Nikt nie da rady. On też.
- Piotr, ty słyszysz, co mówisz? Starasz się go bronić! Jesteś taki sam, jak wszyscy! To jest moja wina? To, że jestem niepełnosprawna też!? - wykrzyczała mu prosto w twarz.
Chciała wyswobodzić się z jego uścisku, jednak nie dała rady. Trzymał ją zbyt mocno.
- Puść mnie! Chcę stąd jak najszybciej wyjść! - krzyczała, zalewając się łzami. Obok nich przechodziło akurat kilka pielęgniarek. Nawet się nie odwróciły, aby zobaczyć, co się dzieje. - Piotruś, błagam cię. - powiedziała już szeptem, całkiem bezsilna.
- Wiem, że zawsze tego chciałaś. Dlaczego chcesz tak łatwo z tego zrezygnować? - zapytał w końcu.
- Dlaczego? Dlatego, że nie wiedziałam, że to będzie mnie aż tyle kosztować. Tyle nerwów i emocji. - szlochała.
On przytulił ją, jakby chciał uchronić przed całym światem.
- Proszę Cię! Zabierz mnie stąd jak najdalej. - Paulina już nie panowała nad swoimi emocjami.
- Kochanie, spokojnie. - poprosił ją o jeszcze chwilkę cierpliwości.
- Na co tu jeszcze czekamy? - zapytała po chwili, gdy już się uspokoiła, a jej umysł wrócił do stanu, kiedy mogła racjonalnie myśleć.
- Bo nie bardzo wiem jak się stąd wydostać i dotrzeć na Marszałkowską, czy jakoś tak się to nazywa... - przyznał się, co wywołało na jej twarzy uśmiech.
- To było trzeba tak powiedzieć piętnaście minut temu. A nie kazać mi wchodzić jeszcze raz do tego popaprańca. A tak w ogóle... to po co my tam? - zapytała podejrzliwie.
- Umówiłem się tam z Robertem.
- A skąd on wiedział, że w centrum jest coś takiego jak marszałkowska. To jest tylko potoczna nazwa, używana wyłącznie przez wtajemniczonych. - zaśmiała się dziewczyna.
- Nie czepiaj się szczegółów kochanie. - cmoknął jej policzek i podszedł do windy.
- Ty chcesz tym jechać? - zapytała dziewczyna, gdy zobaczyła gdzie pakuje się Piotr.
- No tak. A co? - zdziwił się.
- Spójrz! - nakierowała jego oczy na napis nad windą. "odzież brudna". - Życzę powodzenia. - zaczęła się śmiać.
- Oj... każdemu zdarzają się wpadki. - zaczął iść potulnie za swoją wybranką.
- Ale nikomu tak często. - sprostowała dziewczyna.
Rozdział 4
Gdy dziewczyna weszła do właściwej windy, poczekała na Piotra i wcisnęła 0.
- A czemu do wyjścia? - zapytał zdezorientowany.
- Zaufaj mi. - poprosiła i wtuliła się w jego tors.
Po chwili byli na dole. Dziewczyna kierowała się w stronę wyjścia. Piotr zaskoczony, jednak nie zwalniał kroku.
Moment później stali przed windą, taką niemal samą, która zwiozła ich z góry.
- I wracamy do punktu wyjścia? - zapytał chłopak, który już nie wiedział co o tym myśleć.
- Nie kochanie - powiedziała tajemniczo.
Wcisnęła przycisk przywołujący, a żelazne drzwi natychmiast się otworzyły, jakby tylko na nich czekały.
W windzie jechali tylko oni. Paulina miała więc okazję wyjaśnić chłopakowi kilka spraw.
- Misiek... - chciała, aby już nie "bujał w obłokach", tylko jej posłuchał. - gdybyśmy tamtą windą zjechali na minus jeden. - w tym momencie nacisnęła na klawiaturze właśnie ten poziom. - Pojechalibyśmy do kaplicy, a jeszcze niżej jest trupiarnia. - zaśmiała się . - W sumie mogliśmy iść od razu na piątce do tej windy, ale nie miałabym tej satysfakcji, nie mogłabym zobaczyć twoich zdumionych oczu. - pocałowała go na przeprosiny.
- A co tak właściwie jest na tej "marszałkowskiej"? - zapytał z lekceważeniem.
- To jest bardzo poważna sprawa, więc proszę cię, nie kpi z tego... - oburzyła się.
- Dobrze. To co, w takim razie, tam jest?
- Tam można znaleźć chyba wszystko. Jednak moim ulubionym stoiskiem był zawsze jeden malutki sklepik na początku. Tam mieli pyszne bezy... - rozmarzyła się.
- Dlatego właśnie tam idziemy.
- O tym też wiedziałeś?!
- Przepraszam - powiedział ze skruchą. - Ale to twoja mama kazała nam przysiąc, że tobie nic nie powiemy - usprawiedliwił się.
- Dobra, dobra... chodź już - otworzyła się winda i wysiedli.
- Ale już się nie gniewasz? - chciał się upewnić.
- Jak mam się na ciebie gniewać? - zapytała retorycznie. - Ciebie nie można nie kochać. - wyznała.
Po chwili zobaczyła Roberta razem z nieznajomą sobie kobietą. Mniej więcej rówieśnicą mężczyzny.
W końcu Robert i kobieta podeszli do pary.
- Cześć Aniu. - przywitał się Piotr i uścisnął kobietę. - Pozwól, że przedstawię ci swoją dziewczynę. Pauluś, to jest nasza ciotka, Anka. Aniu, to jest najukochańsza kobieta, jaką kiedykolwiek poznałem. - Paulina uścisnęła dłoń kobiety.
- Bardzo mi miło panią poznać. - Paulina nie bardzo wiedziała co o tym myśleć.
- Mów po prostu na mnie Ania. Będzie mi bardzo miło. - kobieta była bardzo uprzejma.
- Robi, nie widziałam, że ty znasz ten szpital. - Paulina była pełna uznania.
- Ja? No coś ty. Ja bym się tutaj zgubił sto razy, gdyby nie Anka. - przyznał się Robert.
Paulina była skołowana. Skąd ta kobieta zna ten budynek?
- Mój narzeczony tu pracuje. - wyjaśniła kobieta.
- Pewnie teraz pani chciałaby do niego iść, a oni panią tu trzymają bez sensu? - zgadywała Paulina spoglądając na chłopaków z wyrzutem.
- Spokojnie. On ma jeszcze - spojrzała na zegarek - dokładnie dwadzieścia siedem minut dyżuru.
- Jest tak dokładny? Musi być albo Szwajcarem, albo uwielbiać tu pracować. Ale cóż: każdy lekarz tutaj ma jakieś odchyły... - stwierdziła Paulina bez jakichkolwiek ogródek.
- Dlaczego tak sądzisz? - Ania zdziwiła się, skąd w Paulinie tyle jadu.
- Jeden z nich spartaczył moje życie, ale to już inne buty... - przyznała dziewczyna bez jakichkolwiek emocji.
- Wszystko się jeszcze ułoży. Zobaczysz. - pocieszała ją kobieta.
Po jeszcze chwili rozmowy i wypiciu szybkiej kawy, Ania poprosiła ich o przysługę.
- Odprowadzicie mnie na oddział, czy się spieszycie? - zapytała.
- Oczywiście, że cię odprowadzimy. - stwierdziła ochoczo dziewczyna, na co bracia tylko się uśmiechnęli.
- Dziękuję. - odpowiedziała Ania.
Moment później byli już w windzie, która jeździła po wszystkich oddziałach. Ania wcisnęła "5", jednak Paulina tego nie zauważyła. Była cały czas pogrążona we wspomnieniach z tego szpitala. Głównie na tych wspaniałych, jednak co chwilkę przewijały się również te złe: te bardzo bolesne; te, o których chciała jak najszybciej zapomnieć, jednak nie mogła. Nie po tym, co przeżyła tego dnia.
Gdy winda się zatrzymała, Paulina automatycznie spojrzała na wyświetlacz nad ich głowami. Widniała na nim wielka piątka.
- Chyba się zacięliśmy. - stwierdziła dziewczyna, w tej chwili drzwi się otworzyły. Ona nie mogła wyjść ze zdziwienia. Jednak do końca żyła złudną nadzieją, że idą na oddział urologii, który sąsiadował z neurochirurgią. Niestety - była w błędzie.
Kobieta popchnęła szklane drzwi z napisem "NEUROCHIRURGIA". Przywitała się z pielęgniarkami i pokierowała swe kroki w stronę gabinetów lekarzy. Paulina była znów jak w transie. Wiedziała, że tutaj jest zbyt dużo wspomnień. Zbyt dużo wydarzyło się na tym oddziale...
Dziewczyna poprosiła bezgłośnie Piotra, aby zaczekali na jego ciotkę przy dyżurce. Pod żadnym pozorem nie chciała spotkać dr Kibard'a. Gdy Ania wyszła z gabinetu razem ze swym narzeczonym, Paulina nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Najchętniej wtedy wyparowałaby, albo zapadła się głęboko pod ziemię, bowiem wybrankiem serca ciotki Piotra był właśnie Kibard.
- Czy ty o tym wszystkim wiedziałeś? - zapytała Paulina ukochanego, patrząc na niego ze wściekłością i zwierzęcą rządzą mordu w oczach.
Chłopak nie był w stanie odpowiedzieć na jej pytanie.
- To jest właśnie mój narzeczony. - powiedziała Ania, która najprawdopodobniej nie zdawała sobie sprawy, kim jest dla Pauliny owy człowiek. - Krzysiu poznaj, to jest Robert i Piotr - moi bratankowie oraz dziewczyna Piotra - Paulina. - Dziewczyna milczała. Tak samo jak lekarz. - Ej... a co wy macie takie grobowe miny? - zapytała po chwili kobieta widząc, że Paulina najchętniej wyskoczyłaby z okna, gdyby tylko Piotr jej pozwolił.
- Pauliśka chyba miała na myśli pana Krzyśka, gdy mówiła o tych lekarzach, którzy mają odchyły... - Piotr chciał trochę naświetlić sytuację ciotce, przy czym ostatkami sił powstrzymywał atak śmiechu.
- Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć dlaczego? - zapytała w pewnej chwili Ania, która już nic nie rozumiała.
- Wytłumaczyć? - zapytała Paulina i nie czekając nawet na odpowiedź, kontynuowała. - Gdy miałam sześć lat pan doktor, czy jak go nazwałaś, Krzysiek; przeprowadzał mi zabieg chirurgiczny. Niby nic strasznego, ot zwykły, jak tysiąc pięćset innych... Niestety, coś nie wyszło. I teraz, do końca swoich dni, muszę codziennie przez kilka godzin wykonywać jakieś pieprzone ćwiczenia... Ta operacja miała uratować moje życie. I fakt, życie uratowała, tylko nie wiem kto temu panu powiedział, że ja będę chciała tak żyć. - powiedziała to, nie patrząc nawet kątem oka w stronę lekarza. Jakby go nie było. Jakby nie słuchał jej monologu, niczym mowy oskarżycielskiej.
Rozdział 5
Dziewczyna skierowała się do windy. Nacisnęła przycisk przywołujący, a po chwili weszła do windy, jednak zanim to nastąpiło, Piotr już dobiegł do niej. Wszedł razem z nią. Pozwolił jej wtulić się w swój tors. Wiedział, że ona tylko tego potrzebuje. Teraz znów była małą dziewczynką; dziewczynką, która boi się tego, przed czym nie może uciec...
Paulina nie wiedziała kiedy, ale się rozpłakała. Płakała, ale te łzy nie dawały jej ukojenia, a jeszcze bardziej przywoływały wspomnienia.
W końcu zjechali na dół, do wyjścia.
- Jadę do domu. Mam tego dość... - wyszeptała dziewczyna.
- Odwiozę cię. - zaproponował i zobaczył jej niespokojną twarz. - Proszę. - dodał.
- Dobrze, ale ja prowadzę. - zgodziła się.
- Dla ciebie wszystko. Kocham cię. - wyznał i przytulił dziewczynę do siebie.
Dziewczyna nie odezwała się ani słowem aż do czasu, gdy dojechali do lasu, który był pod Ostrołęką. Wtedy raptownie zatrzymała samochód na poboczu, włączyła światła awaryjne, wysiadła z niego i podbiegła do najbliższego drzewa.
Tam się rozpłakała.
Piotr wybiegł z auta i dogonił ukochaną. Przytulił ją do siebie. Gdy już się uspokoiła zaproponował:
- Chodź. Teraz wsiądziesz do samochodu, a ja w godzinę dowiozę cię do domu...
- Do Warszawy... - poprosiła dziewczyna słabym głosem, łkając.
- Do Warszawy... - powtórzył chłopak i się uśmiechnął.
- Jedziemy do mojego akademika? - zapytał Piotr, gdy już minęli tabliczkę z napisem WARSZAWA.
- Do mieszkania Ani. Mam nadzieję, że on tam nadal jest.
- Zaraz się dowiem. - uśmiechnął się, wyciągnął telefon i zadzwonił do ciotki.
Odebrała po kilku sygnałach.
- Co się dzieje? Gdzie wy jesteście? - zapytała zdenerwowana.
- Właśnie chciałem zadać tobie to pytanie.
- My wszyscy jesteśmy na Wiejskiej, w moim mieszkaniu.
- Jesteście wszyscy?
- Pytasz o Krzyśka? - domyśliła się.
- Tak...
- Przeproś Paulinę ode mnie, ja nie wiedziałam... - zaczęła się tłumaczyć.
- Ona chce się z nim spotkać. - przerwał.
- To przyjeżdżajcie. Krzysiu miał się zbierać, ale w takim wypadku mówi, że poczeka.
Około dziewiętnastej byli już pod blokiem Ani.
- Piotruś... - dziewczyna chciała, aby chłopak jej posłuchał.
- Słucham kochanie... - zapytał z przejęciem.
- Daj mi setę. Na trzeźwo tam nie wejdę. - zaśmiała się nerwowo.
- Kotku, będzie okej. - przytulił ją do siebie.
- Trzymam cię za słowo. - zacisnęła swoją prawą dłoń na jego dłoni.
Po chwili wjechali windą na dziewiąte piętro do mieszkania ciotki Piotra. Paulina nacisnęła dzwonek. Słychać było śmiech i ogólne rozbawienie towarzystwa.
Moment później drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Ania.
- Cześć. - powiedziała z ulgą. - Nic wam nie jest? - zapytała z przejęciem.
- Nie. - powiedziała Paulina i włożyła wszystkie siły, aby się uśmiechnąć.
- Chodźcie do salonu. - zaproponowała Ania.
Wszyscy przeszli do pokoju. Tam na kanapie siedział Robert, a na fotelu przy stoliku kawowym - lekarz.
- Witam. - powiedziała dziewczyna w stronę Kibard'a. - Cześć Robi. - uśmiechnęła się nerwowo.
- Chcecie coś do picia? - zapytała Ania, aby rozładować stres dziewczyny.
- Zrobisz mi kawkę? - zapytała dziewczyna, a lekarz chciał to skomentować, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Mi też. - powiedział jedynie.
W pokoju została tylko Paulina z Krzyśkiem.
Przez chwilkę się nie odzywali. Nie wiedzieli jak zacząć rozmowę.
Z kuchni Piotr nasłuchiwał dialogu.
- Piter, weź tak nie podsłuchuj, bo kociej mordy dostaniesz! - zaśmiał się Robert.
- Won! - Piotrek był strzępkiem nerwów.
Tymczasem w pokoju panowała napięta atmosfera. Krzysiek tłumaczył Paulinie procedury, którymi się kierował wtedy, gdy wykonywał jej zabieg. Mówił, że gdyby nie uszkodził jej nerwów odpowiadających za władanie prawą stroną ciała, to na pewno uszkodziłby nerwy odpowiadające za ruchy mimowolne, takie jak bicie serca czy oddychanie.
- Tak więc musiałem wybrać mniejsze zło. Kochałem cię jak córkę, której nigdy nie miałem. - wyznał.
Ona miała już dość. Nie miała już siły na to wszystko.
Wyszła z pokoju, a w chwilkę później opuściła mieszkanie trzaskając drzwiami. Zbiegła jedno piętro na dół. Miała multum informacji, z którymi sobie już nie radziła.
- Idiotko! - skarciła się z wściekłością. Wróciła na górę. Wbiegła do mieszkania, a później do pokoju.
Krzysiek wstał z fotela. Zobaczył furię - a bynajmniej tak mu się wydawało - w jej oczach. Jednak ona zamiast okładać go pięściami, przytuliła się do niego.
- Dziękuję. - powiedziała przez łzy, które napływały jej do oczu.
Podczas, gdy w kuchni Piotr cieszył się jak małe dziecko.
- Co już podsłuchałeś? - zapytała Ania.
- Pogodziła się z nim! - powiedział chłopak i porwał kobietę na ręce.
- Puszczaj! - on w jednej chwili znów postawił ją na ziemi.
- Przepraszam, ale zrozum moje szczęście. - poprosił z miną małego chłopca.
- Rozumiem i cieszę się razem z tobą. - zmierzwiła jego włosy.
Ania uzmysłowiła sobie, że to jest najlepszy moment, żeby zanieść im gorące napoje.
- A co, myślisz, że już przeszła pierwsza linia ognia? - zapytał Robert, śmiejąc się.
- Daj, zaniosę. - zaoferował się Piotr, który był bardzo ciekawy tego, jak czuje się Paulina.
- O kurde, ty nigdy nie byłeś taki uczynny. Nawet jeśli chodziło o Monikę. - zaśmiał się starszy brat chłopaka.
- Nie przypominaj mi o niej! To jest skończony temat, nie chcę do tego wracać! - zdenerwował się Piotr.
- Przepraszam, ale wydawało mi się, że już jesteście do siebie przyjaźnie nastawieni.
- Przeprosiła mnie za to co zrobiła,, ale to i tak nie zmienia faktu, że jej nienawidzę. - chłopak zakończył temat.
W chwilę późnej Krzysztof wraz z Pauliną weszli do kuchni.
- Jak się czujesz? - zapytał ukochany dziewczyny.
- Nigdy nie czułam się lepiej. - wyznała. - No, może tylko jak poznałam ciebie. - sprostowała po chwili zamyślenia.
Chłopak przytulił i pocałował ją.
Rozdział 6
Kilka minut później wszyscy siedzieli w salonie i popijali gorące napoje.
Paulina opowiadała Krzyśkowi całą historię swojego życia po operacji. Lekarz był dumny z dziewczyny, że mimo, że życie tak ją doświadczyło, potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić i wyjść z tego z uniesioną głową.
Opowiedziała mu również o tym, że teraz przygotowuje się do jeszcze jednego zabiegu, który ma przynieść jej ukojenie w walce ze spastycznymi mięśniami.
- Nie boisz się? - zapytał doktor.
- Nie. - stwierdziła dziewczyna. - Myślę, że już wszystko, co miało mi się złego przytrafić, już się zdarzyło. Teraz może być już tylko lepiej. - była pełna optymizmu.
- Cieszę się, że tak myślisz. - przyznał Krzysiek. - Życzę ci, aby wszystko się udało.
- Dziękuję. - powiedziała zmieszana.
- Nie może się nie udać. - powiedziała Ania. - W końcu Piotrek tam z tobą będzie.
- No tak. A on emituje od siebie jakieś dziwne, optymistyczne, radioaktywne fale. - zaczęła się z niego nabijać.
- Ej.. ja tak się nie bawię! Kochanie, nawet ty przeciwko mnie? - zapytał oburzony.
- Ja też cię kocham. - stwierdziła.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
Atmosfera się zupełnie rozluźniła. Ania wniosła szampana do pokoju. Wszyscy wzięli do rąk kieliszki napełnione złotym trunkiem. Piotr, zanim wzniósł toast, wyjął z kieszeni małe, jubilerskie pudełeczko. Otworzył je i klęknął przed Pauliną.
- Kochanie, wiem, że wiele w życiu wycierpiałaś; wiem, że wiele razy musiałaś zaczynać życie od nowa; jednak mam nadzieję, że to życie, jakie ja potrafię tobie ofiarować jest o wiele przyjemniejsze. Być może nie będzie w nim fajerwerków; jedynym co mogę tobie ofiarować jest moja bezgraniczna miłość i oddanie... - wyznał. - Proszę cię, przyjmij ten pierścionek, jako znak mojej bezgranicznej miłości do ciebie...
Ona zaniemówiła. Podała mu tylko swoją dłoń na znak zgody. Łzy wzruszenia napływały jej do oczu.
- Kocham cię. - wyznał, gdy podniósł się z kolan. - I zawsze będę cię kochał! - przytulił ją i pocałował.
Dziewczyna tylko wtuliła się w jego ramiona.
Kilka dni później dziewczyna wróciła wraz z Piotrem i Robertem do domu.
Paulina, choć była zmęczona podróżą, od razu zadzwoniła do swojej przyjaciółki - Magdy i poprosiła ją o spotkanie.
Umówiły się w swojej ulubionej kawiarni.
- Cześć. - zawołała Paulina, gdy już siedziała przy stoliku z filiżanką kawy w ręku, do Magdy, która weszła właśnie do kawiarni.
- A co ty tak się cieszysz? - zapytała przyjaciółka dziewczyny, gdy już podeszła do stolika i zobaczyła uradowaną Paulinę.
- Świat jest piękny, a mężczyźni przystojni, więc czego jeszcze chcieć?
- Widzę, że coś się dobrego stało. Więc zamieniam się w słuch...
- Więc... byłam w Warszawie...
- U Piotrka? Nic dziwnego... - wtrąciła Magda.
- Nie, głupia, daj mi dokończyć. - niecierpliwiła się Paulina. - Spotkałam się z Kibard'em... - wyznała.
- A jak to się stało? - zaciekawiła się.
- Piotrek miał dla mnie niespodziankę. Zapakował mnie do samochodu i wywiózł do Warszawy. Nie chciałam do niego iść, jednak weszłam...
- I nie zadźgałaś go? - wtrąciła.
- Nie. Żyje, ma się dobrze i za dwa tygodnie odbędzie się jego ślub, na który mamy zaproszenie.
- A jakim cudem się wkręciłaś? - nie mogła uwierzyć.
- Takim, że Ania, ciotka Piotrka będzie panną młodą... - zaśmiała się.
- No to gratuluję. Może wy będziecie następni - zaśmiała się z kpiną.
- To jest bardzo możliwe... - powiedziała Paulina, wyciągając prawą dłoń i pokazując pierścionek zaręczynowy, który widniał na jej serdecznym palcu.
- Ale cacko... - zachwyciła się.
- Dostałam od Piotrka. Niedługo będziemy ustalać datę.
- Datę czego? - zapytała głupio.
- No, chyba nie pogrzebu...
- Gratuluję! Kochana... - dziewczyny uścisnęły się.
Chwilę później rozdzwonił się telefon Pauliny.
- Cześć misiek. - przywitała się, gdy zobaczyła kto dzwoni.
- Gdzie jesteś? Bardzo chciałbym iść dzisiaj do twoich rodziców. Myślisz, że to się da jakoś załatwić? - zapytał.
- Pewnie, że się da. Zrobię coś fajnego do jedzenia i spotkamy się na kolacji.
- To o której? - zapytał rzeczowo.
- Nie wiem, wszystko będzie zależało od rodziców. Zaraz będę z nimi gadać. - obiecała i rozłączyła się.
- Magduś, wyszło tak, że się muszę zbierać. Przepraszam.
- Spoko. Odbijemy to sobie następnym razem.. - obiecała.
Po chwili była już w domu.
- O, Pauluś, dzień dobry kochanie... - przywitała ją matka.
- Mamuś, może Piotrek przyjść do nas dzisiaj na kolację?
- Wiesz przecież, że on jest tutaj zawsze mile widziany... - kobieta nie widziała w tym problemu.
- No nie wiem, czy nadal tak będzie... - zaśmiała się cicho dziewczyna. - W takim razie zrobię chińszczyznę - po czym kontynuowała wypowiedź.
Około godziny dwudziestej Piotr zapukał do drzwi domu dziewczyny.
Otworzyła mu, uprzednio przelotnie spojrzawszy w lustro. Gdy spojrzała na narzeczonego, na jej twarzy malował się piękny uśmiech.
- Dobrze, że już jesteś... - pocałowała go czule.
Po bardzo udanej kolacji, Paulina przyniosła czerwone wino.
Gdy już było rozlane, para wstała i poprosiła rodziców o uwagę.
- Proszę państwa, pani Ewo, panie Marcinie - Paulina jest dla mnie najważniejszą kobietą na świecie. Tradycja nakazuje jednak zapytać rodziców wybranki, czy pobłogosławią nasz związek...
- Mamo, tato... - pokazała swą prawą dłoń. - Piotruś oświadczył mi się, a ja przyjęłam pierścionek... - głos jej się łamał.
- Zostaje nam się tylko cieszyć waszym szczęściem! - powiedziała matka dziewczyny z entuzjazmem.
- Wszystkiego najlepszego - dodał Marcin.
Epilog
Dwa tygodnie później odbył się ślub Ani i Krzyśka. Wszyscy bawili się na weselu wyśmienicie.
Miesiąc później odbył się zabieg, na który przygotowywała się Paulina od dłuższego czasu. Na szczęście wszystko się udało. Dwa dni po wyjęciu szwów Paulina mogła wyjść ze szpitala. Czuła się bardzo dobrze.
Gdy przyjechała do domu, rozpoczęła bardzo intensywną rehabilitację, której efekty były widoczne niemal od razu.
Pół roku później odbył się ślub Pauliny i Piotra. Dziewczyna upierała się, żeby jeszcze poczekać, jednak dała się przekonać.
Na ślub po raz pierwszy w życiu rehabilitant pozwolił jej włożyć buty na obcasie. Cieszyła się jak małe dziecko.
- Ja Piotr, biorę sobie ciebie Paulino za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską... - chłopak powtarzał za kapłanem słowa przysięgi.
To samo później zrobiła dziewczyna.
Gdy już wyszli z kościoła wiwatom na ich cześć nie było końca.
Następnego ranka dziewczyna obudziła się w objęciach swojego męża.
- Kocham cię ponad wszystko na świecie - wyznał i pocałował swoją żonę. - I to się nigdy nie zmieni! - zapewnił.
I tak właśnie było...
| Statystyki: Ocena: +5 (+5,-0) Kategoria: Miłość Odsłony: 136 Komentarze: 3 Dodany: 23.12.2011 14:22 Edytowany: nigdy |
stokrotka354
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
Malinaaa
Spodobało mi się, ciekawie napisane ;)
"Zawsze patrz na świat tak, jakbyś oglądał go pierwszy raz"
Mariusz
myszka
Przeczytałam z zainteresowaniem!
Dodaj komentarz