Wyłącz reklamy

Opowiadania / Miłość

Paulina i Adam - nadzieja umiera ostatnia

Paulina
„Słuchaj, dzieweczko!
-Ona nie słucha –
To dzień biały! To miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha.
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
- Ona nie słucha…”

- to jest ostatni wiersz, który pamiętam z mojego dzieciństwa. Gdy go recytowałam po raz ostatni, miałam 17 lat. Nie pamiętam jednak twarzy ludzi, przed którymi recytowałam „Romantyczność”, ale pamiętam, że było to na konkursie. Polonistka wystawiła mnie, bo myślała, że zrobię "widowisko". I w sumie mi się to udało. Tylko jej chyba nie bardzo o to chodziło, ale mimo wszystko widowisko było. W czasie recytacji zemdlałam. Po prostu osunęłam się na ziemię. Podobno to wyglądało strasznie.
Ale to wszystko to nic. Najgorszym przeżyciem było to, że ZŁAMAŁAM OBCAS W ŚLICZNYCH BUTACH. Wydawało mi się wtedy, że była to prawdziwa tragedia.
Gdy się ocknęłam, zobaczyłam dwóch facetów błękitnych kitlach.
Jednym z tych mężczyzn był mój ojciec chrzestny - Tomek.
Odwrócili się dopiero, gdy chciałam do nich coś powiedzieć.
Wujek powyjmował mi rurki z ust i nosa.
- Jak się czujesz? - zapytał, gdy już byłam wolna.
- Średnio. A kto wygrał konkurs?
- Odbędzie się jeszcze raz.
- A dlaczego? Nie zdyskwalifikowali mnie? - zapytałam zaskoczona.
- Nie. Chyba podobałaś się komisji... - powiedział lekarz, przyjaciel mojego wujka, mój zresztą też.
- No, to dzisiaj już idę do domu mam rozumieć? - byłam w skowronkach, bardzo dobrze się czułam, nie tyle fizycznie, ale psychicznie.
- Nie bardzo... - powiedział smutno lekarz.
- Co jest nie tak? - zaniepokoiłam się. - Tylko nie ściemniajcie! - poprosiłam.
- To ja pójdę poszukać Moniki, a ty wszystko wytłumacz - poprosił mój wujek przyjaciela i zniknął z sali.
- A to skurczybyk - powiedział do siebie cicho Sebastian, jednak ja również to usłyszałam.
- Więc mogłabym się czegokolwiek dowiedzieć? - zapytałam, znużona sytuacją.
- Zemdlałaś w trakcie występu - oznajmił mi.
- Inaczej nie dałabym się położyć w szpitalu. Tym bardziej w takim stanie – zaśmiałam się.
- Dzięki temu odkryliśmy, że w twoim mózgu jest potężny guz – powiedział smutno.
- Ale jaki guz? O co tu chodzi? – dopadała mnie już lekka panika.
- Tego jeszcze nie wiemy. Dzisiaj jeszcze przeprowadzimy biopsję.
- A to będzie boleć? – przeraziłam się.
- Sam zabieg będzie w narkozie, a później… Nie wiem, pewnie kilka dni będzie nieprzyjemnie, ale zrobię wszystko, aby bolało jak najmniej – obiecał.
- Dziękuję.
Godzinę później, gdy siedziała przy mnie mama, a ja sama byłam już gotowa do zabiegu, przyszedł po mnie lekarz i zawiózł na salę operacyjną. Obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej i od razu poczułam, że przeraźliwie boli mnie głowa. Gdy dotknęłam jej rękami, zauważyłam, że mam na niej dość duży opatrunek.
Następnego dnia przewieziono mnie na zwykłą salę, wraz z inną dziewczyną, którą poznałam na pooperacyjnej – Werką.
- Jak się czujesz, Pauliś? – zapytał wujek, gdy tylko przyszedł do mojej sali.
- Może być, jak wyniki? – zapytałam od razu.
- Nie wiem… dopiero przyszedłem…
- Ale ty chyba teraz nie masz dyżuru.
- No… w sumie, ale chciałem zastąpić kumpla…
- Chyba coś kręcisz.
- Kochana, ciebie bym okłamał?
- A nie? – odpowiedziałam pytaniem.
- Nie. Zaraz idę do Rafała i o wszystko się wypytam, ok? Ty, tym czasem, zjedz śniadanko. I się nie martw! – zalecił, gdy zobaczył, jak nerwowo stukam palcami w blat stolika. – Wszystko jest okej! – zapewnił i przytulił mnie.
Poprawił mi jeszcze poduszkę i wyszedł z sali.
- Co ja bym bez niego zrobiła? – zapytałam retorycznie Weronikę.
Ona tylko się uśmiechnęła. Czas leciał bardzo wolno. Zjadłam śniadanie, przyniesione przez moją kochaną mamusię, po czym przyszedł do mnie Sebastian. Nie wyglądał za wesoło. Szczerze mówiąc, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. W innym szpitalu miał dyżur nocny, a teraz przyjechał tutaj. Jednak ja również nie oszczędziłam mu nerwów.
- Jak wyniki? – zapytałam od razu, gdy wszedł bez żadnego powitania.
- Nie jest dobrze… - powiedział i wziął w dłonie moją kartę, aby ukryć swoją twarz.
- Mam się bać? – już byłam przestraszona.
- Nie bój się. To jeszcze nic nie znaczy. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.
- Ale co wykryliście w tej mojej głowie? – byłam już strzępkiem nerwów.
- Masz glejaka… - powiedział, przy czym przytulił mnie do swojej klatki piersiowej.
- Glejaka? Co to jest, bo brzmi nieciekawie? – nie miałam pojęcia, że zaraz mój świat runie.
- To nowotwór złośliwy mózgu. Podejrzewaliśmy to, jednak nie wierzyliśmy, że to może ciebie spotkać. Bardzo mi przykro.
No tak, jemu było przykro, a ja już zalewałam się łzami.
- Nie denerwuj się. Wszystko będzie okej. Wyjdziesz z tego, rozumiesz?
- Wyjść, to można z domu! – rozkleiłam się. – Seba, czy to znaczy, że ja umrę?
- W żadnym wypadku nie wolno ci tak w ogóle myśleć. Onkolodzy cię wyleczą, zrozumiano? Mają taki odgórny nakaz!
- Czy to znaczy, że przeniesiecie mnie na inny oddział? Ale ja nie chce. Chce zostać tutaj, przy was. Przy Tomku i tobie!
- To raczej jest niemożliwe. Ale jeśli chcesz, będziemy brali dyżury na przemian, tak żeby ktoś cały czas przy tobie był.

Po obiedzie zostałam przeniesiona na onkologię. Przyjechała moja starsza siostra - Majka, która na co dzień mieszka w Wielkiej Brytanii razem z Filipem, swoim mężem.
I tak trwali przy mnie na zmianę. Po operacji zmniejszenia guza przez kilka dni nie było ze mną kontaktu, więc moi najbliżsi wymieniali się tylko – gdy mama szła zregenerować siły, do mnie przychodziła Majka z Filipem, Tomek lub Sebastian. Tak było przez prawie tydzień. Później zaczęłam przyjmować chemię. W tym czasie nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Nigdy wcześniej jakoś bardzo nie przejmowałam się własnym wyglądem, jednak wtedy gdy zaczęły wypadać mi włosy, a skóra zrobiła się kompletnie blada i matowa, coś we mnie pękło. Nie potrafię zliczyć ile nocy przepłakałam z tego powodu. Jednak później stwierdziłam, że nie to było najgorsze.
Gdy zaczynałam wymiotować po chemii, myślałam, że nigdy nie przestanę. To było straszne. Gdy po raz kolejny skończyłam, a kroplówka z lekami już właściwie była pusta, do mojej sali wszedł przystojny, brązowooki chłopak.
- Cześć, jestem Adam – przedstawił się.
- Cześć – wyciągnęłam do niego dłoń, a on ją uścisnął. – Paulina.
Akurat wtedy byłam sama w pokoju. Weronika gdzieś wyszła, a ja dałam tego dnia „wolne” swojej rodzince. Powiedziałam Majce, aby zabrała mamę gdzieś na porządny obiad, bo z tego całego mojego chorowania i ona nabyłaby się jakiejś anemii.
Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało. Dowiedziałam się, że przyszedł tu, aby zwalczyć białaczkę, która zaatakowała go już osiem lat temu. Jest ode mnie starszy o pięć lat, ale mimo to mieliśmy niewyczerpany temat do rozmowy, gdyż oboje interesowaliśmy się tańcem, a gdy mieliśmy chwilę, nasze zainteresowania znajdowały ujście na parkiecie.
- Umiesz to odpiąć? – zapytałam, gdy skończyła mi się kroplówka.
- Jasne? Zatańczysz? – zapytał i podał mi dłoń, gdy byłam już odpięta.
- Ale tutaj, w pidżamie?
- Przeszkadza ci to, bo dla mnie wyglądasz pięknie… - powiedział beztrosko, a na mój, do tej pory blady policzek, wdarł się maleńki rumieniec.
Gdy Adam prowadził mnie w tańcu cały świat mógłby przestać istnieć. Choć nie miałam siły, on podtrzymywał mnie i szeptał do ucha miłe słówka: że wszystko będzie dobrze, że wyzdrowieję, on również i będziemy tańczyć gdzie tylko zapragnę.
Taniec mógłby trwać w nieskończoność, jednak niestety mój organizm odmawiał mi posłuszeństwa i już po kilku minutach byłam przeraźliwie zmęczona. Adaś usiadł ze mną na łóżku. W chwilę później przyszedł pan Robert – mój onkolog prowadzący.
- Adam, a co ty tu robisz? – zapytał zdziwiony.
- Przywitałem się z nową koleżanką… - odpowiedział… - Aaa, w sensie w szpitalu? – dopiero później domyślił się, o co pyta lekarz. – Znowu mnie wzięło. To paskudztwo chyba nigdy się ode mnie nie odczepi. Koniec remisji – wyznał.
- Damy radę! – onkolog mówił to z takim przekonaniem, jakby był tego pewien. – Pauluś, a gdzie jest twoja kroplówka? – zapytał mnie.
- Adam mi odpiął. Skończyła się, więc uznałam, że…
- Oj, wy młodzi… Ale dobra, wybaczam – zaśmiał się tylko. – Powiedz mi tylko gdzie wywiało wszystkich od ciebie?
- Mają zakaz zbliżania się dzisiaj do szpitala. Szczególnie moja mama… - ja również się śmiałam.
- Tomek ma dzisiaj dyżur?
- Nie, zaraz do mnie przyjdzie. Jednak do tego czasu pozwolą panowie, że zagłębię się w lekturze bardzo ambitnej książki pod wdzięcznym tytułem „Zbrodnia i kara” – zaśmiałam się. – Bo jeśli tego nie przeczytam do świąt moja polonistka łeb mi ukręci!
- A dużo ci jeszcze zostało? – zapytał Adam.
- Nie, tylko jakieś… sześćset stron? – zaśmiałam się.
- Cała książka ma sześćset trzydzieści… - nie chwycił żartu.
- O to chodzi, ale jest beznadziejna!
- Moja polonistka, gdy mieliśmy to czytać, powiedziała, że możemy przeczytać jakieś streszczenia i to wystarczy. Ona nie będzie się czepiać.
- Anioł, nie kobieta. A gdzie się teraz uczysz?
- Studiuję, ale nie jest to łatwe, jak co jakiś czas ląduję tutaj. A ty?
- Miałam w przyszłym roku zdawać maturę, a potem iść na studia prawnicze. A tak nie wiem, co to będzie… - zasmuciła się.
- A gdzie się uczysz? Tutaj w Warszawie?
- W katolickim liceum. Jest chyba tylko jedno w Warszawie…
- Tak, ale za to super szkoła, jestem tamtejszym absolwentem – zaśmiał się.
- To kto miał z tobą polski? – zdziwiłam się, bo u nas poloniści są raczej surowi.
- Ona już nie uczy. Przyszła do nas na roczne zastępstwo, ale cudna babka.
- A co teraz studiujesz?
- Długo się wahałem. Nawet zmieniałem studia, jednak wygrała medycyna… Jednak to jest to, co chciałbym robić w życiu, a chciałbym ratować ludzi. Odwdzięczyć się tym samym lekarzom i pielęgniarkom za to, że znoszą mnie już tyle czasu i robią wszystko, żebym w końcu pozbył się tego paskudztwa.
- I dałeś radę? Mimo tego, że jesteś tutaj dałeś radę sobie ze wszystkim? – nie wierzyłam własnym uszom.
- Jeśli się czegoś naprawdę pragnie, osiągnie się to mimo największych kryzysów!
- Muszę to sobie chyba zapisać na czole, bo ja zawsze za wcześnie rezygnuję – przyznałam się.
- Jak chcesz, możemy nad tym popracować. Wydaje mi się, że będziemy tu wystarczająco długo, aby wpoić do twojej pięknej główki – powiedział, a ja się zaczerwieniłam. Przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem.
W takiej pozycji zastał nas Tomek. Jakoś za bardzo nie przejął się tym, że jego siostrzenica „obściskuje się” (jak nazwał to potem Sebastian) z zupełnie obcym chłopakiem.
- Cześć Tomuś! – przywitałam się z nim, gdy tylko wszedł do sali.
- Paula, to ja spadam – oznajmił Adam. – Zajrzę do ciebie później – obiecał.
- Dzięki za taniec, już dawno tak fajnie się nie bawiłam – podziękowałam. – Pa.
Gdy wyszedł, wujek usiadł na krześle obok mojego łóżka, a torbę na zakupy postawił na szafce.
- Nie ma mnie pół dnia, a ty już takie cyrki odstawiasz? – zapytał.
- Jakie cyrki? – nie bardzo rozumiałam.
- Kto to był? I o jaki taniec chodziło?
- Wszystkiego jesteś taki ciekawy?! To pacjent – oznajmiłam.
- No chyba nie twój. Nie zrozumieliśmy się. Pytam, kim on jest dla ciebie? Aj, te kobiety…
- Ponarzekaj sobie. Dobrze ci to wychodzi. Przyszedł do mnie, aby się zapoznać. Poza tym zgadało się jakoś tak i posiedział u mnie chwilę. Pokaż lepiej co tam moja mamusia dla mnie dobrego przygotowała? – subtelnie zmieniłam temat.
- Same pyszności. Taka matka, to skarb.
- Co ty nie powiesz? Ciebie też już podtuczyła?
- No ba… Aaa, zanim przyjechałem, dzwoniła babcia z dziadkiem i prosili, żebym cię uściskał. Oni już też niedługo przyjadą.
- Nudzi im się na Mazurach? Przecież nie mogą zostawić zwierzaków…
- Nie bój się o zwierzaki. Ty bój się lepiej o siebie, bo jak przyjadą, to nie będzie zmiłuj… - zaśmiał się. – Nie będzie już słodyczy, które ci przynoszę, tylko w pełni zdrowe jedzonko…
- No tak, jak mogłabym zapomnieć, że babcia jest taką zwolenniczką zdrowego żarcia? – zapytałam retorycznie.
- Przeżyjemy. Oni przyjadą góra na dwa dni…
- Nie to, że ja ich nie lubię. Ja ich kocham, ale… - zaczęłam się tłumaczyć.
- Wiem, wiem. Ale mnie też czasami wkurzają – przyznał.
Zjadłam obiadek przygotowany przez moją mamę. Boże, jakie to było pyszne! W tym samym czasie był rozdawany szpitalny obiad. Gdy spojrzałam, co to jest, podziękowałam Bogu, że mam rodzinkę w Warszawie. Nie to, że jestem wybredna, ale „to coś” co było mylnie nazwane obiadem, wyglądało jak jedzenie przeżute i wyplute na talerz. Ja w swoim życiu wcześniej byłam w kilku sanatoriach, bo kiedyś miałam malutkie problemy ze skoliozą, ale chyba nigdy nie spotkałam aż tak ohydnego jedzenia. W jednym z sanatoriów, w Szczawnie – Zdroju był co prawda taki posiłek, o wdzięcznej nazwie „cha che”, ale to był raczej wyjątek niż reguła. Zresztą tam, pewien nasz opiekun, który był tak naprawdę niewiele starszy od nas, zaśmiał się, że tym właśnie posiłkiem chcieli z nas zakpić i się z nas śmiali, dlatego taka nazwa.

Następnego dnia rzeczywiście przyjechali moi dziadkowie. Babcia, jak się spodziewałam, przywiozła owoców z własnego sadu. W czasie weekendu nie miałam chemii, więc nawet wyszłam na spacer z dziadkami. Oczywiście, gdy oni już poszli, przychodził do mnie Adaś. W sobotę kilka razy pielęgniarka wyganiała go do siebie. Bezskutecznie. Poszedł sobie dopiero około trzeciej w nocy. To nic, że następnego dnia spałam jak zabita do jedenastej. Niedziele były tam tak leniwe, że aż szkoda gadać.
Adam
Zacząłem chorować, gdy byłem w drugiej klasie gimnazjum. Wiadomo, że chłopakom w tym wieku zawsze odpala. Nie byłem aniołkiem, ale też chyba nie byłem taki zły. Zawsze dobrze się uczyłem i wierzyłem, że w życiu do czegoś dojdę.
Nowotwór objawiał się niby niewinnie, często leciała mi krew z nosa, nie miałem apetytu. Coraz mniej interesowały mnie imprezy i melanże do rana. Nic, z czego można by wywnioskować fakt, że jestem chory. Jednak moich rodziców coś tknęło – zrobili mi wyniki. Zbyt mało białych krwinek, coś jest nie tak! W tamtym czasie nie byłem przeziębiony, ani nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak.
Po jakimś czasie znów pobrano mi krew do badania. Jeszcze mniej leukocytów. Wtedy dostałem skierowanie do Kliniki Hematologii i Onkologii w Warszawie na szczegółowe badanie szpiku kostnego. Już czułem, że coś jest źle, choć rodzice nie chcieli mi jeszcze nic mówić. Tam, po biopsji, zapadł wyrok – białaczka. Już teraz nie umiem zliczyć ile razy wydawało się, że będzie dobrze. Jednak nigdy nie straciłem do końca nadziei.
Przy każdej remisji łudziłem się, jestem wyleczony, ale nie trwało to nawet roku, jak znowu lądowałem w szpitalu… Gdy skończyłem liceum, znów miałem remisję. Pamiętam jak dumnie szedłem na matury! Jako, że przez całą szkołę średnią miałem indywidualne nauczanie (i to raczej w szpitalu, nie w domu) nie za bardzo znałem nawet swoją klasę, ale po egzaminach poszedłem z nimi na imprezę. Oczywiście ja na napoje wyskokowe mogłem tylko popatrzeć. Nie chciałem ryzykować. Poza tym raczej nigdy nie ciągnęło mnie do alkoholu.
Do ostatniej chwili nie wiedziałem, na jakie studia iść. Bardzo chciałem studiować coś, po czym miałbym szansę na rynku pracy, mimo choroby. Bo wiadomo, jak to w Polsce jest: jesteś chory = nie możesz pracować! Nie chciałem tak. Zdawałem maturę z biologii i chemii rozszerzoną, a z fizyki na poziomie podstawowym, więc miałem nadzieję, że dostanę się na weterynarię lub medycynę. Nie wiedziałem wówczas, do czego mnie bardziej ciągnie. Czy do ludzi, czy do zwierząt?
Po pierwszym roku weterynarii, stwierdziłem, że to nie dla mnie. Dziekan stwarzał problemy, gdy składałem o indywidualny tok nauki, a mi już wtedy zaczęły się znowu problemy ze zdrowiem.
W następnym roku zacząłem studiować medycynę.
Już niedługo zacznę drugi rok akademicki, a na razie poznałem w szpitalu bardzo miłą dziewczynę. Ma na imię Paulina. Dobrze mi się z nią rozmawia i mam nadzieję, że wyjdzie stąd szybciej niż ja.
Zaprosiłem ją na lody. Wiem, że może mało romantycznie, ale chciałem, aby nasza znajomość nie zawężała się do stopnia cielesnego. Chciałbym zostać jej przyjacielem, w którym mogłaby znaleźć oparcie.
Paulina
Adaś zaprosił mnie na lody. Akurat skończył mi się kolejny cykl chemii i wychodzę do domu. Co prawda tylko na trzy dni, ale to i tak dużo. Pojadę na działkę, wyluzuję się. Może zrobię sobie jednonocny „biwak” na działce razem z Magdą. Bardzo się za nią stęskniłam. Ostatnio, gdy gadałam z Rafałem, on powiedział mi, że musimy się rozstać. Po prostu. Bez podania jakiejkolwiek przyczyny – rzucił mnie.
I znów płakałam w nocy. A już sobie obiecywałam! Ale to nic, teraz jest Adaś. Będziemy sobie nawzajem udowadniać, że się nie poddamy. Zaczęliśmy od lodów. Później poszliśmy jeszcze do Muzeum Powstania Warszawskiego. Adam, oprócz tego, że jest dobry z bioli, to jeszcze interesuje się militariami i II wojną światową. Opowiadał mi o wszystkim co tam widzieliśmy, jakby był przewodnikiem. Cudownie było spędzić ten dzień nie przejmując się niczym.
Tę noc przespaliśmy razem z Majką i Filipem na działce w namiotach. Choć do późna siedzieliśmy przy ognisku i Majka opowiadała różne barwne historyjki z, najczęściej mojego, życia, rano nie mieliśmy problemu ze wstaniem. Tego dnia po południu musiałam być już w szpitalu, zresztą tak samo jak Adaś.
Adam
Ten dzień był cudowny. Poznałem bliżej siostrę i szwagra Pauli.
Następnego dnia wróciliśmy do kliniki, a tam czekała na nas miła niespodzianka. Otóż okazało się, że nie ma miejsc i pielęgniarka oddziałowa jest zmuszona położyć nas na jednej sali. Chyba z tysiąc razy pytała nas, czy to nie będzie problem, ale my jak najbardziej się z tego cieszyliśmy. Z tego wszystkiego, szkoda tylko, że tyle osób choruje. Jak na razie nie spotkałem tutaj nikogo znajomego. Wszyscy powychodzili z tego, tylko ja cały czas nie mogę opuścić tego szpitala.
Następnego dnia Paula leżała podłączona pod pompę, a ja pojechałem na naświetlania. Gdy wróciłem, Pauliśka spała, a przy jej łóżku siedziała pani Monika.
A do mnie przyjechali rodzice. Wyszedłem z nimi do świetlicy, żeby nie obudzić dziewczyny. Mama przywiozła mi wałówki normalnie chyba na miesiąc! I to na dwie osoby. Postanowiłem podtuczyć troszkę Paulę. Strasznie tu schudła.
Gdy moi pojechali do domu, poszedłem na salę. Pani Monika już się zbierała.
- O, dobrze, że już przyszedłeś Adaś. Przypilnujesz Paulinę, żeby cokolwiek zjadła? – zapytała pani Monika. Dziewczyna już oponowała, ale ja tylko potwierdziłem.
- Oczywiście. Zaraz razem będziemy jeść, bo mi też rodzice przywieźli jedzenie…
- Mamo, nie jestem głodna! – Paulina była widocznie wściekła.
- Dobra, ja lecę. Później przyjdzie do ciebie Majka.
- Nie musi – powiedziała łagodnie. – Możecie dzisiaj pojechać gdzieś na jakąś wycieczkę. Przyda wam się to, a ja tutaj mam opiekuna – powiedziała i wskazała na mnie.
Pani Monika jeszcze chwilkę porozmawiała z córką, a później wyszła z sali, prosząc mnie, abym wyszedł na chwilę z nią.
- Adaś, ona dzisiaj właściwie nic nie jadła. Ja wiem, że cały czas ją ciąga na wymioty, ale tak nie może być. Proszę, przekonaj ją jakoś. Masz większą siłę perswazji, niż jej stara matka… - zaśmiała się.
- Spróbuję. Ale nic nie mogę obiecać. Jak ja sobie przypominam, jak to było, gdy ja się dowiedziałem o raku, to w zupełności ją rozumiem. Ale postaram się wytłumaczyć jej jak najwięcej – obiecałem.
- Dzięki – w oczach pani Moniki widać było łzy.
Paulina
Adam przegiął! Cały dzień namawiał mnie zjedzenia czegokolwiek, a ja nie mogłam. Cokolwiek zjadłam i tak po chwili lądowało to w muszli klozetowej, wszystkim wymiotowałam. Następnego dnia było lepiej, ale znów się wkurzyłam. Przez najbliższy tydzień miałam niedostawać chemii, bo miałam złą morfologię.
- Adaś, jak długo to się może tak utrzymać? – zapytałam przerażona, gdy siedzieliśmy na moim łóżku.
- Niedługo powtórzą ci badania i będzie wszystko dobrze, obiecuję?
Chłopak przytulił mnie. Ułożyłam głowę na jego kolanach. Po chwili już szlochałam w jego koszulkę. On uspokajał mnie, znów szeptał mi czułe słówka. W chwilę później leżeliśmy razem na łóżku. Ja miałam głowę ułożoną na jego klatce piersiowej. W takiej pozycji zastał nas nasz onkolog – pan Robert.
- Dzień dobry – przywitał się.
Od razu podniosłam się, jakby poraził mnie prąd.
- Dzień dobry – przywitaliśmy się płochliwie, niczym dzieci przyłapane na wybieraniu cukierków ze słoika.
- Jak tam się czujecie dzisiaj?
- Elegancko, doktorku – zaśmiał się Adaś.
Lekarz też się roześmiał. Powpisywał coś do naszych kart i poszedł sobie. Tego dnia więcej do nas nawet nie wchodził.

Kilka następnych dni przeleżałam bezczynnie. Nie miałam chemii, a tylko w poniedziałek podłączyli mnie pod pompę. Czułam się coraz lepiej. W sobotę lekarze powtórzyli mi wyniki, a ich wynik w sumie mnie zadowolił. Mogłam znów dostać leki. Od poniedziałku znów, razem z Adasiem leżałam pod kroplówką.
Adam
Był lekki kryzys, ale znów dostajemy leki. Niedługo wypuszczą nas do domu. Mam nadzieję, że teraz już na dłużej.
Paulina
Po trzech tygodniach chemii wypuszczają mnie do domu i to na cały tydzień! Jestem taka szczęśliwa. Adasia też. Obiecał mi, że pójdzie ze mną, gdzie tylko będę chciała! A ja, tak najbardziej chciałabym nigdzie nie wychodzić, tylko cały czas z nim siedzieć. W środę pójdę do szkoły. Co prawda w maseczce, bo nie mogę złapać żadnego bakcyla, ale to nic! Będę mogła się spotkać ze wszystkimi swoimi znajomymi. Jestem taka szczęśliwa!
Adam
Pauliś uparła się, żebym poszedł z nią do jej szkoły. W sumie fajny pomysł. Tylko nie wiem, czy opanuję się, kiedy będę obok tego jej Rafała. Jak on mógł być aż takim dupkiem?
We wtorek zabieram ją do zoo. Ciekawy jestem, jak zareaguje na to, że będziemy jeździć konno?
Paulina
Adaś zabrał mnie do zoo. Przy wybiegu dla małp poprosiłam, aby uśmiechnął się do zdjęcia z „braćmi”. Przez chwilę się później na mnie fochał, ale później przytuliłam się do niego i już nie było mowy o nerwach. Spędziłam naprawdę cudowny dzień z swoim przyjacielem ze szpitalnej sali.
Moje „przyjaciółeczki” doskonale wiedziały, że wyszłam ze szpitala, ale nawet nie raczyły do mnie zadzwonić. Przed wykryciem raka, byłaby to dla mnie największa tragedia, jaka mogłaby się przytrafić. Teraz jednak przewartościowałam swoje życie i zobaczyłam, co jest naprawdę ważne!
Szłam do szkoły z nastawieniem bardzo pesymistycznym. Największym problemem było dla mnie to, że gdy opuściłam szpitalne mury nie mogłam rozstawać się z maseczką. Nawet Adam mnie pilnował! „Bo przecież wszędzie tyle zarazków” – zrzędził jak stara żona, ale jedno trzeba mu przyznać – dawał mi dobry przykład, sam sumiennie nosił maskę.
Gdy przyszłam do szkoły, wszyscy na nas dziwnie patrzyli. Adam wyglądał jak skinhead, jak się zresztą sam śmiał. Ja miałam na sobie chustkę a’la turban. Pierwszą znajomą twarzą, którą zobaczyłam, był mój ksiądz – katecheta. Zawsze na jego lekcjach moja klasa lubiła sobie pożartować, ale też niekiedy pogadać na dość ważne tematy. U nas nie było tematu tabu.
Pogadałam z nim dłuższą chwilę. Widać było, jak się o mnie martwił. O wszystko wypytywał, ale nie było to nachalne pytania, raczej troskliwe. Choć był w miarę młodym księdzem, naprawdę traktowałam go jak przewodnika duchowego.
Mówił, że modli się za mnie odkąd dowiedział się, że zachorowałam. Podziękowałam mu i powoli oddalaliśmy się z Adasiem w stronę sali, w której moja klasa miała właśnie godzinę wychowawczą. Gdy przechodziliśmy obok gazetki ściennej, na której zawsze są wywieszone zastępstwa i inne, bardzo przydatne informacje, z przyzwyczajenia spojrzałam na nią i zobaczyłam ogromną kartkę z prośbą mojej klasy. Od razu rozpoznałam charakter pisma, którym była napisana. Napisała to Justyna, moja zastępczyni, jako klasowej liderki, a ponad to prawdziwa przyjaciółka, z którą gadałam każdego dnia, kiedy byłam w szpitalu.
„Drodzy Uczniowie LO
Wszyscy znamy Paulinę! Kiedy wróci, znów będzie naszym szkolnym psychologiem,
jednak na razie to my możemy pomóc jej!
Mamy zamiar wybrać się do niej i zanieść prezent!
Ktokolwiek jeszcze chciałby złożyć „autograf” w albumie,
prosimy kontaktować się z drugą D-e.
Wszystkim serdecznie dziękujemy!”
Gdy tylko to przeczytałam, zerwałam tę kartkę i wzięłam Adasia za rękę.
- Idziemy! – powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Po chwili staliśmy przed drzwiami klasy matematycznej, w której zawsze odbywały się nasze godziny wychowawcze. Moja klasa nie wiedziała, że przyjdę. Pewnie gdyby wiedzieli, nie znalazłabym tej kartki, ale ja nawet wychowawczyni nie raczyłam uprzedzić.
Zapukałam. Serce waliło mi jak opętane. Adaś objął mnie ramieniem. Zza drzwi usłyszałam głosy swoich rówieśników oraz głośne i wyraźne „proszę” swojej wychowawczyni. Adam chwycił klamkę i otworzył mi drzwi. Sam nie wszedł.
- Dzień dobry – przywitałam się nieśmiało ze swoją wychowawczynią.
Wszystkich jakby zamurowało w jednej sekundzie.
- Dzień dobry, dziecinko… Jak się czujesz? – zapytała po chwili moja wychowawczyni troskliwie.
- Bardzo dobrze. Mam przepustkę, więc pomyślałam, że przyjdę na chwilę do szkoły – oznajmiłam łagodnie. – Przychodzę i co widzę?! Moja własna klasa na mnie spiskuje! – powiedziałam groźnym głosem, choć w duszy się śmiałam i wyjęłam kartkę z kieszeni. – Co to jest?! – zapytałam klasę.
- Pauluś, uspokój się! My ci już wszystko wyjaśnimy, tylko się nie bulwersuj – uspokajał Daniel, nasz klasowy pajac.
- Bo my mamy dla ciebie niespodziankę i chcieliśmy się wybrać do ciebie wszyscy, albo chociaż grupkami i… ale nie wiedzieliśmy… - zaczęła się plątać Patrycja.
- Oj… Wy… A co wy na to, żeby... Ja co prawda na wolności będę tylko do weekendu, bo później dalej szpital, ale zapraszam was za dwa tygodnie – powiedziałam z uśmiechem na twarzy. – Nie będzie problemu, jeśli przyjdą do mnie w czasie lekcji? Bo o szesnastej już nikogo nie chcą wpuszczać do szpitala? – zwróciłam się do wychowawczyni.
- Porozmawiam z panią dyrektor – obiecała mi.

- Mów szybko, jak się czujesz? – poprosiła Angelika, gdy usiadłam na parapecie, jak to u nas było w zwyczaju na lekcjach wychowawczych.
- Już mówiłam, super. Co prawda jadę co prawda na lekach przeciwbólowych, ale jest ktoś, kto pomaga mi w tych najtrudniejszych momentach… - przerwałam, bo przypomniałam sobie, że Adaś teraz czeka na korytarzu.
- Co się stało? – zapytała troskliwie wychowawczyni.
- Mój przyjaciel, który ze mną tutaj przyszedł, nie chciał wchodzić do klasy i teraz jest na korytarzu… A tutaj już dość długo…
- Zawołam go –zaoferowała się Natalka.
Po chwili oboje żegnaliśmy się z moją klasą. Dziewczyny błędnie myślały, że to mój chłopak. Chociaż, w sumie to nie byłby taki zły pomysł, gdyby on tylko zapytał…
Adam
Po wizycie w szkole Pauliny, przyjechaliśmy do jej domu. Tam zjedliśmy obiad, jej mama zrobiła spaghetti. W domu pozwoliłem jej zdjąć maseczkę.
Obiecałem Pauli, że jutro pojedziemy do mnie. Chciałem przedstawić ją jednak swojej rodzince, jako swoją dziewczynę, więc dzisiaj, przy tym obiedzie, ukląkłem przed nią i poprosiłem, aby już dłużej nie wodziła mnie za nos. Ona zgodziła się, ale pod warunkiem, że nasze kontakty się nie zawężą do rozmiarów romansu. Obiecałem, że będę jej chłopakiem, nie przestając być najlepszym przyjacielem. Wtedy po raz pierwszy mnie pocałowała. To było jak najpiękniejszy sen. Z którego w dodatku wcale nie chciałem się budzić…
Po miłym dniu w domu Pauliny, w końcu położyliśmy się spać. Swoją drogą Pauliśka ma fajne łóżko. Takie duże, mosiężne. W dodatku materac nie jest miękki, a raczej wygodnie twardy i zbity. Po tych szpitalnych, to niebo dla kręgosłupa; chociaż u nas w klinice nie można narzekać na warunki…
Tej nocy po raz pierwszy spaliśmy razem. Tak naprawdę!
Cudowne uczucie, żyć ze świadomością, że mimo wyroku, można normalnie żyć. Mam nadzieję, że już niedługo „wyrok” będzie tylko w zawieszeniu. W to wierzę i o to modlę się każdej nocy.
Po cudownej nocy, zasnąłem z przekonaniem, że jeśli nam się nie uda, to komu? Bóg nie może być mściwy tylko za to, że widzi dwoje ludzi, którzy kochają się na zabój!
Obudziłem się dość wcześnie. Dochodziła siódma, gdy wstałem z łóżka. Słyszałem, że pani Monika już krząta się po domu.
Wstałem z łóżka i zszedłem na dół. W kuchni siedziała pani Monika pijąc kawę.
- Dzień dobry – powiedziałem uprzejmie.
- Dzień dobry Adasiu. Jak się spało? – zapytała.
- Bardzo dobrze. O niebo lepiej, niż w szpitalnym łóżku.
- Chcesz śniadanko? – zapytała i już zabierała się do robienia herbaty.
- Dziękuję, ale mógłbym zrobić i zanieść śniadanko Paulince. Strasznie mi schudła tam, w szpitalu.
- Oczywiście. Mogę ci pomóc w jakiś sposób?
- Nie, ale dziękuję.
Zrobiłem jej jajecznicę na szynce. Kiedyś mówiła mi, że uwielbia takie śniadania.
Do tego jeszcze herbatę i bułeczkę z masłem. Gdy jej zaniosłem, ona właśnie się obudziła.
- Dzień dobry – powiedziałem i pocałowałem ją.
- Cudowny początek dnia, kochanie – objęła mnie ramionami.
- Będzie jeszcze bardziej cudowny… Proszę – śniadanko postawiłem na półce nocnej, a sam położyłem się przy niej na łóżku.
Oboje karmiliśmy się nawzajem. Ten poranek należał do tych najprzyjemniejszych. W łóżku leżeliśmy do południa. Później już nie mogliśmy, bo na drugą byliśmy umówieni u moich rodziców. Miała tam być cała moja bliska rodzinka.
I rzeczywiście, byli wszyscy. Przedstawiłem Pauliśkę i w spokoju zjedliśmy obiad. Później poszliśmy do lasu. Pokazałem jej moje ulubione miejsca. Między innymi miejsce, gdzie był nasz domek na drzewie. Weszliśmy do niego i tam przesiedzieliśmy do rana nie nudząc się ani przez sekundę;)
Te kilka dni błogiej sielanki minęły stanowczo zbyt szybko. Nie zdążyłem się wystarczająco nacieszyć się tym, że mam Paulę „na wyłączność”. Widziałem też, jak bardzo cieszy się z tych chwil beztroski. W poniedziałek z samego rana, tuż przed obchodem, byliśmy w klinice. Już teraz nasz doktorek wiedział, że trzeba nam przygotować salę, jak sam to nazwał, małżeńską. Zapytaliśmy go, czy moglibyśmy złączyć nasz łóżka, a ten, bez nawet sekundy zastanowienia się zgodził.
Następnego dnia oboje leżeliśmy podłączeni pod chemię. Przeszedłem w końcu na jej łóżku i pozwoliłem jej oprzeć się o mnie.
- Założymy się? – zapytałem w końcu z uśmiechem.
- O co?
- Załóżmy się o stówę, że przed południem puścisz pawia!
- Zwariowałeś! – w tej chwili miała już odruch wymiotny.
Podałem jej miskę. Ona zwymiotowała.
- I przegrałaś! Płać! – zażartowałem.
- Nie mam pieniędzy! – zbulwersowała się.
- Spoko, zapłacisz w naturze… - nie mogłem się powstrzymać.
- Ty nie za dobrze się czujesz? Bo ja mam ochotę płakać.
- Ja już nie mam siły ani płakać, ani pytać Boga dlaczego… Już robiłem to wszystko. Teraz nie zostało nic innego, jak tylko się śmiać – wyjaśniłem.
- Kocham cię – wyznała.
- Wiem skarbie, ja ciebie też – przytuliłem ją i pocałowałem. – Dlatego… - przyklęknąłem – czy chciałabyś zostać moją żoną? Wiem, że moja białaczka mnie zabija, jednak chciałbym być z tobą do końca życia… Wiem, że nie mogę ci obiecać pięknego, beztroskiego życia. Mogę cię tylko zapewnić, że zawsze będę cię kochał! I nie pozwolę, aby ktokolwiek bądź cokolwiek nas rozdzieliło…
Paulina
Adam oświadczył mi się. Boże jaka jestem szczęśliwa. Szczerze mówiąc nawet w najśmielszych snach nie marzyłam o czymś takim.
- Nigdy nie wierzyłam, że to powiem, ale cieszę się, że jestem chora! Inaczej przecież nie poznałabym ciebie, mój ukochany narzeczony – pocałowałam go najczulej, jak tylko potrafiłam.
Po chwili, gdy leżeliśmy razem na łóżku, wtuleni w siebie, przyszedł do nas pan Robert.
- Cześć. Jak tam się czujecie? – zapytał.
- Super – odpowiedział Adaś, za nas oboje. – Zna pan moją narzeczoną? – zapytał.
- Nie… - zawahał się. – Zaręczyliście się? – zapytał niedowierzając.
- No, tak jakoś wyszło – zaśmiał się Adam.
- Jak to: „jakoś wyszło”? – zapytałam gniewnie.
- No już, już… Nie denerwuj się, kochanie – uspokoił mnie. – Teraz pozostaje nam „tylko” najbardziej niebezpieczne zadanie… - powiedział zarówno do lekarza, jak i do mnie.
- Jakie? – zapytaliśmy równocześnie.
- Musimy powiedzieć o tym rodzicom! I tu przestanie się robić śmiesznie…
- Oj tam, może nie będzie aż tak strasznie? Tylko trochę boję się, jak zareagują moi…
- Mówiłem wyłącznie o twoich. Swoich już dawno oswoiłem z faktem, że będą mieli synową… Moja mama naprawdę cię polubiła, wiesz?
- Chyba to było fałszywe wrażenie… - zaśmiałam się.
- No tak, ciebie nie można „lubić”. Ciebie się kocha…
Tego dnia moja mama nie przyszła. Przyszła natomiast Majka wraz z Filipem. To im, jako pierwszym powiedziałam, że obiecałam Adamowi, że za niego wyjdę. Oni też mieli mi do przekazania pewną wiadomość. Otóż już niedługo miało spełnić się ich marzenie: zastaną rodzicami; ja również zawsze chciałam zostać ciocią.
- Nie powiedzieliście jeszcze mamie o zaręczynach? – zapytała Majka, wcale się nie dziwiąc.
- A jak? – zapytałam.
- A jak ja mam powiedzieć o ciąży? – odpowiedziała pytaniem.
- Wydaje mi się, że tobie będzie jednak ździebko łatwiej, mimo wszystko. Ona już dawno chciała zostać babcią…
- No tak, ale jak ty się wytłumaczysz, naprawdę nie wiem… - siostra poklepała mnie po ramieniu.
- Jakoś to będzie… - pocieszyłam.
- Mam pomysł – odezwał się, dotąd milczący, Filip. – Może byśmy zorganizowali fajną kolację w restauracji szpitalnej. Wtedy i wszyscy by się pomieścili, ale też moglibyśmy, a zwłaszcza wasza mama, poznać lepiej rodziców Adama…
- Super pomysł! Dlaczego same na to nie wpadłyśmy – zapytałam.
- Jednak mój mąż jest z tych myślących facetów – pochwaliła go Majka, śmiejąc się i dając mu buziaka.
Wieczorkiem sobie poszli. Wcześniej wujek przyniósł mi obiadek. Do Adasia też przyszli rodzice z posiłkiem. W międzyczasie odłączyli nam kroplówki. Poprosiłam pielęgniarkę, aby przyniosła mi coś przeciwbólowego, bo strasznie bolała mnie głowa. Ona bez sprawiania najmniejszego problemu po chwili przyniosła mi kroplówkę z tramalem. Przez całą noc pielęgniarki tylko zmieniały mi leki przeciwbólowe. Od rana nie było niestety wcale lepiej. Mimo leków, z każdą chwilą, było jeszcze gorzej. Dopiero wieczorem było troszkę lepiej. Choć ból nie ustąpił całkowicie, stał się znośny, tylko na ketonalu (ta, rzeczywiście, tylko!). Trzy dni później już nie potrzebowałam leków przeciwbólowych. Znów mogłam w miarę normalnie funkcjonować.
I właśnie wtedy mieliśmy iść na tę kolację. Do tego czasu Adasiek podarował mi pierścionek, choć mówiłam mu, że to zbyteczne, on jednak nie darował.
Dzień wcześniej Majka przyniosła mi najpiękniejszą sukienkę, jaką miałam w szafie. Przyniosła mi również kosmetyki, dzięki którym mogłam, w końcu, czuć się piękną kobietą.
To był piątek, więc do szesnastej leżałam, wraz z Adamem, pod chemią. Na szczęście tego dnia nie mieliśmy incydentów w postaci pawi;)
Później trzeba było zacząć się przygotowywać do tego przedstawienia. Adaś ubrał się normalnie – założył jeansy i jakąś tam koszulkę, ale dla mnie on i tak będzie najprzystojniejszym facetem na świecie. Mi przygotowywanie się zajęło troszkę więcej czasu. Jednak już o osiemnastej byłam gotowa.
I poszliśmy. Bałam się, a Adam był moją oazą spokoju.
W końcu weszliśmy do restauracyjki, która mieściła się na parterze szpitala. Wszyscy już tam siedzieli, ale oprócz nich, była tylko jedna kelnerka. Gdy przyszliśmy i usiedliśmy przy stoliku, kelnerka zebrała zamówienia i zniknęła w kuchni. Już po chwili przyniosła zamówienia i zostawiła nas samych. Gdy zjedliśmy, Adam poprosił o chwilę uwagi. Wstaliśmy razem.
- Nie bój się, kotek – poprosił mnie Adaś szeptem, czym mnie rozbawił. – Moi drodzy… Pani Moniko, mamo, tato… Zrobiłem najważniejszy krok w swoim życiu…
- Adaś oświadczył się mi, a ja przyjęłam pierścionek… Mamo, wiem, że to może być dla ciebie niezrozumiałe… Z drugiej strony ty wyszłaś za mąż, gdy byłaś w moim wieku. Więc proszę, uszanuj moją decyzję – skończyłam przemówienie i czekałam na reakcje.
- Jestem z ciebie dumna, kochanie – powiedziała moja mama ze łzami w oczach. – Cieszę się, że chociaż ty ułożysz sobie życie z mężczyzną.
Później jeszcze Majka z Filipem ogłosili mamie, że będzie babcią. Bardzo się cieszyła. Przynajmniej tego dnia zapomniała na chwilę o swoich zmartwieniach. Dni mijały bardzo powolnie. Gdyby nie lekcje i Adaś, zanudziłabym się tam na śmierć. W czerwcu lekarze pozwolili mi odebrać świadectwo osobiście. Dostałam przepustkę (razem z Adasiem) i w piątek na jedenastą pomaszerowaliśmy do mojej szkoły. Nasłuchałam się komplementów, głównie od nauczycieli, którzy nie mogli wyjść z podziwu moich osiągnięć mimo choroby, ale mówili również, że dobrze wyglądam. Gdy odebrałam świadectwo, musieliśmy jechać zaraz do szpitala. Umówiłam się jeszcze z dziewczynami, że niedługo do mnie przyjdą.
Kilka następnych dni z chemią w tle, było dla nas bardzo napiętych. Szukaliśmy najpierw zaproszeń w Internecie, później zrobiliśmy listę gości. Nie wyszło ich dużo – jedynie sześćdziesiąt cztery osoby.
Z racji tego, że jesteśmy w szpitalu, nie zapraszaliśmy niestety osobiście. Nasz ślub odbył się w sierpniu. Wcześniej kupiłam suknię ślubną, zamówiłam wiązankę. Moim świadkiem została Majka, która zadbała o resztę spraw. Jedną z nich była piękna moja fryzurka, oczywiście po chemii nie mam włosów, ale ona zamówiła mi piękną perukę. Ślub był cudowny, byliśmy akurat na trzydniowej przepustce. Swoją pierwszą, małżeńską noc, spędziliśmy w hotelu.
Adam
Dzień naszego ślubu, był najlepszym dniem w moim życiu. Gdy powtarzałem słowa przysięgi małżeńskiej, głos drżał mi ze strachu o moją ukochaną. Gdy mówiłem, że będę kochał ją, aż do śmierci, tak naprawdę miałem świadomość tego, że zawsze będę ją kochał. Bez względu na to, gdzie będę, gdzie ona będzie.
Później musieliśmy wrócić do szpitala. Jednak teraz już, jako małżeństwo. Teraz pan Robert nie miał z czego się śmiać, gdy mówił o sali małżeńskiej.
Gdy wróciliśmy już do kliniki z Paulinką zaczęło się dziać coś niedobrego. Zauważyliśmy to, gdy pierwszy raz straciła przytomność. Robert zdecydował, że trzeba koniecznie powtórzyć badania.
Okazało się, że nowotwór, mimo chemii, cały czas się powiększa. Wtedy zdecydowali, że trzeba włączyć naświetlania, a następnego dnia neurochirurdzy znów mieli operować moją żonę.
Bałem się, jak cholera; ale lekarze dali mi słowo, że wszystko będzie dobrze. Wraz z Majką i moją teściową, pocieszaliśmy się nawzajem, siedząc i czekając na jakiekolwiek wieści z sali operacyjnej. Gdy, w końcu, skończyli, powiedzieli nam, że guz był niewiarygodnie duży, dlatego wycięli tylko 1/3 jego objętości. Reszta należy już do radiologów i onkologów. Szczerze mówiąc, odniosłem wrażenie, że mówią nam tak, jakbyśmy mieli prosić o cud…
Kilka następnych dni nie odzyskiwała przytomności, a ja czuwałem przy niej ile tylko mogłem. Była na OIOM–ie.
W końcu wybudziła się i wszystko zaczęło wracać do normy, miała coraz więcej siły, a dwa razy w tygodniu jeździła na naświetlania i trzy razy miała podawaną chemię. Już wszyscy myśleliśmy, że teraz już będzie coraz lepiej…
Paulina
Już byłam jedną nogą po drugiej stronie. Choć wszyscy twierdzą, że nie mogłam nic słyszeć, ja jednak wiem swoje! Każdego dnia, kiedy przychodził do mnie Adaś, ja słyszałam i chciałam otworzyć oczy, tylko nie miałam tyle siły… Teraz dziękuję mu za to każdego dnia… Znów mam podawane leczenie onkologiczne… Adasiowi lekarz dzisiaj powiedział, że jest na najlepszej drodze do remisji, bardzo cieszymy się oboje. Ja kompletnie nie mam ostatnio siły… Nawet na naświetlania nie dam rady przejść tych paru kroków do windy… Czuję, że coś złego się dzieje…
Adam
REMISJA!!! Czyż to nie jest najpiękniejsze słowo świata? Boże, jak ja długo na to czekałem! Mam ogromną nadzieję, że to już jest ostatnia… Że już więcej nie będę musiał tutaj wracać na leczenie… Teraz będę tu codziennie z Pauliśką i będę jej dawał przykład, że nawet raka można pokonać!
Paulina
Coraz gorzej się czuję. Jestem coraz słabsza. Lekarze dają mi coraz bardziej agresywną chemię. Ale coś mi się wydaje, że przegram… Nie chcę tego mówić głośno, ale coraz ciężej mi oddychać. Coraz szybciej się męczę… Dzisiaj „przeprowadziłam się” do jednoosobowej sali i jestem pod stałym nadzorem;) Jestem pod monitorami, które pokazują rytm mojego serca…
Adam
Pauliśka ma coraz mniej siły… Widzę, że sili się na uśmiech, ale coraz jej ciężej. W dodatku jeszcze coraz gorzej znosi terapię. Mam nadzieję, że już niedługo to się ustabilizuje… i wyjdziemy stąd razem, szczęśliwi…
Paulina
Całymi dniami tylko śpię. Budzą mnie tylko, jak trzeba się zgrzebać na naświetlania. Chemioterapia mnie wykańcza. Ale wytrzymam! Przecież mam dla kogo żyć.
Zaraz przyjdą do mnie Adaś i rodzice… Mam tylko nadzieję, że nie będzie dzisiaj nieproszonych gości, w postaci pawi ;)

Adam
Gdy przyszliśmy do Pauli, ona znów spała podłączona do kroplówki przeciwbólowej w ręce i z chemią w broviak’u. Gdy tak na nią spojrzałem, ukazał mi się istny anioł. Spała tak spokojnie, jakby nic się nie działo.
W końcu się obudziła… Widać było, że strasznie ją boli, jednak ona dzielnie twierdziła, że wytrzyma.
Paulina
To już koniec… wiem, że umrę! Nie dbam o to, że choroba mnie zabija! Musiałby stać się jakiś cud, abym wyzdrowiała. Ale nie będę zabierała Adamowi nadziei, za bardzo go kocham.
Teraz chcę z nim spędzać jak najwięcej czasu.
Adam
Pauliśka ma coraz mniej siły, a w dodatku coraz bardziej ją wszystko boli. Już poprosiła lekarzy o coś mocniejszego od tramal’u. Dali jej plastry z morfiną. Próbujemy spędzać jak najwięcej czasu razem.
Paulinka poprosiła mnie pewnego wieczoru, było to dokładnie dwunastego listopada, abym został z nią na noc. Wiedziałem, że coraz gorzej się czuje…
Poprosiła mnie w nocy, abym się do niej położył.
- Obiecujesz mi, że jeśli odejdę, będziesz szczęśliwy? – zapytała, bardzo poważnie ze łzami w oczach.
- Ale gdzie odejdziesz? Kochanie… bez ciebie nie mam szans być szczęśliwy! Rozumiesz, nie potrafię przeżyć bez tlenu. Moim tlenem jesteś ty – głaskałem ją po głowie i przytulałem ją.
Ona poprosiła mnie, abym się do niej położył na łóżko. Oczywiście, położyłem się. Całowała mnie… Mam wrażenie, że już przeczuwała, że zbliża się nieuniknione…
Leżałem, obejmując ją, a ona zasnęła. Spała tak spokojnie… Około północy poprosiła o jeszcze jeden plaster morfiny… A już około czwartej przestała oddychać. Wcześniej poprosiła mnie tylko, abym był szczęśliwy i abym zaopiekował się jej rodzicami. Zapewniała, że idzie w bezpieczne miejsce i przygotuje mi tam miejsce…
Tydzień później odbył się pogrzeb mojej żony. Mojej jedynej, najwspanialszej miłości. Po raz pierwszy w życiu płakałem.
Dziś minęło już pięć lat odkąd ona odeszła. Ja już więcej nie miałem wznowy. Jestem uznany za wyleczonego. Bardzo brakuje mi Pauliśki, jednak powoli uczę się życia bez niej.
Codziennie, po pracy, chodzę na cmentarz do niej. Choć minęło już tyle lat, ja wciąż pamiętam jej oczy, którymi patrzyła na mnie tak czule; usta, którymi mnie całowała… Choć już nie ma jej ciałem, wiem, że patrzy na mnie z góry i uśmiecha się do nas… Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, w tym lepszym świecie.

Koniec
Statystyki:

Ocena: 0 (+0,-0)
Kategoria: Miłość
Odsłony: 93
Komentarze: 0
Dodany: 22.12.2011 10:58
Edytowany: nigdy
Avatar
stokrotka354 Status

Oceny

Plus
Brak
Minus
Brak

Komentarze

Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany! Zaloguj się, aby dodać komentarz oraz aby ocenić publikację.
Podoba Ci się ta publikacja? Kliknij:

Lista obecności

Emilia, Serena, Szczurek, zetka oraz 12 gości.
Polonistycznie.info to portal przeznaczony dla osób, które interesuje poezja w każdej formie. Znajdziesz tu przeróżne wiersze - m.in. wiersze miłosne, smutne wiersze, czy wiersze o przyjaźni. Gdy zatrzymasz się na dużej natrafisz na niejeden erotyk, który wywoła u Ciebie pozytywne emocje. Gdy zapragniesz odmiany i nieco innego rodzaju twórczości, wystarczy, że zajrzysz do kategorii wiersze dla dzieci. Już dziś zarejestuj się w Polonistycznie.info - portal literacki.