Wyłącz reklamy

Opowiadania / Miłość

Miłość na kółkach

Rozdział 1
Pewnego letniego poranka obudziłam się i zupełnie nie czułam własnych nóg. W pierwszej chwili pomyślałam, że mi po prostu zdrętwiały podczas snu. Próbowałam zdjąć lewą, sprawną nogę z łóżka. Poczułam, że nie dam rady, była ciężka niczym ołów. Po kilku minutach bezsensownych prób, w akcie desperacji, zawołałam swojego brata - Pawła. On przeraził się moim krzykiem i przybiegł do mnie. Natychmiast wytłumaczyłam mu o co chodzi. Paweł zdjął moje bezwładne nogi z łóżka, wsunął na nie kapcie...
Jednak wszystkie jego próby spełzły na niczym - nic nie czułam. Po chwili poprosił mnie, abym się położyła, a sam pobiegł po rodziców. Nie zdążył chyba nawet powiedzieć dokładnie o co chodzi, oni w moment byli w mojej sypialni. Tata zniósł mnie na dół, a tam ułożył bezpiecznie na kanapie. Mama w tym czasie dzwoniła na pogotowie.
***
Byłam bardzo zdenerwowana, bo lewej nogi wcale nie czułam, a w prawą jakby wbijało się mnóstwo noży. Gdy przyjechało pogotowie, sanitariusze wzięli mnie na nosze, wsadzili do karetki i zawieźli do szpitala. Umówiłam się z rodzicami, że oni tylko mnie spakują i przyjadą do mnie.
W szpitalu zrobili mi przeróżne badania, jednak one chyba nic nie wykazały, przynajmniej mi lekarze nic nie powiedzieli.
Po niecałej godzinie przyjechali moi rodzice i poszli do jednego z lekarzy. Po chwili przyszli do mnie z niepewnymi twarzami.
- Kochanie... - zaczęła mama - będziesz musiała jeszcze dzisiaj jechać do Warszawy...
- Co się stało? - zapytałam przerażona. - Gdzie?
- Do Centrum.
Był to szpital, który śnił mi się niemal co noc. Tam miałam pierwszą operację, która nie zakończyła się dla mnie szczęśliwie, został mi po niej ślad na zawsze - prawostronny niedowład. Teraz znów miałam tam jechać prawdopodobnie na zabieg chirurgiczny. I chociaż nie byłam już małą dziewczynką, strasznie się tego bałam.
- Nie jadę do Centrum! - stwierdziłam po chwili namysłu. - Wszędzie, tylko nie tam.
- Młoda, to najlepszy szpital w kraju. Tylko tam mają możliwości postawienia cię jeszcze do pionu. - powiedział mój wujek, który nie wiem skąd się tam wziął. Na co dzień był lekarzem, pracującym w karetce. A akurat tego dnia miał dyżur na oddziale ratunkowym, na który mnie przewieziono.
- To ty mnie stawiałeś zawsze do pionu, pamiętasz? - powiedziałam z wyrzutem, patrząc na niego, jak na swojego guru, który nie da mi zrobić krzywdy. Wiedziałam, że ma do mnie słabość. Zawsze mi ulegał. Myślałam, że tak będzie również tym razem - jednak niestety, serce przegrało u niego ze zdrowym rozsądkiem.
- Zbieraj się! - powiedział do mnie tylko i wyszedł z sali, na której leżałam.
- Dlaczego to się nie mogło wydarzyć w przyszłym miesiącu? - zapytałam rodzicielkę, która zaczęła mnie ubierać, niczym niemowlaka.
- Czemu w przyszłym miesiącu? - zapytała zaskoczona.
- Bo już wtedy nie mogliby mnie przewieść do centrum. Przecież to dziecięcy szpital, a ja za dwa tygodnie kończę osiemnaście lat... - powiedziałam z wyrzutem. Wtedy dałabym sobie rękę uciąć, że rodzice zapomnieli o moich urodzinach.
- A wiesz, że jeśli już raz byłaś tam pacjentką, to będziesz nią przez całe życie. - powiedziała moja mama.
- Też mi zasada. Kurna, niemal złota. - zadrwiłam. - Okej, ja nawet mogę tam jechać, ostatnio nawet chciałam tam ich odwiedzić, bylebym się nie dostała pod skrzydła Kibard'a. - Kibard jest lekarzem, jednym z najlepszych neurochirurgów w tym szpitalu. Przynajmniej takie spotkałam o nim opinię. Mi osobiście nie przypadł do gustu (nawet mogłabym posunąć się do określenia go największym dupkiem jakiego świat widział) z bardzo banalnej, wręcz prozaicznej przyczyny. Gdy byłam po pierwszym zabiegu, był moim lekarzem prowadzącym.
To nic złego, prawda? Jeszcze nie.
Gdy trafiłam tam po raz pierwszy byłam małą, przestraszoną sześciolatką. A on bez żadnego znieczulenia, bez nawet krzty współczucia i empatii "zbierał" z mojej biednej, małej, łysej główki płyn, (właściwie krew) który się tam zbierał po operacji. Nie byłoby w tym nic złego czy okrutnego, gdyby nie fakt, że za każdym razem przed tym "niewinnym" zabiegiem, "zwabiał" mnie do gabinetu pod pretekstem dobrej zabawy.
Żebyście Wy, drodzy Czytelnicy, wiedzieli jak to bolało! Tego nie da się opisać słowami!
- Dobrze córciu, zobaczymy co się da zrobić. - powiedziała moja własna matka, czym oderwała mnie od wspomnień. Żeby tak bardzo kłamać córce i to w oczy. Szczyt wszystkiego!
Ale po kolei...
***
Gdy już się ubrałam, przyszedł do mnie wujek Tomek.
- To co, jesteś gotowa? - zapytał niewinnie. Moi rodzice gdzieś przepadli.
- Naprawdę nie da się tego załatwić tutaj? - zapytałam głupio, jakby chodziło o wycięcie migdałków czy wyrostka robaczkowego.
- Nie, nie da się! Ale mam dla ciebie prezent. - powiedział, przepełniony optymizmem.
- Dawaj! Już i tak nie może być gorzej. - machnęłam ręką.
- Załatwiłem transport powietrzny. Przelecimy helikopterem.
- Jak ty to zrobiłeś? Cuda się dzieją, czy co?
- Dla ciebie wszystko! - wyznał mi wujek i nadstawił policzek, abym go pocałowała.
- Dziękuję. Ojcze! - zaśmiałam się. - Chrzestny... - dodałam po chwili, gdy zobaczyłam, że w drzwiach stoi jego współpracownik.
- To to jest ta twoja chrześniaczka, o której tak często nam opowiadasz? - zapytał.
- No tak... Poznaj Pauliś. To jest Dawid. Czasami jeździmy razem w karetce.
- Dzień dobry. - ukłoniłam się, jednak tylko na tyle, na ile pozwalała mi moja niewygodna pozycja.
- Cześć. Jednak Tomek nie kłamał, gdy mówił o twojej zniewalającej urodzie. - powiedział pan Dawid, a ja lekko się zaczerwieniłam.
- Już, nie podrywaj mi Pauli! - rzucił wujek przyjacielowi.
- To co, jedziemy? - zapytał Dawid.
- Może z panem coś wytarguje? Może nie jedźmy do centrum? - rzuciłam taką propozycję. - Naprawdę, przeżyję bez patrzenia w ryjek temu psychopacie...
- Komu? - zainteresował się.
- Aaa... jest taki lekarz w centrum, który... - urwałam. Nie wiedziałam jak bardzo mogę być z nim szczera.
- Który co? - chciał wiedzieć.
- Paula twierdzi, że Kibard zniszczył jej życie... - dokończył za mnie wujek.
- Kibard? On nie skrzywdziłby nawet muchy... - powiedział pewien siebie pan Dawid, przy czym lekko zmrużył oczy, co dało mi do zrozumienia, że jest to sarkazm.
- Pan go zna? - zdziwiłam się.
- Miałem przyjemność... - powiedział to i urwał w pół słowa.
Chwilę potem siedzieliśmy już w śmigłowcu. Lecieliśmy tylko my: ja, wujek i pan Dawid. Mi to w sumie było na rękę, miałam wielką nadzieję, że pan Dawid jednak powie mi dlaczego tak mówił o Kibard'zie.
Niestety, do centrum przylecieliśmy już w pół godziny. To zbyt mało czasu, aby o wszystko wypytać.
Rozdział 2
A tam nic się nie zmieniło. Było tak samo - niby kolorowo, a jednak wszystko było szare i smutne. Pożegnałam się z "chłopakami" i pielęgniarka zawiozła mnie na rezonans (tak naprawdę nie wiem po co, bo przecież tego samego dnia robiono mi go w Ełku). Leżałam tam 40 minut bez ruchu. Później musiałam sama dostać się na neurochirurgię, bo zadzwonili stamtąd, że nikt nie da rady po mnie zejść, gdyż akurat rozdawany jest obiad i wszystkie pielęgniarki są zajęte. Nie miałam pojęcia, jak się tam dostanę. Prawą rękę miałam przecież niesprawną od pierwszego zabiegu.
Wtedy po raz pierwszy stwierdziłam, że ten szpital mnie przeraża.
***
Po chwili mojej rozpaczy podszedł do mnie pewien praktykant. Skąd o tym wiedziałam? To proste, już tłumaczę. Otóż, wszystkie specjalności się w tym szpitalu wyróżniają: lekarze chodzą w błękitnych fartuchach, pielęgniarki w landrynkowym różu, pielęgniarze w czerwieni, "dobre ciocie", albo w roku szkolnym nauczycielki w żółtych fartuszkach, a praktykanci w białych kitlach. Nauczyłam się tego już jako mała dziewczynka.
- Cześć. Przysłano mnie tu z neurochirurgii. Paulina? - domyślił się.
- Tak. Myślałam, że się nie dostanę tam do was.
- To dobrze, że przyszedłem. Dobra, jedziemy? - zapytał. Już go polubiłam.
***
Po kilku minutach byliśmy na oddziale.
- Dzięki. Odprowadzisz mnie już na salę? - zapytałam praktykanta, gdy widziałam, że doktor Kibard był niebezpiecznie blisko mnie.
- Spoko. Zaraz przyjdzie do ciebie jakiÅ› lekarz i pewnie przedstawi wyniki.
- Dziękuję. - udałam bardzo zmęczoną. W udawaniu jestem niemal profesjonalistką. Potrafię zrobić wszystko, nawet wyprzeć się swoich ideałów bez mrugnięcia okiem.
***
Gdy już zostawił mnie w sali, tak jak obiecał przyszedł do mnie lekarz. Czy ja mam takie szczęście? Nie wiem, ale tym lekarzem nie mógł okazać się kto inny jak tylko Kibard.
Fuck! - zaklęłam w duchu.
- Dzień dobry panie doktorze! - przywitałam się niby bardzo uprzejmie, jednak w duchu miałam ochotę wyskoczyć z okna.
- Dzień dobry, jak się czujesz? - zapytał.
- Bywało lepiej. - nie chciało mi się z nim gadać. Choć tyle razy obiecywałam sobie, że jak do niego pojadę, wygarnę mu wszystko co mi zrobił. Teraz nie miałam pomysłu jak zacząć tę rozmowę.
- Pamiętasz mnie? - zapytał. "Czy ja cię dupku pamiętam? Jak śmiesz zadawać mi takie pytania?"
- Tak, owszem, pamiętam. - nie zadałam mu tych pytań tylko dlatego, że zauważyłam, jak korytarzem szła moja rodzicielka. - Mógłby mi pan w końcu powiedzieć jakie są wyniki? - zniecierpliwiłam się.
- Oczywiście. Więc: nie jest dobrze. - powiedział, gdy do sali weszła moja mama.
- Co to znaczy? - zapytałam zirytowana.
- To znaczy, że dzisiaj jeszcze musisz mieć pewne badanie... - powiedział niepewnie.
- Znowu? Przecież rezonans jest bardzo szczegółowy, więc nie rozumiem...
- To nie będą żadne zdjęcia mózgu, czy coś w tym stylu, tylko badanie histopatologiczne. Po prostu oddasz krew... - zobrazował lekarz.
- Jak to, histopatologiczne? Przecież je się robi ludziom chorym na raka... - załamał mi się głos.
- Podejrzewamy, że... - urwał.
- Że co? Że to nie jest naczyniak? Że będę musiała teraz dla odmiany walczyć z nowotworem? - zapytałam drżącym z nerwów głosem. - A ten paraliż to skąd? - byłam bezsilna, nie dawałam już rady panować nad swoimi słowami.
- Podejrzewamy, że miałaś wylew krwi do mózgu, stąd właśnie ten paraliż...
- Ciągle tylko: podejrzewamy i podejrzewamy! Kiedy będą konkrety?! Mam tego już dość!
- Spokojnie. Będzie okej. - uspokajał mnie lekarz.
- A skąd ta pewność? Jeśli to na prawdę rak, to ile czasu mi zostało? Pół roku? Rok? - zasypywałam go gradem pytań.
- W takim razie wystarczy dobra terapia i wyjdziesz z tego! Musisz w to wierzyć!
- Postaram się. - obiecałam z nikłym uśmiechem.
***
Przyszła do mnie pielęgniarka i pobrała krew. Zapytałam ją ile czasu będę musiała teraz czekać na wyniki. Powiedziała, że lekarz kazał zrobić badania na cito.
Następnego dnia już z samego rana, jeszcze przed obchodem, przyszedł do mnie pan Kibard.
Wiedziałam, że coś się święci, bo nie miał wesołej miny.
- Niestety, potwierdziły się najgorsze założenia. To glejak mózgu. - oznajmił z wielkim współczuciem wymalowanym na twarzy. Już spływały mi pierwsze łzy wraz z całym makijażem.
- Co można z nim robić? - zapytałam, łamał mi się głos.
- Jeszcze dzisiaj zaczniemy przygotowanie do chemioterapii. Zaraz po obchodzie przeniesiemy ciÄ™ na onkologiÄ™.
- Boję się, doktorze... - wyznałam, czując, że pod powiekami zbiera mi się potok łez.
- Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Na obchodzie poproszę psychologa, aby do ciebie przyszedł. A później przyślę do ciebie swojego syna, żeby cię zawiózł na onkologię. Poproszę również tam ordynatora, aby dał ciebie pod opiekę Bartkowi. To właśnie mój syn.
- Dziękuję. - tylko tyle zdołałam powiedzieć przez łzy.
***
Po obchodzie porozmawiałam z panią psycholog, a ta podniosła mnie trochę na duchu. Co prawda nie obyło się bez potoków łez, ale mimo wszystko byłam szczęśliwa. Byłam pewna, że mi się uda. Pewna, że to ja pokonam raka; a nie on mnie!
Rozdział 3

Później przyszedł po mnie (tak jak obiecał mi pan Kibard) Bartek. Swoją drogą przystojniaczek z niego.
Wspólnymi siłami zrobiliśmy lekką przeprowadzkę. Bartek wiózł mnie na wózku, a ja na kolanach trzymałam własną walizkę. Nie miałam tam dużo rzeczy: piżamkę, bieliznę i kosmetyki. Rodzice obiecali mi przysłać trochę ciuchów i jeszcze kilka piżam pocztą. Oni sami pojechali już do domu, gdyż niestety ich szef był niewiarygodnie egoistyczny. Zależało mu wyłącznie na firmie i nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek z kadry się wyłamywał. Odkąd rodzice pracowali w jego firmie nigdy nie uraczyłam ich w domu, kiedy byłam chora. Zawsze musiałam sobie radzić sama. W końcu nauczyłam się ignorować jego zachowania, bo potrafił nawet w niedzielę zadzwonić do nich, że coś mu się nie zgadza i muszą natychmiast przyjechać. Ale cóż mu się dziwić: to stary kawaler bez perspektyw, (bo zawodowe się w to nie wliczają) który zawsze ma czyściutką, wyprasowaną przez mamusię koszulę... Nigdy niczym się nie przejmował i nie zamierzał założyć rodziny.
Ale odejdzmy już od Pana Prezesa, bo jeszcze mu się to czkawką odbije...
***
Wracając do Bartka... Bardzo miły z niego chłopak. Nie dość, że porozmawiał z oddziałową, żeby dała mi salę z dziewczyną w moim wieku, to jeszcze dwuosobową - to naprawdę luksus, bo w większości z tych pokoi stoi po cztery - pięć łóżek.
Więc od razu właściwie zaprzyjaźniłam się z moją współlokatorką. Podejrzewałam, że dopiero zaczęła terapię, bo jeszcze miała włosy i jej skóra oraz paznokcie wyglądały jeszcze bardzo ładnie.
- Cześć, jestem Majka. Sorry, że nie wstaję, ale... sama rozumiesz. - pokazała na "wejście centralne" założone tuż przy piersiach. Uścisnęłam tylko jej dłoń.
- Paulina. - przedstawiłam się. - Mam nadzieję, że jak najszybciej stąd wyjdziemy.
- To nie miej nadziei, tylko mów, że tak będzie! Ja nie zamierzam tu długo leżeć. - przyznała.
- No i to jest doskonałe podejście. Tak trzymaj. - odezwał się do niej Bartek. - Ty też masz tak myśleć. - nakazał mi.
***
Gdy się rozpakowałam, zostałyśmy same.
- Ty, kim on jest dla ciebie? - zapytała Majka z nieukrywaną ciekawością.
- Synem mojego ukochanego lekarza... - powiedziałam ze śmiechem.
- Jakiego lekarza? - żywo się zainteresowała.
- To długa historia... - chciałam się wyminąć od opowiadania jej.
- Spoko, mamy czas... Teraz, przez następne - spojrzała na swoją kroplówkę - dwie godziny nikt nie przyjdzie. - stwierdziła. Rzeczywiście, kroplówka była prawie pełna, a krople spływały jakby chciały, a nie mogły...
Po chwili namysłu opowiedziałam jej o wszystkim. Nie omijałam żadnych szczegółów.
Gdy spojrzałyśmy na zegarek, dochodziła już trzynasta. Za pół godziny miał być rozdawany obiad. Wcześniej jednak zabrali mnie onkolodzy na jeszcze jakieś badania, a później postanowili, że jak najszybciej trzeba zacząć terapię.
Stwierdzili, że posłużą się chemią. Do tego musieli mi jeszcze tego samego dnia założyć "centralkę", taką jaką miała Majka.
Gdy pierwszy raz leżałam w Centrum, też miałam coś podobnego, ale wtedy założono mi ją w trakcie zabiegu, już pod narkozą. Teraz zakładano mi ją bez znieczulenia. Nie miałam pojęcia, że to może tak boleć! Przecież to tylko inny rodzaj wkłucia.
Na szczęście - przeżyłam. Nawet kiedy zakładali mi szwy nie krzyczałam. Ogólnie jestem bardzo wrażliwa na ból, ale wtedy jakoś się obyło bez omdlenia.
***
Kilka dni później obie leżałyśmy pod chemią. Na szczęście miałyśmy w pokoju telewizor, bo inaczej umarłybyśmy z nudów. Nie chciało nam się rozmawiać. Tak na prawdę nic nam się nie chciało. Na szczęście był Bartek, który rozbawiał nas do łez. Zaglądał do nas co chwilkę i pytał, czy aby na pewno czegoś nie potrzebujemy.
Gdy przyszedł po raz setny chyba, powiedziałam, że owszem - potrzebuję. Bardzo się przejął. Jak to, czego? Poprosiłam go, aby podszedł i poprawił mi poduszkę. Gdy nachylił się nade mną, chwyciłam go i nieśmiało pocałowałam. Miał niebiańskie perfumy. Bardzo mi się spodobały. On nie wiedział biedny co ma zrobić. Widziałam w jego gestach chwilę wahania. Na szczęście nie trwała ona długo. Objął mnie i całował coraz bardziej zachłannie. Nie przeszkadzało mu chyba, że Majka na nas patrzy. Mnie w sumie też nie.
Jednak po dłuższej chwili się opanował. Czuł na sobie czyjś wzrok.
Nie pomylił się...
***
Zauważyliśmy ojca Bartka. Chłopak niestety nie zdążył się ode mnie odsunąć na "bezpieczną" odległość i pan Krzysztof zastał nas w dwuznacznej pozycji...
Bartek odchrząknął i sprawdził moją kroplówkę.
- No, dobra Paula, jeszcze trochę musicie poleżeć. Wszystko będzie dobrze, głowa do góry! - z wszystkich sił próbowałam się nie roześmiać, tak samo jak Majka. Niestety, nie dałyśmy rady. Parsknęłyśmy śmiechem.
- No i co ty robisz na dyżurze? Oj, nie ładnie synku, nie ładnie... - powiedział, kręcąc głową pan Kibard. Widziałam, że był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Co "nie ładnie"? Opiekuję się swoją pacjentką najlepiej jak potrafię. - Bartek nie tracił zimnej krwi i chyba nie chciał powiedzieć ojcu całej prawdy.
- Jak się czujesz? - zapytał mnie neurochirurg.
- Bywało lepiej. Na szczęście jest pański syn, który trzyma nad wszystkim pieczę...
- Właśnie widzę. - zaśmiał się.
- On mi tylko poprawił poduszkę... - zaczęłam się głupio tłumaczyć, bo nie wiedziałam, że on widział wszystko. Majka małpa nic mi nie powiedziała.
- Oj, cieszę się waszym szczęściem. - powiedział tylko.
- Tato, to nie tak jak myślisz... Jestem profesjonalistą, a lekarz nie angażuje się w życie swoich pacjentów...
- Też tak mówiłem. - zaśmiał się. - Dopóki nie spotkałem Pauli i jej uroczej cioci... - powiedział. - Zastrzegam, że to było już po rozwodzie! - zaznaczył, gdy jego syn dziwnie spojrzał.
- Dobra, dobra... Niech ci będzie. Sam nie wiem, czy bym się opanował... - rozmawiali tak, jakby ani mnie, ani Majki nie było w sali.
***
Kilka tygodni później cały oddział już huczał od plotek na nasz temat. Że ta "z 13" jest bardzo zainteresowana "naszym" młodym doktorkiem.
Pewnego dnia Bartek nie wytrzymał. Nie chciał już dalszych spekulacji i plotek. Akurat siedziałam wraz z Majką i Karoliną (jest mamą małego Patryczka, który przebywał już od dłuższego czasu na oddziale) w świetlicy. Piłyśmy kawę, dzieciaczki bawiły się w różnych miejscach, byli też ich rodzice. Bartek idealnie wybrał sobie moment. Podejrzewam, że właśnie o takie przedstawienie mu chodziło...
Wiedział, że o tej porze zawsze wszyscy są w tej sali. Nie miał akurat dyżuru, przyszedł specjalnie do mnie. Podejrzewam, że gdyby miał możliwość wniesienia kwiatów, właśnie do tego by się posunął. Na szczęście taką możliwość zablokowała mu dyrekcja szpitala. Chwała jej za to. Oczywiście nie obyło się bez przedstawienia. Po tym, gdy wyznał, że mnie kocha i nie wyobraża sobie beze mnie życia; wziął mnie na ręce, obkręcił się w koło (żeby wszyscy zobaczyli) i wyszedł ze świetlicy. Gdy byliśmy na korytarzu słychać było tylko śmiech i oklaski.
- Właśnie o to mi chodziło! - wyznał, gdy posadził mnie na łóżku w mojej sali.
- Jesteś czubek, wiesz? - zapytałam retorycznie.
- Wiem, ale za to bardzo zakochany. - pocałował mnie. - Ślicznie wyglądasz...
- Nic nie mów na ten temat... - przestałam się uśmiechać. Wiedziałam jak wyglądam. Po miesiącu chemii nie miałam już ani jednego włoska. Zawiązywałam sobie turbany, żeby jakoś wyglądać, lecz mimo wszystko nie było najlepiej. Byłam blada i bezsilna. A ten paraliż nie ustępował...
Rozdział 4

- Cześć słońce, jak się czujesz? - zapytał Bartek, gdy wszedł następnego dnia do mojej sali.
- A jak mogę się czuć? Znów na uwięzi. - pokazałam mu kroplówkę podłączoną do piersi.
- Co to? - zapytał, ale nie odpowiedziałam mu, ponieważ już wziął buteleczkę, aby sprawdzić. - Znów tak cię bolało w nocy? - zapytał, gdy zobaczył, że to bardzo mocne leki przeciwbólowe.
- Myślałam, że mi łeb pęknie. Poza tym jeszcze dokuczają mi te mdłości cały czas... Koszmar!
- Gdy tylko zakończymy tę serię, zlecę, aby dziewczyny dały ci płukankę. Powinna dobrze ci zrobić. - powiedział z czułością w głosie.
Wyciągnęłam do niego ręce, chcąc go przytulić. On wtulił mnie w siebie. Mimowolnie popłynęły mi łzy.
- Ciii... nie płacz,wszystko będzie dobrze, słyszysz? Nie może być inaczej. - chłopak przekonywał mnie do swoich racji.
- Nie mam już siły na to wszystko. Przerasta mnie to, że o wszystko muszę prosić! Sama nie dam rady zrobić zupełnie nic...
- Jesteś chora, potrzebujesz na razie pomocy, ale uwierz mi, że z tego wyjdziesz. Nie może być inaczej. Potrzebuję cię. Wszyscy cię potrzebują.
***
Kilka dni później skończyła mi się pierwsza faza chemioterapii. Bartuś zabrał mnie na badania, lecz po odebraniu wyników zrobił się bardzo markotny. Nie wiedziałam, co się stało. Na szczęście już wieczorem opowiedział mi o wszystkim. Wyniki wyszły bardzo pozytywnie. Nie miałam przerzutów, a chemia nie wyniszczyła mi organizmu (oprócz tych nieszczęsnych włosów). Od razu zadzwoniłam do rodziców i podzieliłam się z nimi tymi radosnymi wieściami. Wiedziałam, że jeszcze przez dłuższy czas moim domem będzie szpital, jednak cieszyłam się, że mogę chwilę odpocząć od terapii. Bartek również powiedział pielęgniarkom, aby dały mi "płukankę". Gdy zleciała mi cała ta kroplówka, czułam się dużo lepiej.
- Mogę mieć do ciebie prośbę? - zapytałam, gdy przyszedł do mnie i przyniósł mi owoce oraz wodę.
- Oczywiście, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! - zaśmiał się.
- Pójdziemy na spacer? Jest taka śliczna pogoda, a ty mi każesz tu siedzieć całymi dniami i się kisić! - powiedziałam z wyrzutem.
- Ty wiesz, że nie możesz wychodzić? - chciał się upewnić, że dobrze mnie zrozumiał.
- Oj, wiem, ale ty jesteś wspaniały i zrobisz dla mnie wyjątek. - puściłam do niego oczko.
- Dlaczego ja jestem taki uległy? - zapytał, całując mnie.
- Bo mnie kochasz? - zapytałam niepewnie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Po chwili zbieraliśmy się do wyjścia.
- Nie zapomnij! - podał mi maseczkę, leżącą na mojej szafce.
- Na prawdę muszę? - zapytałam, nie byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy.
- Niestety. Nie chcę, żebyś załapała jakiegoś wirusa. Cały czas jesteś bardzo osłabiona.
- No wiem, wiem. Kocham ciÄ™.
- Ja ciebie też. - pocałował mnie po raz kolejny.
Gdy zjeżdżaliśmy windą, na piątym piętrze wsiadł pan Krzysztof.
- Dzień dobry. - przywitałam się bardzo serdecznie.
- Cześć dzieciaki. Jak się czujesz, Paulinko? - zapytał czule.
- Bardzo dobrze. - przyznałam zgodnie z prawdą.
- Mam nadzieję, że Bartek się tobą należycie opiekuje.
- Nie mogę się od niego opędzić, ale jest mi to bardzo na rękę. - zaśmiałam się.
- Ach, wy młodzi... - powiedział tylko.
Gdy winda zatrzymała się na dole, wraz z Bartkiem wysiadłam z niej. Pan Krzysztof pojechał jeszcze niżej. Prawdopodobnie po wyniki jakiegoś rezonansu. My wyszliśmy ze szpitala. Bartuś prowadził mój wózek.
- Będziesz musiał nauczyć mnie samą jeździć! - powiedziałam mu.
- A nie mogę cię nosić na rękach? - zapytał zalotnie.
- Wolałabym być bardziej samodzielna.
- Już niedługo będziesz miała z naszej fundacji wózek elektryczny.
- A kiedy zacznę pionizację? - zapytałam pełna nadziei.
- Bardziej byłabym przychylny do rehabilitacji dłoni...
- Co to ma znaczyć? Dlaczego?
- Bo ty... - nie chciało mu to przejść przez gardło.
- Co? - byłam coraz bardziej zaniepokojona.
- Nie chcę cię dołować, bo to jeszcze nic potwierdzonego, ale ojciec powiedział, że ten paraliż, nie jest sprawą neurochirurgiczną. Raczej onkologiczną.
- Co to, kurcze, znaczy?! - zdenerwowałam się, a z oczu popłynęły mi pojedyncze łzy.
- To znaczy, że nowotwór zaatakował mózg w miejscu, które odpowiada za ten paraliż. - chciał mi to jak najbardziej uprościć. Chciał mnie przytulić, jednak odepchnęłam go. Nie wiem, co mną kierowało, choć tak bardzo chciałam być blisko niego, nie dałam rady się do niego przytulić. Spróbowałam podjechać kawałek i choć jeszcze nie jechałam najlepiej, już dałam radę powoli się toczyć.
- Już nie musisz mnie uczyć! - powiedziałam z wyrzutem.
- Poczekaj! Proszę, to nie jest moja wina! - krzyczał, gdy ja coraz bardziej się oddalałam. - Proszę... - mówił coś jeszcze, lecz już nie słuchałam. Wjechałam do szpitala, zdjęłam maseczkę i podjechałam do windy. On dobiegł do mnie, jednak nic nie mówił, nie chciał mnie zatrzymać. Gdy wsiadłam do windy, nie wsiadł za mną. Pozwolił mi jechać samej. Gdy byłam już na onkologii nie chciałam nikogo widzieć. Asia, jedna z pielęgniarek, pytała mnie co się stało, jednak nie byłam w stanie jej odpowiedzieć. Po chwili byłam w swojej sali. Na szczęście nie było Majki, więc z jednej strony nie miał kto mi pomóc usiąść na łóżku, ale z drugiej mogłam zastanowić się nad swoją sytuacją; a ta nie wyglądała zbyt różowo. Wiedziałam jednak, że chcę żyć i mimo wszystko cieszyć się tym życiem, nawet na wózku. Zbyt dużo już wycierpiałam, żeby je sobie odebrać. Nie wiem ile czasu upłynęło, kiedy tak leżałam. W końcu, wycieńczona, zasnęłam. Przyszedł do mnie Bartek. Wiedziałam, że nie wyglądam najlepiej, więc nie odkrywałam przed nim swojej twarzy. Nie chciałam, aby patrzył na mnie w tym stanie. On nie robił nic na siłę. Przysiadł się do mnie i gładził moje plecy - od łopatek, przez cały kręgosłup, do pośladków. Wyczuł, że to najgorszy dzień mojego życia. Nie chciałam rozmawiać, potrzebowałam natomiast kogoś, w kogo mogłabym się wtulić. Ułożył mnie sobie na kolanach i pozwolił się uspokoić. Nie robił nic na siłę.
- Położysz się ze mną, a ja spróbuję zasnąć? - poprosiłam przez łzy.
- Poczekaj na mnie chwilkę. - poprosił i wyszedł z sali. Po chwili wszedł z powrotem, niosąc w dłoni strzykawkę i szklaną buteleczkę z płynem. Nabrał specyfiku pół butelki i wstrzyknął mi do wenflonu.
- Będzie ci się lepiej po tym spało. Dobranoc kochanie. - powiedział czule, całując moje czoło. Wziął mnie za rękę i usiadł na krzesełku obok łóżka. Siedział tam, aż zasnęłam.
Tej nocy miałam cudowne sny. Śniła mi się nasza, wspólna przyszłość. Z małym domkiem na obrzeżach miasta; z całą gromadką dzieci i, co najważniejsze, z naszą wzajemną bezgraniczną miłością.
Rozdział 5:

Następnego dnia wydarzyło się coś, czego nie zapomnę Bartkowi do końca życia; coś, po czym nie powinnam się do niego odzywać już nigdy. Otóż, następnym dniem był pamiętny 13 sierpnia - tego dnia, dokładnie o godzinie 13. 05 wybijał kolejny rok mojego życia.
Nie byłam świadoma do czego zdolny jest mój chłopak; nie doceniałam go. Ogólnie nigdy nie lubiłam 13 sierpnia. Nienawidziłam życzeń i durnych prezentów. Nigdy w tym dniu nie wychodziłam z domu. Zawsze powtarzałam tylko pytanie: "czy naprawdę muszę się cieszyć z tego, że się starzeję?" Tego dnia do centrum zjechała chyba cała moja rodzina. Nie chciałam tego, oni również wiedzieli jak bardzo alergicznie reaguję na swoje urodziny. Niestety, nie dali mi się przebłagać - zostali, ale obiecali, że po południe będę miała wolne. Jestem pewna, że Bartek maczał w tym palce. Na początku, oczywiście, posypały się pytania o to, jak się aktualnie czuję. Oczywiście powiedziałam, że dobrze; że skończyła mi się pierwsza faza chemii i jeszcze parę mądrości, których nie przetoczę, bo już ich nie pamiętam. Później zjedliśmy przepyszny tort, zakupiony w sklepiku na dole (na dole, jest coś takiego a'la bazarek, na którym można kupić praktycznie wszystko: od bułeczek, przez ciuchy, po biżuterię). Niestety, choć były to moje osiemnaste urodziny, nie było nawet cienia alkoholu, moje kuzynki zadbały o to, aby nie było nudno. Bartek pozwolił mi nawet wyjść do parku (niestety z maseczką), a tam kuzynki mnie nie oszczędzały. Musiałam wyznać im wszystko: co łączy mnie z Bartusiem? czy planujemy coś więcej? I oczywiście pytanie, które je najbardziej nurtowało, to to, czy w końcu pogodziłam się z Kibard'em? Wydusiły ze mnie wszystko. Nawet to, co działo się na świetlicy tego pamiętnego poranka, kiedy to Bartek przerwał wszelkie plotki i spekulacje na nasz temat.
Gdy już chciałam żegnać rodzinkę, przyszedł do mnie pan Krzysztof. Wiedziałam, że będzie dym!
- Cześć Aniu. - przywitał się z moją ciocią (tą, która zawróciła mu w głowie 12 lat temu).
- Ooo... jakie miłe spotkanie. Cześć Krzysiu! - odwzajemniła powitanie i szczerze się uśmiechnęła.
Uścisnęła go, niczym starego przyjaciela. "Czyżby coś między nimi cały czas się tliło?" - życzyłam sobie w duchu.
Po chwili wyszli z sali, niby pod jakimś banalnym pretekstem, ale ja wiedziałam o co chodzi... Byłam tego pewna!
Wróciłam do plotkowania z kuzynkami, a te opowiadały mi o swoich nowych "zdobyczach" - tak mówiły na swoich nowych chłopaków.
- Mówię ci, mój Wojtuś jest fenomenalny! - odezwała się Agata.
Powiedziałam, że się cieszę. Byłam bardzo ciekawa gdzie poszła ciocia Ania, nie chciało mi się z nimi rozmawiać. Byłam bardzo rozkojarzona.
Bartuś przyszedł do mnie w południe. Miał na sobie błękitny fartuch, choć byłam pewna, że nie ma w tym dniu dyżuru.
- Przepraszam, ale muszę wziąć Paulinę na badania. - powiedział pełen powagi, przy czym dyskretnie puścił do mnie "oczko".
- Znowu? - zapytałam zrezygnowana, wiedziałam o co mu chodzi i weszłam w jego grę.
- No, niestety. Pożegnaj się i zaraz idziemy. - powiedział. Wiedziałam, że nikt z mojej rodziny nie wie, jak wygląda mój chłopak. I to dało nam przewagę.

Po chwili, gdy już pożegnałam się z rodziną, przyszedł do mnie.
- Co to miało być? - zapytałam ze śmiechem.
- Mówiłaś, że nie lubisz swoich urodzin, więc pomyślałem, że coś takiego ci się spodoba... - tłumaczył się.
- Kocham cię. - wyznałam. - Ale ty poważnie mówiłeś o tych badaniach?
- Nie, to był tylko pretekst, żeby się w końcu wynieśli. Stęskniłem się za tobą. Chciałem mieć cię tylko dla siebie. - wyznał.
- Egoista, ale kochany... - stwierdziłam i pocałowałam go czule.
- Mam dla ciebie niespodziankę! - powiedział, po czym wziął mnie na ręce (wcześniej siedziałam na wózku) i posadził na łóżku.
- Co to znaczy? Dlaczego sadzasz mnie na łóżku. Ja bardzo lubię ten wózek... - zbuntowałam się.
- Szkoda... - powiedział i wyszedł z mojej sali. Zostałam sama, jednak tylko na chwilę.
Po chwili wszedł z pięknym, nowym wózkiem elektrycznym.
- To dla mnie? - zapytałam przejęta.
- Wyłącznie. Mówiłem, że załatwię z fundacji.
- Ale tak szybko? JesteÅ› niesamowity.
- To nie koniec...
- Wiesz, że tego nie lubię.
- Oj, wiem, ale moje niespodzianki będą tylko przyjemne. - obiecał. - Otóż, rozmawiałem z twoimi rodzicami przed tym, jak tu przyszli i dostałem zgodę... - przykląkł. - Paulinko, czy zostaniesz moją żoną? - zapytał i wyjął pierścionek z kieszeni fartucha.
- Misiek, ja jeszcze nie jestem gotowa na to... Najpierw chciałabym wyzdrowieć i stąd wyjść. Przepraszam, ale jeszcze jest dla mnie za wcześnie.
- Rozumiem. - a po chwili. - Nie, cholera, nie rozumiem! Dlaczego?
- Nie chcę jeszcze się wiązać na stałe. Zwłaszcza, że jeszcze jestem chora i nie wiadomo, czy z tego wyjdę.
- Wątpisz w to? - zapytał.
- Nie, po prostu nie chcę się rozczarować. Ani ciebie, kochanie. - pocałowałam go. - Zwłaszcza ciebie!
- Wyzdrowiejesz, a na razie się zbieraj. - powiedział.
- Gdzie? - zapytałam zdziwiona.
- Wychodzisz stąd. Masz przerwę w podawaniu chemii, więc chyba nie chcesz jej przesiedzieć w szpitalu... Jeszcze się w nim nasiedzisz. - stwierdził.
- A Majka, kiedy wychodzi? - zapytałam.
- O ile mi wiadomo, jutro przyjeżdżają po nią rodzice.
- W takim razie czemu moim nie powiedziałeś, że mogą mnie zabrać? Przecież byłabym już właściwie w domu...
- Bo umówiłem się z nimi, że zamieszkasz u mnie... - powiedział czule.
- Naprawdę? I zgodzili się bez komentarzy? - nie wierzyłam.
- Nie, ale powiedziałem, że lepiej, żebyś mieszkała tutaj, na miejscu...
- Krętacz jesteś. - powiedziałam i przestraszyłam się, że chodzi mu o szpital.
- Wiem, ale summa necessitas.
- Co? - zdziwiłam się.
- Stan wyższej konieczności. Nie wytrzymałbym bez ciebie nawet jednego dnia. - powiedział.
- A teraz, co będziemy robić? - zapytałam, z natury byłam bardzo ciekawska.
- Teraz? Spakujesz się, a ja w tym czasie pójdę po twój wypis. Już leży przygotowany w pokoju lekarskim...
- Jak to, "spakuję się". I gdzie ja wyjdę? Przecież teraz nie zadzwonię do rodziców "przyjeżdżajcie po mnie, mój lekarz się namyślił i wychodzę"... - zaśmiałam się.
- No nie, ale zamieszkasz u mnie. Oczywiście na czas między chemioterapią. - dodał. Nie byłam jeszcze gotowa na tak poważny związek.

Godzinę później siedzieliśmy już w jego czerwonej Rav4. Od zawsze podobały mi się te samochody.
- Gdzie właściwie mieszkasz? - zapytałam, gdy już byliśmy dość daleko od szpitala.
- Na obrzeżach Warszawy. Mam tam taki mały domek...
- A na ile właściwie mnie wypuściliście?
- Niestety, króciutko się nacieszysz wolnością, ale obiecuję, że jak znów będziesz na chemii, to będę się tobą opiekował jak nigdy. Dzieciaki praktycznie zawsze drugą fazę przechodzą najgorzej. Ale będę z tobą... - obiecał.
Po dwóch godzinach (były potężne korki) byliśmy na miejscu. Przed wejściem do domu zachwycił mnie ogród. Nie dość, że był wielki, to jeszcze piękny i kolorowy. Zakochałam się w jego barwach.
- Podobają mi się te róże pnące... - powiedziałam. - I te cudowne słoneczniki... - byłam zachwycona.
Po chwili byliśmy w domu. Bartuś wstawił do sypialni moją walizkę. Na szczęście jego dom był parterowy, więc miałam nadzieję, że nie będę miała problemów z poruszaniem się po nim. Niestety, przeliczyłam się. Nie na nowym wózku.
Choć był śliczny (czarny z różowymi dodatkami), nie był zbyt praktyczny. Co prawda mogłam na nim jeździć sama, nawet wtedy, kiedy spinała mi się dłoń i nic nie mogłam z nią zrobić.
Jednak już wyższy próg sprawiał mi problem.
***
Bartek pokazał mi swój dom. Był piękny.
Pytał również, gdzie chcę spać. Nie bardzo rozumiałam. Jak to: gdzie? Nieważne, byle blisko niego. On przyjął to z aplauzem.
Gdy już weszliśmy do jego sypialni, pokazał mi kilka półek, które przygotował specjalnie dla mnie.
Po chwili się rozpakowałam, nie miałam dużej walizki, więc poszło mi to bardzo szybko.
- Kochanie, wiem, że faceci nie lubią zakupów, ale niestety będziesz musiał ze mną jechać. Mam za mało ciuchów, żeby tu z tobą mieszkać...
- A będę mógł wejść z tobą do przymierzalni? - zapytał z błyskiem w oku.
- Chyba nie będę miała innego wyjścia... - powiedziałam. Wiedziałam, co czai się w jego umyśle.
- W takim razie: wchodzÄ™ w to.
- Wiedziałam, że ci się spodoba taki układ.
- Więc z nami to jest tylko taki układ? - zapytał zawiedziony.
- To ty nie wiedziałeś? - zapytałam z udawanym zdziwieniem.
Popatrzyliśmy sobie nawzajem w oczy i wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
Rozdział 6:

Gdy już wszystko było zrobione - ja rozpakowana i wykąpana z ogromną pomocą Bartka, mój ukochany stwierdził, że nie ma z czego nawet zrobić kolacji.
- No, chyba, że chcesz chleb posmarowany nożem... - zaśmiał się.
- Co? - zdziwiłam się.
- Bo nawet masła w tym domu nie ma - skwitował.
- To trzeba jechać jeszcze po spożywkę - powiedziałam i już zaczęłam tworzyć listę.
- Dużo bardziej podoba mi się perspektywa rozbierania... yyy... to znaczy... kupowania ci nowych ciuszków - zarumienił się, niczym zakochana nastolatka.
- Facetom to tylko rozbieranie w głowie... - nie mogłam nie zacząć się śmiać.
Gdy już byliśmy w samochodzie, Bartkowi zadzwonił telefon. Poprosił mnie, abym odebrała. Zobaczyłam, że to pan Krzysztof.
Zanim się przywitałam, ojciec Bartka, już zaczął mówić...
- No, jak tam synek? Dojeżdżacie? Bo my nie będziemy czekać w nieskończoność... - powiedział zniecierpliwiony.
- Gdzie czekać, panie doktorze?
- Oooo, to ty, Paulinko? Daj mi Bartka, proszę - zmieszał się.
Podałam telefon ukochanemu. On zamienił dwa zdania z ojcem i skręcił w boczną uliczkę.
- Gdzie jedziemy? - zapytałam zdezorientowana.
- Do Sushi baru. Kiedyś mi mówiłaś, że lubisz to jedzenie.
- Nie sądzę, żebym ci coś takiego mówiła, ale owszem, lubię. Czy to jest jakaś pułapka?
- Na ciebie? W życiu! Nie ośmieliłbym się! - zaśmiał się serdecznie.
***
Po chwili byliśmy na miejscu. Była to mała restauracyjka z raczej przyjemną atmosferą. Jednak było w niej pusto, jakby nikt tu w życiu nie zaglądał. Na parkingu nie było widać żadnego samochodu, a w samym lokalu była tylko obsługa.
- Jesteś pewien, że tu mają dobre jedzenie? - zapytałam niepewna.
- Jeżeli surową rybę da się nazwać smaczną, to owszem. Mają tu najlepszą w całej Warszawie - odparł.
- Pańskie nazwisko? - zapytała kelnerka, gdy podeszliśmy do baru i Bartek powiedział, że ma rezerwację.
- Kibard. Bartosz Kibard.
- Aaa, tak. Proszę, stolik numer 3 - zaprowadziła nas tam. Okazało się, że to miejsce jest w samym centrum sali.
Kelnerka podała nam karty. Po chwili, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, do sali weszło kilkoro ludzi. Dwójkę z nich poznałam momentalnie. Byli to kolejno: pan Krzysztof i ciocia Ania. Obok nich szli również dwaj mężczyźni, gdzieś w wieku Bartka i dziewczyna, może w moim wieku.
- Kochanie, poznaj to jest moje rodzeństwo. - powiedział Bartek, gdy cała piątka dostatecznie się do nas zbliżyła.
- Bartek nie dawał mi spać, gdy byłaś w szpitalu. Martwił się o ciebie i ja musiałam go pocieszać. Cześć, jestem Karolina. - przywitała mnie dziewczyna. Wydała mi się sympatyczna. Podała mi dłoń.
- Cześć. Mam nadzieję, że nie znienawidziłaś mnie za to. - zaśmiałam się.
- Nie, raczej jego, od zawsze wiedziałam, że jest monotematyczny, ale nie miałam pojęcia, że aż do tego stopnia. - ona również się zaśmiała.
Później przedstawili mi się jego bracia - Krystian i Kacper. Okazało się, że są bliźniakami i są zaledwie niecały rok starsi od Bartka.
Rozmiawiało nam się cudownie przy "surowej rybie" jak nazwał to Bartek. Jednak jego na to nie dałam rady namówić. Za żadne skarby świata nie chciał wziąć nawet kęsa, żeby spróbować.
- Przepraszam kochanie, ale mimo, że kocham cię z całego serca, nie zrobię tego nawet dla ciebie. Wybacz. - powiedział w końcu.
- Dobra, nie ma co się bawić! - zawołała w końcu Karolcia. - Gdzie jest...? - nie dokończyła pytania, gdyż podejrzewam, że Bartuś kopnął ją w kostkę.
- No racja. Już czas. Jesteś gotowa, kochanie? - zapytał mnie.
- Nie bardzo... Gdybym wiedziała na co, może miałabym większe szanse. - powiedziałam niepewnie.
- No dobra... W takim razie nie będę już dłużej trzymał cię w niepewności... - zlitował się łaskawie.
- Co on kombinuje? - zapytałam siostrę Bartka, gdy ten wyszedł z sali, chyba do kuchni.
- Zobaczysz. - odrzekła tylko.
Po chwili wjechał na salę ogromny tort z różnymi migającymi światełkami. Rozczuliłam się, ale udało mi się pohamować łzy. Nie chciałam płakać (nawet ze szczęścia) przez wzgląd na to, że była tu moja ciocia, która nie powinna widzieć już ani jednej mojej łzy.
- Kochanie, chciałbym złożyć ci najwspanialsze życzenia. Dużo szczęścia, pogody ducha i cierpliwości. I pamiętaj, wszystko będzie dobrze. Nie może być inaczej! - powiedział mi Bartek, gdy podszedł do mnie. Gdy złożył mi już te życzenia, wziął mnie na ręce, tak że stopami dotykałam ziemi (prawie stałam) i pocałował mnie bardzo czule.
Gdy już usiadłam znów na wózku podeszli do mnie inni uczestnicy "imprezy". Oni także złożyli mi najlepsze życzenia. Z Karolcią się "obściskałam"; znalazłam sobie w niej bratnią duszę.
Siedzieliśmy tam do późnego wieczora. Gdy już po imprezie rozjechaliśmy się do domów, ja niemal spałam na swoim wózku. Bartek przywiózł mnie do swojego domu i ułożył do snu. Sam położył się po drugiej stronie łóżka. Wtuliłam się w niego i bezpiecznie zasnęłam.
Rozdział 7:

Następnego dnia, obudziłam się, bo nie czułam bliskości Bartusia. Zgrzebałam się na wózek i pojechałam do kuchni w celu zrobienia sobie kawy. Niestety, Bartek mnie uprzedził.
- Co ty tu robisz? Zmykaj do łóżka... Popsułaś taki nastrój! Wstydziłabyś się! - ochrzanił mnie, gdy tylko zobaczył, że wjeżdżam do kuchni.
- Co robisz? - zapytałam, zawsze byłam bardzo ciekawska, taka moja natura.
- Niespodziankę. A teraz, już! Czekaj na mnie w łóżku.
Po chwili wkroczył do sypialni z tacą wypełnioną po brzegi.
- Królewskie śniadanko, dla mojej pięknej księżniczki. - oznajmił lektorskim głosem.
- Kocham cię. - powiedziałam, gdy chłopak położył tacę na łóżku i usiadł bardzo blisko, przytulając mnie. Bezzwłocznie pocałowałam go.
Po chwili, gdy już się od siebie oderwaliśmy zaczęliśmy jeść. Bartek podał mi tosta z dżemem. Jednak, gdy go ugryzłam i chciałam już sama trzymać, nie pozwolił mi.
- Wiesz, że jak kobieta je facetowi z ręki to znaczy, że nigdy go nie zostawi? - zapytał.
- Nie mam zamiaru cię zostawiać. Nie w tym życiu. Kocham tylko ciebie... - przypieczętowałam te słowa pocałunkiem.
- Hmmm... - rozmarzył się. - Pycha! - powiedział w końcu.
***
Te kilka dni minęło bardzo szybko, można by nawet powiedzieć, że stanowczo za szybko. Znów musiałam wrócić do szpitala na leczenie. Bartek, gdy tylko miał chwilkę, przylatywał do mnie, jednak w pierwszych dniach to nie było aż tak potrzebne. Znów leżałam w jednej sali z Majką. Pocieszałyśmy się nawzajem w ciężkich chwilach. Nie było łatwo. Zwłaszcza, gdy po miesiącu obie zrobiłyśmy się upiorne. Byłyśmy bardzo chude. W dodatku jeszcze ja nie mogłam jeść, a jak już coś udało mi się zjeść, to modliłam się, żeby tego nie zwrócić.
Każdego dnia godzinami rozmawiałam przez telefon ze wszystkimi. Zarówno z rodziną, zwłaszcza z mamą, która wyrzucała sobie, że jej tam nie ma; jak i z przyjaciółmi ze swojego liceum w rodzinnym Olsztynie. Oni opowiadali mi co się dzieje w szkole, jakie są nowe plotki i że naszym nauczycielom znowu odbija. Tego ostatniego, byłabym pewna, nawet gdyby mi nie mówili.
Zmieniały się tylko kartki kalendarza. Na przemian z chemią dostawałam leki przeciwbólowe. Doszło do tego, że lekarze posunęli się do podawania mi morfiny. Na początku była to jedna jednostka dziennie. Później już nie wystarczała. Dawali mi tego coraz więcej. A ja czułam, że jestem coraz bliżej końca. Nie miałam na nic siły. Cały czas lekarze podawali mi bardzo agresywną chemię.
Po skończonej drugiej fazie postanowili zacząć trzecią, ale na przemian z radioterapią. To były najcięższe miesiące mojego życia. Majka wyszła po drugiej fazie. Była zaleczona. Udało jej się. Bardzo się z tego cieszyłam.
Niestety pożegnaliśmy także trzy osoby, które przegrały walkę. Nie mogłam się z tym pogodzić przez długi czas. Zwłaszcza, że sama czułam, że jest ze mną coraz gorzej. Nie chciałam umierać. Moim największym marzeniem stało się życie. Nie ważne jakie, byleby było.
***
Każdego dnia modliłam się o to życie.
W końcu Bóg mnie wysłuchał. Po ponad roku walki w końcu pokonałam to wstrętne raczysko. Majka, za każdym razem, kiedy przychodziła na badania, wstępowała do mnie choć na chwilę. Kiedy powiedziałam jej, że już niedługo wychodzę, bardzo się ucieszyła. W szpitalu stałyśmy się sobie bardzo bliskie, niczym siostry.
Kiedy Bartek powiedział moim rodzicom, że już niedługo wychodzę byli przeszczęśliwi. Nawet, gdy im powiedziałam, że chciałabym zamieszkać w stolicy, przyjęli to z bardzo wielkim optymizmem. Wiedzieli, że wcześniej czy później wyprowadzę się z rodzinnego gniazdka. Podejrzewali, że właśnie nadszedł ten moment.
***
W grudniu byłam już w domu. Rodzice przywieźli mi wszystko, czego potrzebowałam. Najgorsze było to, że wszystkie ciuchy były teraz na mnie za duże. Choroba tak bardzo mnie wychudziła, że ubrania, które kupowałam były dwa rozmiary mniejsze. Wcześniej zawsze byłam na dietach, żeby zgubić choć trochę wagi, teraz już nigdy nic takiego nie przyjdzie mi do głowy.
Nie daleko domu Bartka było liceum ogólnokształcące. Stwierdziłam, że właśnie tam się zapiszę. Choć Bartek wybił mi z głowy to, że będę mogła sama do niego jeździć. Załatwił mi indywidualne nauczanie i wraz z nowym semestrem byłam już uczennicą warszawskiej szkoły. Każdy przedmiot musiałam zaliczać, jednak to nie było problemem, gdyż nauczyciele byli bardzo przychylni.
Na święta przyjechali moi najbliżsi. Ja bałam się jechać w tak długą podróż. Wigilię urządziliśmy w domu Bartka. Wspólnemu świętowaniu nie było końca.
Na Sylwestra zapowiedzieli się moi przyjaciele, którzy już od dłuższego czasu "odgrażali się", że przyjadą. Spędziliśmy go w szampańskich nastrojach. I wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu mogłam napić się alkoholu.
Epilog:

Dziś jestem studentką drugiego roku Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Wiem, że choroba dała mi bardzo ważną lekcję życia. Zrozumiałam, co jest najważniejsze; że nie warto przejmować się błahostkami, a do porażek trzeba podchodzić z dystansem. Majka również przeniosła się do Warszawy na studia. Jednak ona, w odróżnieniu ode mnie, jest umysłem ścisłym i studiuje architekturę. Często się spotykamy. Jesteśmy również wolontariuszkami w centrum - szpitalu, w którym kiedyś same leżałyśmy. Już nie boimy się choroby, wiemy, że to my z nią wygrałyśmy i nigdy się już nie poddamy!
Statystyki:

Ocena: +2 (+2,-0)
Kategoria: Miłość
Odsłony: 102
Komentarze: 2
Dodany: 27.12.2011 13:42
Edytowany: nigdy
Avatar
stokrotka354 Status

Oceny

Minus
Brak

Komentarze

Leemal | 27.12.2011 22:29 #
Avatar
LeemalStatus
Studentom prawa na uniwersytetach amerykańskich już na drugim roku studiów wpaja się zasadę..., ale zapomniałem już jaką. :))
Leemal | 27.12.2011 22:58 #
Avatar
LeemalStatus
Ach! przypomniałem już sobie, a brzmi to nast;
Studenci prawa na U.A już na drugim roku studiów dowiadują się, że prawo w charakterze czy też stopniu wykonawczym ma znaczenie przedmiotowe.
Ale co to oznacza?...hmmmm
Myślę po prostu, że w myśl litery prawa, najmniej liczy się człowiek z jego odczuciem sprawiedliwości.
:)

Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany! Zaloguj się, aby dodać komentarz oraz aby ocenić publikację.
Podoba Ci siÄ™ ta publikacja? Kliknij:

Lista obecności

Emilia, Serena, Szczurek, zetka oraz 12 gości.
Polonistycznie.info to portal przeznaczony dla osób, które interesuje poezja w każdej formie. Znajdziesz tu przeróżne wiersze - m.in. wiersze miłosne, smutne wiersze, czy wiersze o przyjaźni. Gdy zatrzymasz się na dużej natrafisz na niejeden erotyk, który wywoła u Ciebie pozytywne emocje. Gdy zapragniesz odmiany i nieco innego rodzaju twórczości, wystarczy, że zajrzysz do kategorii wiersze dla dzieci. Już dziś zarejestuj się w Polonistycznie.info - portal literacki.