Wyłącz reklamy

Opowiadania / Miłość

Romans na stoku

"Życie jest największym skarbem, jaki masz, nie zmarnuj go!" - to słowa mojego ukochanego fizjoterapeuty, który podtrzymał mnie na duchu, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Nazywał się on Piotr Komorowski i był najlepszym mężczyzną w moim całym życiu. Gdy go poznałam byłam małą, bo sześcioletnią, dziewczynką. Można by powiedzieć, że bałam się wszystkiego. Jednak już wtedy miałam za sobą bardzo silne przeżycia jak operacja, a w jej wyniku również strata sprawności fizycznej.
Zabieg jak tysiące innych - wycięcie niegroźnego, bo niezłośliwego guza mózgu, naczyniaka jamistego, który był podobno bardzo duży. Właściwie mało pamiętam sprzed operacji. W mojej pamięci zachowały się jedynie strzępki chwil z tamtego okresu, gdy byłam sprawna i cieszyłam się życiem.
Jednak nie poddałam się i po zabiegu chciałam żyć jak większość dzieciaków w moim wieku. Dorastałam, a wraz ze mną także moja ciekawość świata. Największą zasługę ma w tym moja siostra bliźniaczka - Karolina. To ona pokazała mi, że nie ma sensu chować się za swoimi beznadziejnymi, grubymi, czterema ścianami.
Nigdy nie zapomniałam niestety o człowieku, który (moim zdaniem) zrobił ze mnie osobę niepełnosprawną.
Każdego roku w dzień rocznicy zabiegu, który zrobił ze mnie niepełnosprawną, nie było wstępu do mojego królestwa rozpaczy, które było w moim pokoju. Tego dnia musiałam być wyposażona w tonę bezów, hektolitry coli i kilogramy czekolady, co tworzyło razem niezłą mieszankę. Jednak tego dnia pozwalałam sobie niemal na wszystko. Na co dzień byłam bardzo pedantyczna i raczej poukładana, jednak tego dnia pozwalałam sobie na chwilkę zapomnienia. Tak, więc mój pokój w tym dniu wyglądał raczej jak pobojowisko.
Jednak jedenastą rocznicę moi przyjaciele postanowili, że spędzę nieco inaczej - pojadę z nimi na narty. Na początku nie chciałam się na to zgodzić, szczerze mówiąc miałam nadzieję, że mój neurochirurg, pod którego kontrolą byłam cały czas, będzie miał takie samo zdanie na ten temat. Jednak on odesłał mnie do fizjoterapeuty, który powiedział, że nie będzie dla mnie lepszej rehabilitacji, niż właśnie ten sport. Więc po długich namowach, spakowałam grzecznie torbę podróżną i pojechałam z przyjaciółmi w polskie Tatry - do Zakopanego.
Pierwszego dnia, gdy poszliśmy wypożyczać narty, zapytałam, czy znają tam jakiegoś dobrego instruktora jazdy - a oni odesłali mnie od razu do szkółki narciarskiej, a tam wynajęłam instruktora. Okazał się nim Wiktor Rawski, wysoki brunet o równie wysokim stopniu inteligencji, gdyż, na co dzień studiował on medycynę. Tylko na zimę przyjeżdżał w góry, aby pomóc stryjowi w prowadzeniu szkółki. Bardzo to lubił, a ja polubiłam jego. Powiedział, że na co dzień mieszka w Warszawie i również tam studiuje, rzecz jasna na UW.
Ja również mieszkam w stolicy, przeprowadziłam się tam, gdy moi rodzice dowiedzieli się o mojej chorobie. Teraz chodziłam do prywatnego liceum ogólnokształcącego, z którego każdy absolwent bez problemu dostawał się, gdzie tylko sobie wymarzył. Ja również miałam w planach jeden z najlepszych uniwerków w Polsce. W moim wypadku nic innego, jak tylko Warszawski, nie wchodziłby w grę. Za to chciałam dostać się na jeden z najbardziej obleganych i chyba najbardziej elitarny kierunek - Prawo.

- Paulina - przedstawiłam się instruktorowi, gdy byliśmy już na stoku. - Mam nadzieję, że nauczy mnie pan, chociaż podstaw jazdy - zażartowałam.
- Oj, chyba nie będzie aż tak źle?
- Muszę tylko pana uprzedzić, że mam niedowład prawostronny i niestety jeszcze do tego spastykę... - Powiedziałam - Jeśli wie pan, o czym mówię - dodałam po chwili niepewnie.
- Tak wyszło, że studiuję medycynę i kończę fizjoterapię, więc nieco o tym wiem.
- Nieco? - zaśmiałam się.
- Może troszkę więcej - on również się śmiał. - Poza tym, nie mów do mnie per "pan", proszę. Wiktor! - przedstawił się i podał dłoń, abym mogła podjechać do wyciągu.
Na górze dał mi wskazówki jak jechać. Pojechał pierwszy, tyłem do stoku, aby mieć mnie na oku. Przy pierwszym zjeździe wywróciłam się niezliczoną ilość razy; ale za każdym razem mogłam liczyć na uprzejmą pomoc Wiktora. Jednak, gdy wjechaliśmy tam po raz drugi, przewracałam się dużo rzadziej.
Po kilku godzinach jeździło nam się już dużo lepiej. Co prawda byłam już zmęczona, jednak nie chciałam przerywać nauki. O godzinie szesnastej wyłączone były już wszystkie wyciągi, więc i my o tej porze zjechaliśmy ostatni raz.
- To co, widzimy się jutro? - zapytał mnie Wiktor, gdy byliśmy już na dole.
- Jak to: jutro? Bardzo chętnie, tylko, że nie mam tyle kasy, więc to niemożliwe.
- Czy ktoś tu mówił o pieniądzach? - udał dezorientację. - Jutro mam wolne w szkółce, więc jeśli masz ochotę, pojeżdżę z tobą już nie, jako instruktor, ale jako znajomy, który troszkę lepiej jeździ, ok?
- Nie śmiałabym... - zaczęłam, ale niedane mi było skończyć.
- Odmówić - dokończył za mnie. - Bo jeśli tak, stwierdzę, że jesteś niewdzięczna i nie chcesz mi, chociaż tak, podziękować - zaśmiał się. Wyczuł mój najczulszy punkt.
- To szantaż! - stwierdziłam, a on tylko pokazał mi swój piękny, hollywoodzki uśmiech.
- Masz rację, wiem jednak, że inaczej byś się nie zgodziła.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytałam podejrzliwie.
- Znam wiele kobiet. Mam nawet siostrę, więc co nieco o was wiem.
- To nie fair! - wypaliłam.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Bo ja brata nie posiadam i nie mam pojęcia, co powinnam teraz zrobić - odpowiedziałam głupio.
- Moim skromnym zdaniem, powinnaś się zgodzić.
- W takim razie: zgoda! Jutro o ósmej!
- Będę czekał - powiedział. - Bo warto! - dodał szeptem, twierdząc, że tego nie słyszę.
Speszyłam się, jednak nie dałam tego po sobie poznać. On pocałował moją dłoń i pomógł odpiąć narty.
Gdy weszłam do domku, który wynajęliśmy na termin pobytu, dziewczyny nie dały mi nawet zdjąć kurtki. Od razu naskoczyły na mnie i chciały dowiedzieć się wszystkiego - jakby było czego!
- Ale czego wy chcecie? No, miałam instruktora, a on jak każdy inny... - nie bardzo wiedziałam, z czego mam im się spowiadać.
- Jak każdy inny? Proszę cię! Wyglądał jak milion dolców! - wystrzeliła Agata, która nigdy nie przebierała w słowach.
- Nie wyrażaj się tak o Wiktorze, proszę. Poza tym on nie jest w twoim typie - powiedziałam.
- Dlaczego? Wyglądał całkiem - całkiem...
- Zanudziłabyś się przy nim. Studiuje medycynę, straszna nuda! - ziewnęłam lekceważąco.
- Sporo o nim wiesz - zauważyła Magda.
- Bo z nim gadałam! Dajcie spokój! - zdenerwowałam się tym przesłuchaniem.
- Czego chcieć od Paulinki? Przecież ona jako jedyna z nas nie ma chłopaka. Niech się dziewczyna zabawi! - powiedziała Karolina, a ja podziękowałam jej wzrokiem spaniela. Ona zawsze wie, co powiedzieć, w końcu jest moją bliźniaczą siostrą. - Mam nadzieję, że się z nim umówiłaś. - powiedziała moja własna siostra, którą dotąd traktowałam jak najlepszą przyjaciółkę.
- Musiałam - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Moja siostra w końcu przejrzała na oczy i zauważyła, że są na świecie inni mężczyźni niż pan Kibard. Gloria i alleluja! - zaśmiała się.
- Przestań śpiewać psalmy, przecież już dawno się z tym uporałam. Zapomniałaś? Widziałam jeszcze pana Piotra!
- No tak, ale pan Piotr już wtedy miał chyba ze sto lat i raczej nie zaliczał się do ciasteczek - zauważyła Karola. Zaśmiałam się, gdy tylko wyobraziłam sobie scenę z panem Komorowskim w roli głównej.
Dla sprostowania napiszę, że Karolina nie musiała przechodzić przez całe to piekło. Ona cieszy się sprawnością, a w badaniach, które jej przeprowadzano, gdy zachorowałam, nie wykryto żadnych malformacji naczyniowych. Jednak była ze mną właściwie cały czas, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Ona też tego potrzebowała. Zawsze byłyśmy sobie bardzo bliskie; dzieliłyśmy się wszystkimi troskami i radościami, nawet tymi najbardziej błahymi.

Następnego dnia już za kwadrans ósma byłam przy stoku, a tam czekał na mnie już Wiktor.
- To co, gotowa do jazdy?
- Oczywiście, zwarta i gotowa! – zaśmiałam się.
Tego dnia jeździliśmy znów do zamknięcia stoku.
Tak było przez następnych kilka dni. Codziennie spotykaliśmy się rano. Pewnego dnia, po zamknięciu stoku, zaproponowałam, aby Wiktor zjadł ze mną i z moimi przyjaciółmi kolację. Oczywiście zrobiłam ją sama, była nią potrawa mało wykwintna, ale miałam pewność, że mi przynajmniej wyjdzie. Nigdy nie byłam dobrą kucharką, więc zrobiłam coś, co wychodzi mi zawsze – tarte z owocami. Kolację jedliśmy wszyscy – zarówno ja i Wiktor, jak i moi przyjaciele.
Gdy moja siostra poznała Wiktora, wydał jej się sympatyczny, ale stwierdziła, że z kimś jej się kojarzy, tylko nie umiała powiedzieć do kogo jest podobny.
Wtedy i mnie olśniło – on jest podobny do mojego „jakiegoś” znajomego! Tylko, że ja też nie potrafiłam powiedzieć do kogo.

Wtedy nastał ten dzień, o którym pisałam na początku – rocznica zabiegu. Na ten poranek nie umawiałam się nawet z Wiktorem, bo wiedziałam, że to nie ma sensu.
W tym dniu stwierdziłam, że mam najlepszą (?) siostrę, jaką można mieć.
Otóż już chyba na wspólnej kolacji powiedziała Wiktorowi, że ja w ten dzień, będę nie zdatna do życia.
Nawet się z nim nie umawiałam na narty.
Gdy w kalendarzu widniał 23 stycznia, ja, po przebudzeniu i stwierdzeniu, że nic nie ma sensu oraz, że ten „potwór” jest najgorszym człowiekiem, jakiego świat widział (i że chyba Bóg sobie zadrwił posyłając go tutaj) wstałam z łóżka (było to około godziny 12. 30), zawiązałam leniwie szlafrok i poszłam do kuchni, aby zrobić sobie coś do jedzenia (czyt. przygotować miskę bezów i wyjąć z lodówki colę). Miałam ogromną nadzieję, że ten dzień spędzę w spokoju sama. Niestety, na nadziei się obeszło, gdyż, gdy tylko zeszłam na dół, powitał mnie radosny śmiech mojej siostrzyczki i bas męskiego głosu. Od razu go rozpoznałam – niestety, był to Wiktor. Nie chciało mi się już tam iść, lecz właśnie w tej chwili wychylił się z drzwi i oznajmił:
- Piękny dzień mamy, ubieraj się, idziemy na spacer! – zaćwierkał.
- Ja nigdzie nie idę! Nie wiem, co ci naopowiadała Karolina na mój temat, ale ja, dzisiejszy dzień mam ochotę przespać. Zrozumiano? – zapytałam zarówno Wiktora, jak i Karolinę.
- O nie, moja droga, obiecałam mamie, że Cię dopilnuję! – zagrzmiała moja siostra.
- Nic nie musisz pilnować… Ani nikogo! Jestem już dużą dziewczynką… A z resztą jestem od ciebie starsza, gówniaro! – powiedziałam to w sumie z rozbawieniem, chociaż wcale nie było mi do śmiechu.
- Paula, co ty na to, żebym cię tylko zabrał do parku, byśmy się przespacerowali, a później mogłabyś leżeć i nie zawracałbym ci dupy, co ty na to? Proszę cię tylko o tę jedną rozmowę – powiedział Wiktor bardzo łagodnym głosem.
- Tylko jedna rozmowa? Bez podtekstów? – zapytałam podejrzliwie.
- Tylko jedna rozmowa – potwierdził. - Obiecuję! – położył rękę na sercu.
- No… W ostateczności mogę się zgodzić!

Szybko się ubrałam i wyszliśmy z domu.
Od samego początku, gdy tylko zobaczyłam, że on jest u nas, wietrzyłam jakiś podstęp.
Poszliśmy do parku, ja nigdy nie lubiłam zimy, ale tam, w górach jest zimą pięknie. Te wszystkie zaśnieżone ścieżki, drzewka i stoki gór. Coś cudownego.
- O czym chciałeś gadać? Mówiłeś coś o rozmowie… - chciałam zagaić temat, bo nużył mnie już ten spacer w ciszy.
- Zanim się obudziłaś, rozmawiałem z Karolcią… - zaczął.
- Ooo… No, kontynuuj! – powiedziałam, przeklinając ją w duchu.
- Rozmawialiśmy o tobie – oznajmił, jakbym była głupią blondynką.
- Domyśliłam się, że nie o ładnej pogodzie. Co ci już o mnie naściemniała?
- Mogłabyś mi powiedzieć, w jaki sposób stałaś się niepełnosprawna? – zapytał prosto z mostu. – Oczywiście, jeśli jest to dla ciebie zbyt osobiste pytanie, to nie odpowiadaj!
- Nie, spoko, już się pogodziłam z tym, że dla ludzi zawsze będę sensacją… - powiedziałam zrezygnowanym głosem. – Więc… pewien dupek, czy lekarz, nazywaj go jak chcesz, spieprzył mi coś w mózgu, i ot, cała historia – powiedziałam nieco rozzłoszczona, chociaż nigdy wcześniej nie miałam problemu z mówieniem o tym.
Przytulił mnie, a ja nie miałam nic przeciwko temu. Co więcej, ja również się w niego wtuliłam. Potrzebowałam tego. Miał ładne perfumy, spodobały mi się.
Gdy dalej spacerowaliśmy, pociągnął mnie jeszcze bardziej za język. Powiedziałam mu o wszystkim, podświadomie czułam, że jest dobrym słuchaczem i umie słuchać.
- …i wtedy Kibard… - nie potrafiłam opanować łez, a słowa nie chciały przechodzić mi przez gardło.
- Wróć! – zbystrzał. – Kto? – zapytał ze zdziwieniem.
- Ten debil, co mnie operował… - wyjaśniłam.
- Ale jego nazwisko… Możesz powtórzyć? – zapytał.
- Kibard – powiedziałam z pogardą.
- Krzysiek Kibard? – zapytał ze zdziwieniem.
- Skąd go znasz, do cholery? – zapytałam zdziwiona, a w oczach zapaliły mi się iskierki.
- Tak się składa, że to mój ojciec – zaśmiał się.
- O w dupę jeża! – wrzasnęłam, a gdy zorientowałam się, co zrobiłam, zakryłam usta dłonią. – Ale jak? Przecież ty masz inne nazwisko i w ogóle… - byłam bardzo zdenerwowana i nie dopuszczałam do siebie myśli, że on może być spokrewniony z moim największym wrogiem, z człowiekiem, który chciał mnie zabić.
- Nazwisko mam po mamie, bo ona nie była jeszcze jego żoną, gdy mnie urodziła, teraz już zresztą też nie jest, ale to insza inszość! – zaśmiał się. – Co nie zmienia faktu, że jestem jego synem.
- Odkąd cię poznałam, twoje oczy z kimś mi się kojarzyły, ale za chińskiego boga nie mogłam sobie przypomnieć z kim.
- To już teraz wiesz! – zaśmiał się.
- Jeśli jesteś jego synem, nie możemy się spotykać! – powiedziałam ze śmiertelną powagą.
- Co to za dziwne teorie? – zapytał przestraszony.
- Wiktor, on mnie zranił. I nie chodzi tu wyłącznie o sam zabieg… Przepraszam, że mówię tak ogólnikowo, ale, proszę, nie każ mi przeżywać tego jeszcze raz – ledwo panowałam nad swoimi nerwami.
- Dobrze. Jest ok. Nie musisz mi nic więcej mówić. Domyślam się, co się wtedy stało… - powiedział ze zrozumieniem i przytulił mnie po przyjacielsku. – Potrzebujesz rozmowy z nim? – zapytał, a raczej stwierdził.
- Nie. Tu nie o to chodzi – stwierdziłam. – Przecież i tak, to nie przywróci mi sprawności!
- Nie – odpowiedział szczerze. – Ale będzie ci lżej! – stwierdził.
- Kiedyś próbowałam mu wybaczyć – powiedziałam. – Niestety, choć tak bardzo tego pragnęłam, nie dałam rady!
Dalej szliśmy w milczeniu, ale ta cisza nie była krępująca. Po prostu nie potrzebowaliśmy już słów… Wiedział, że nie chcę mówić już więcej o tym. To był dla mnie wtedy zbyt trudny temat.
On chwycił moją dłoń, a ja się nie opierałam.
Odprowadził mnie do domu. Pożegnałam się z nim i weszłam do mieszkania.
- I jak tam, siostrzyczko? – zaatakowała mnie Karola, gdy tylko weszłam.
- W sumie może być… - powiedziałam, jakby od niechcenia.
- Widzę, że Wiktor jednak nie jest idealnym poprawiaczem twoich humorków! – powiedziała zrezygnowana.
- Sorry, ale mówiłam ci przecież, że to na nic! Poza tym jest coś, o czym nie wiesz – przyznałam się w końcu.
- Coś ciekawego? – zapytała.
- A ja wiem…
- Czyli cholernie ciekawe! Dawaj!
- Nie wiem, czy mogę ci o tym powiedzieć…
- Ja wiem, że tak!
- Okej, ale obiecaj, że będziesz mnie kryła przed rodzicami!
- Robi się coraz bardziej ciekawie… Mów!
- Nie powiedział ci wszystkiego, gdy z nim rozmawiałaś rano?
- Jak widać, nie.
- Wiktor postanowił, że zabierze mnie do Kibard’a.
- A jakim cudem go teraz znajdziecie? Przecież to już tyle lat. Nie wiadomo, czy on jeszcze pracuje w tym szpitalu…
- Też mu tak tłumaczyłam… A on na to, że nie będzie problemu…
- To już teraz kompletnie nic nie rozumiem!
- Okazało się, że szanowny pan doktorek jest jego kochanym tatusiem! – powiedziałam to ohydnym, przesłodzonym głosem i udałam, że mnie zemdliło od tej słodyczy.
- Zajebiście! – zachwyciła się Karolcia, jakby to była najlepsza wiadomość jaką w życiu usłyszała. – Daj mi numer do Wiktora. – poprosiła, a raczej zażądała.
- Nie. Nie będziesz mnie obgadywać! – wykrzyknęłam.
- Spoko, poczekam do jutra! Sam tu przyjdzie.

Rzeczywiście, następnego dnia był u nas z samego rana (tak koło jedenastej). Zanim zeszłam na dół, Karolina zrobiła mu, sobie i dla mnie kawę. Normalnie, zanim mi zrobi, to się nagada, że mi nie wolno, że ja nie mogę podnosić sobie ciśnienia, bo i tak nie wiadomo, co tam w tej mojej głowie się czai.
Tego dnia była „jak do rany przyłóż”, ale zanim weszłam do salonu, gdzie oni siedzieli, wiedziałam, że plotkowali o mnie. Nie myliłam się.
- Paula, Wiktor za trzy dni jedzie do Warszawy. – oznajmiła mi moja siostra.
- No i co w związku z tym? A my za cztery, bo akurat wtedy kończą nam się ferie, jeślibyś zapomniała. – nie widziałam w tym jakiegokolwiek logicznego związku.
- No właśnie w tym rzecz. Może skróciłabyś sobie pobyt tutaj, skoro i tak nie będziesz miała instruktora… - nie dałam jej jednak dokończyć.
- Co takiego? Już chcesz mnie opchnąć? No, po wszystkich mogłabym się tego spodziewać, ale po własnej siostrze? – zapytałam oburzona.
- Nie, pojechalibyśmy razem – wtrącił się Wiktor.
- Ale mimo wszystko nie widzę w tym logicznego sensu! Po co? – zapytałam.
- Bo w piątek chciałbym abyś poszła ze mną do ojca. – powiedział w końcu.
- Nie ma szans! Nie pójdę z tobą do Kibard’a! Nigdy w życiu! Ani z nikim innym. On dla mnie nie istnieje! – oburzyłam się.
- Cholera jasna, Paulina! – zaklęła Karolina. – Musisz! Bez tego nigdy się nie uwolnisz od tego poczucia beznadziejności!
- To nie jest takie łatwe, jak wszystkim na około się wydaje! – wykrzyknęłam, a filiżanka z kawą wylądowała na podłodze obok moich stóp, rozbijając się na setki części. Wściekłam się i w jednej chwili bardzo mocno spięły mi się mięśnie prawej ręki i nogi. Zaklęłam bardzo głośno.
- I widzicie, co narobiliście?! – zapytałam ich z wściekłością w głosie i nie czekając na odpowiedź pokuśtykałam do swojej sypialni.
Słyszałam, jak jeszcze gadają, ale byłam za bardzo wściekła, żeby cokolwiek zrozumieć. Gdy weszłam do pokoju, położyłam się na łóżku i z bezsilności zaczęłam łkać w poduszkę.
W końcu, z wyczerpania, zasnęłam.

Gdy się już obudziłam, nie słyszałam nic, jakby wszyscy wyszli z domu i zostawili mnie samą. To nie zdarzało się często, zwłaszcza po tym, jak stwierdzono u mnie padaczkę. To znaczy po pierwszym ataku, który zdarzył się dwa lata wcześniej.
Gdy zeszłam na dół zobaczyłam w kuchni karteczkę do mnie, zaczęłam czytać:
Paulinko,
wyszłam razem z Wiktorem na dworzec kupić bilety. Zaraz wracamy.
Karolcia
P.S. Zrób się na bóstwo, bo o dwudziestej idziemy na imprezę.
- Jak to, o ósmej? – spojrzałam na zegarek, na którym widniała już 19. 45; w tej chwili do domu weszła roześmiana Karolina wraz z Wiktorem.
- No, czemu ty jeszcze nieogarnięta? – zapytała, gdy zobaczyła moje rozczochrane włosy.
- Taki mój nowy image! – chciałam się zaśmiać, ale wtedy przypomniało mi się, że Wiktor chce mnie zabrać do Kibard’a, bez mojej zgody.
- Dobra, dobra masz dwadzieścia minut! – oznajmiła mi. – Potem wychodzimy! I nie chcę słyszeć sprzeciwu!
- Nie chce mi się nigdzie iść z wami, zdrajcy!

W końcu dałam się przekonać. Wiktor zabrał nas do baru, gdzie był tego wieczoru konkurs karaoke. Śpiewali różni ludzie, ja również zawsze lubiłam śpiewać, więc dałam się zaciągnąć na scenę bez większych sprzeciwów. Wylosowałam akurat piosenkę, która jest mi bardzo bliska, właśnie ze względu na warszawski szpital i pana doktora Kibard’a. Piosenka nosi tytuł: „Ups, I did it again” i w oryginale jest śpiewana przez Britney Spears. Jestem pewna, że Karolina powiedziała Wiktorowi o mojej przeszłości dotyczącej tej piosenki, a on się postarał i poprosił didżeja o wylosowanie jej. Nie chciał dać mi zapomnieć. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Nienawidzę was! – szepnęłam tylko, gdy zobaczyłam, jaki tytuł widnieje obok mojego nazwiska na tablicy.
- Idź, nie marudź! – powiedziała Karola, a ja jej oczywiście posłuchałam. Mimo wszystko uwielbiałam tę piosenkę.
Śpiewałam, właściwie nie patrząc na tekst. Po co? Przecież i tak znam go na pamięć.
Gdy śpiewałam nie przejmowałam się niczym. A już naprawdę „zwisało mi” czy Wiktor na mnie patrzy. Gdy już skończyłam rozległy się potężne oklaski. Chyba podobałam się publiczności. Cieszyłam się z tego, niestety moje ciało coraz częściej teraz oznajmiało mi, że to ono nade mną rządzi.
Po raz kolejny już w moim życiu, dostałam napadu. Z tego, co mi później opowiadała Karolina, wyglądało to strasznie. Straciłam przytomność i zaczęło mną potrząsać. Wiktor natychmiast podbiegł do mnie. Odwrócił mnie na plecy i wiedział, że nie można nic więcej robić, trzeba czekać. Trzymał moją głowę w czasie, gdy Karola dzwoniła na pogotowie. Gdy zjawiła się karetka, ja zdążyłam się już ocknąć.
Lekarz jednak nie dał się przekonać i chciał wziąć mnie do szpitala, aby sprawdzić, czy na pewno nic mi nie jest. Tam zrobiono tomografię komputerową. Na szczęście nic się nie stało. Wszystkie z tych moich „bomb” jak nazywał naczyniaki jeden z moich lekarzy były nieprzerwane, nie krwawiły. Bynajmniej na to wyglądało na zdjęciach z tomografii. Medyk oczywiście dał mi zalecenie, abym gdy tylko przyjadę do domu, skonsultowała się ze swoim neurologiem bądź neurochirurgiem.

Następnego dnia od rana się zbieraliśmy. Pociąg mieliśmy już o 13, więc musieliśmy się obudzić dość wcześnie. Na dworzec zawiózł nas wujek Wiktora.
Kilka godzin później wysiedliśmy z pociągu zmęczeni. Jednak polska kolej nie ma się czym poszczycić. Pojechaliśmy (tzn. mnie musieli ciągnąć na siłę) na przedmieścia Warszawy, gdzie mieściło się Centrum, szpital, który był dla mnie najgorszym wspomnieniem, jakie mogłam sobie tylko wyobrazić.
- No, i po co to? On pewnie i tak mnie nie pozna. Przecież ma tylu pacjentów i w ogóle… - nie chciałam tam iść. Bałam się tego.
- Mogę cię zapewnić, że pamięta cię. Wczoraj do niego dzwoniłem i o to pytałem – powiedział Wiktor.
- I po co? – naskoczyłam na niego.
- Po to, że musi ci wszystko wyjaśnić. Przecież sama tego chciałaś! Nie pamiętasz? – Karolina przejęła inicjatywę przekonywania mnie.
- Owszem, chciałam! Ale to było już dawno temu… Zrozumcie mnie w końcu, boję się! – ledwo nad sobą panowałam. Nie chciałam płakać w obecności Wiktora, ale głos mi się załamywał i czułam, że już jest mi coraz ciężej oddychać, a to oznaczało tylko jedno – nie dam już rady opanować łez.
Wiktor przytulił mnie. Jego zapach działał uspokajająco i upajająco, jak narkotyk. Powoli doprowadził mnie do budynku i pchnął drzwi. Przywitał się z szatniarzem, u którego zostawiliśmy okrycia wierzchnie i poszliśmy do windy. Nie musieliśmy na nią długo czekać. Właściwie, jakby na nas tylko czekała.
Jednak Wiktor nie wcisnął „piątki”, jak mi się na początku wydawało, ale poziom „-1”. Tam, o ile dobrze pamiętałam, mieścił się oddział rehabilitacji neurologicznej, na którym spędziłam dwa miesiące swojego życia.
- Czy ja o czymś nie wiem? – zapytałam ich zaskoczona.
- Nie no, przecież chciałaś iść jeszcze kiedyś do swoich rehabilitantów. A sama na pewno byś się nie zebrała. – odpowiedziała Karolina, a ja popatrzyłam na nich „spode łba”.
- Czy teraz każde moje słowo będziesz brała na poważnie? Skąd w tobie taka zmiana?
- Idź. Nie marudź – powiedziała, gdy otworzyły się drzwi windy.
- Dzień dobry, panie Marku – przywitał się Wiktor z fizjoterapeutą, który przechodził akurat korytarzem.
Ten tylko coś burknął pod nosem.
- To Mareczek? – zapytałam. – Ten, od nauki chodzenia?
- Miałaś z nim kiedyś przyjemność? – zapytał ze współczuciem.
- Wątpliwa to przyjemność, ale owszem, miałam – zaśmiałam się.
- To co, idziemy do pana Komorowskiego? – zapytał w końcu. – Czy najpierw chcesz iść do pani Miodowskiej?
- Pani Miodowska? Znam? – zapytałam głupio.
- Pani Wanda Miodowska. Ta od gimnastyki i usprawniania ogólnego…
- Aa… to mów po ludzku. Jasne, że chcę. Nie widziałam jej już sto lat.

Byłam z panią Wandą „sam na sam”. Nie od razu mnie poznała, jednak nie minęła dłuższa chwila, kiedy sobie mnie przypomniała. Uścisnęła mnie, skomplementowała moją figurę i ogólnie nie mogła wyjść z podziwu, że tak dobrze się wyrehabilitowałam.
Upierała się, abym napiła się z nią herbaty. Zgodziłam się, ale już pół godziny później przyszedł po mnie Wiktor.
- Chodź maleńka. Idziemy, ojciec już skończył zmianę, jeszcze tylko się przebierze i możemy iść.
- Nie możemy jeszcze iść. Muszę iść jeszcze teraz do pana Piotra! – upierałam się.
- Wiktor? Co ty tutaj robisz? – zapytała pani Wanda.
- A tak przyszedłem z Paulą, bo sama nie zebrałaby się chyba nigdy.
Gdy już wyszliśmy z gabinetu od pani Miodowskiej, zadałam Wiktorowi pytanie:
- Skąd ona cię zna? – zdziwiłam się.
- Kiedyś pracowałem tutaj jako wolontariusz. Oczywiście na oddziale u ojca, ale czasami zjeżdżałem też tutaj, z naszymi małymi pacjentami.
- A pan Piotr też cię zna? – zapytałam.
- Pan Komorowski? Gdybym jeszcze trochę tutaj popracował, wydaje mi się, że zaproponowałby mi wspólne picie… Zaznaczam, że wtedy jeszcze nie miałem nawet osiemnastu lat…
- On zawsze był taki! Mój dziadziuś – zaśmiałam się.
- Poważnie tak na niego mówiłaś?
- Nie, ale z racji na wiek, mogłabym chyba, co?
Gdy poszliśmy do pana Piotra, miło zdziwiło mnie powitanie z jego strony.
Najpierw przywitał się ze mną, jako dżentelmen pocałował moją dłoń. Wiktorowi dłoń uścisnął.
Siedzieliśmy w jego gabinecie. Chciał, abym pokazała mu, jak wyćwiczyłam tę dłoń przez te lata. Oczywiście, że się pochwaliłam. Przewalałam koraliki, chociaż nie szło mi tak dobrze, jak bym chciała, szło mi jednak dużo lepiej niż lata temu. Pan Komorowski nie omieszkał opowiedzieć Wiktorowi jaką byłam nieznośną, małą złośnicą. Wiktor oczywiście śmiał się, gdy sobie to wszystko wyobrażał. Co chwilę patrzył na mnie i nie mógł opanować śmiechu.
- Panie Piotrze, już! Dość! – powiedziałam rozzłoszczona, ale rozbawiona kolejną anegdotą.
Przesiedzieliśmy tam do trzeciej po południu. Później przyszła do niego pacjentka, mała, przestraszona blondyneczka z mamą. My już też musieliśmy się zbierać. Tata Wiktora (jakoś nie chciało do mnie dojść, że to może być ten sam człowiek, który rozwalił mi życie) właśnie skończył dyżur i dzwonił do niego.
- Już wychodzimy ze szpitala, tato – powiedział Wiktor.
Gdy się rozłączył, odezwałam się do niego.
- Gdzie jest Karolcia?
- Na korytarzu, ale już możemy iść.
- Dziękuję za miłą rozmowę – powiedziałam do pana Piotra i przytuliłam go.
- Wpadaj do nas, kiedy tylko chcesz. Jesteś tu zawsze mile widziana.
- Dziękuję – powiedziałam jeszcze raz. – Do widzenia – pożegnałam się i wyszliśmy.
Usiadłam obok swojej siostry na korytarzu.
- To co dziewczyny, chodźcie! – zaświergotał do nas zadowolony Wiktor.
- Ja nigdzie nie idę! – postanowiłam.
- Nie bądź dzieckiem. Proszę cię, siostra. Już nigdy nie będziesz miała takiej okazji – tłumaczyła Karolina.
- Obiecaj, że będziesz przy mnie i jakby co, dasz mu w twarz, oczywiście, gdybym ja nie mogła… - poprosiłam swoją siostrę, która się tylko zaśmiała. Po chwili dołączył się do niej też Wiktor.
- Wiktor, boję się twojego taty… - wyznałam w końcu.
- On nie jest groźny – zaśmiał się. – Poza tym posypały mu się zęby, więc nie będzie gryzł – oznajmił. – Chyba… - dodał, po czym zaczął się śmiać, jak głupi do sera.
- Dzięki. Ty wiesz, jak zmotywować.
- Do usług! Zawsze i wszędzie – zaśmiał się raz jeszcze i weszliśmy do windy. Niestety, ta „podróż” trwała stanowczo zbyt krótko. Nie zdążyłam zapytać Wiktora nawet, czy pan doktor bardzo się zmienił.

Gdy byliśmy na górze, na oddziale neurochirurgii, przeszła obok nas grupka lekarzy. Gdyby Wiktor ich nie zatrzymał, nie domyśliłabym się, że wśród nich może być Kibard. Szli, wymieniając się jakimiś anegdotkami i śmiejąc się.
- Tato! – powiedział w końcu Wik. – To właśnie Paulina, ta twoja pacjentka sprzed lat… - wskazał na mnie, a ja się lekko zarumieniłam.
- Och, Pauluś, jakże mógłbym zapomnieć tak piękną dziewczynkę, jaką była moja malutka Paulinka? – zapytał retorycznie.
- No, bez przesady, nie byłam znowu już taka malutka… - odezwałam się. Nie miałam śmiałości skomentować słowa „moja”.
On zaprowadził nas do swojego gabinetu, który mieścił się na samym końcu korytarza. Tam, gdzie przed jedenastoma laty. Tylko, że teraz zmieniła się tabliczka na drzwiach. Pan doktor „dorobił się” docentury i, co ważniejsze, wyższego stanowiska. Był dyrektorem medycznym tego oddziału.
- Gratuluję awansu – powiedziałam i chciałam, aby to zabrzmiało jak najbardziej szczerze.
Podziękował i zaproponował coś do picia. Byłam tak podekscytowana tą wizytą, że aż mi zasychało w gardle. Zastanawiało mnie tylko jedno: dlaczego on się w ogóle nie zmienił? Przez tyle lat powinno być widać jakieś oznaki starzenia się, a on, jakby nigdy nic… Te jedenaście lat nie zrobiło na nim nawet małej zmiany. I dalej miał te zniewalające perfumy. Mnie osobiście doprowadzały one do euforii. Ich zapach… Pachniały właśnie doktorem Kibard’em. Nikim innym. Do nikogo innego ten zapach po prostu nie pasował.
Bardzo długo z nim rozmawiałam. Płynęły potoki łez, jednak cały czas był przy mnie Wiktor, który przytulał mnie w tych trudnych momentach, gdy lekarz opowiadał o tym wszystkim. Jak bardzo on sam się bał o moje życie. Nie chciał, aby cokolwiek się działo. Podobno nie mógł sobie wybaczyć tego, jak bardzo poczułam się skrzywdzona.
W pewnym momencie pomyślałam sobie w duchu, „a co mnie to wszystko obchodzi? To, że on nie mógł sobie z tym poradzić? Ale to przecież moje życie zostało zrujnowane!” I nie byłabym sobą, gdybym o tym nie powiedziała.
Nie pamiętam już, jakich konkretnie słów użyłam. Pamiętam jednak, że były one bardzo wyraziste. Gdyby nie Wiktor, rzuciłabym mu się wtedy do gardła. Niestety, Wiki mnie powstrzymał.
Poszliśmy na „marszałkowską”. Musiałam odreagować.
Karolcia kupiła bezy, niestety tam, w centrum nie mają coli, więc musiałam się zadowolić świeżo wyciskanym soczkiem, który swoją drogą był pyszny.
Usiedliśmy przy jednym ze straganów, przy którym były krzesełka i stoliki.
- Przyjdziecie do mnie na imprezę? – zapytał Wiktor.
- Ja nie mogę! – zanim Karolina cokolwiek powiedziała, ja już oponowałam.
- Czemu? – zdziwili się oboje.
- Mam dzisiaj jeszcze rehabilitację – odpowiedziałam, mijając się z prawdą.
- Dzisiaj?
- Tak, umówiłam się jeszcze na dzisiaj – Karolina wiedziała, że kłamię.
Karolina nie mówiła nic więcej. Poprosiła Wiktora o numer telefonu i pożegnała się z nim. On odwiózł nas do domu.
Gdy tylko weszłyśmy, Karolcia mnie zaatakowała.
- Ej, siostra, co jest? – zapytała.
- Nic – odpowiedziałam tylko, bo nie miałam najmniejszej ochoty wgłębiać się w szczegóły.
- O nie, tak łatwo się nie wykręcisz. Rodziców nie ma, więc nie masz na to najmniejszych szans.
- Oj, po prostu nie chciałam tam iść, ok? – zapytałam z wielkim oburzeniem.
- Chodzi o pana Kibard’a? – Karolina nigdy nie wypowiedziała się o nim źle czy z odrazą, z którą ja mówiłam o nim, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja.
- Nie o „pana Kibard’a”, tylko o tego popaprańca, który spieprzył mi życie.
- Nie mów tak na niego, bo gdyby nie on… - przerwałam jej.
- Nie baw się w mamę, proszę cię. Wiem, powinnam mu dziękować do końca życia, bla, bla, bla! – miałam tego dość.
- Pomyśl o tym z drugiej strony. Tej bardziej drastycznej. Gdyby on cię nie operował, nie byłoby ciebie! Nie przeżyłabyś tylu pięknych chwil… - widać było, że nie ma już siły tłumaczyć mi tego po raz kolejny.
- I tylu beznadziejnych! Niestety, ich było więcej!
- Paula, cholera jasna! – wrzasnęła Karolina i tym „postawiła mnie do pionu”. – Dzwonię po chłopaków.
- Będziemy pić? – zapytałam z wielką nadzieją w głosie.
- W sumie, to czemu nie? – zapytała retorycznie. – Może w taki sposób chociaż opuszczą cię te głupie myśli.

Rzeczywiście, Karolina zadzwoniła po naszych przyjaciół. Był wśród nich także jej chłopak.
Zorganizowałyśmy imprezę. Chłopcy przynieśli alkohol, my przygotowałyśmy jakieś jedzenie. Na szczęście rodzice zostawili nam jedzenie jak przynajmniej dla pułku wojska.
Tej nocy już o jedenastej nie wiedziałam, gdzie jestem. Chłopcy zadbali o to, abym zapomniała o wszystkich swych zmartwieniach. I faktycznie – zapomniałam, nawet następnego dnia o nich nie pamiętałam. Wtedy moim największym zmartwieniem stało się to, że głowa mnie niemiłosiernie bolała.
- I co, zapomniałaś? – zapytał mnie następnego dnia chłopak Karoliny, Bartek.
- Nie rozumiem dlaczego tak krzyczysz! – powiedziałam szeptem, a głowa mi pękała.
- Słabą masz główkę, słabiutką! – stwierdził z politowaniem.
- Naprawdę nie możesz pół tonu ciszej? Człowieku, zaraz mi łeb pęknie! – w tej chwili do kuchni, w której siedzieliśmy, weszła Karolina.
- Mam coś dla ciebie, siostrzyczko – zaświergotała. Wyjęła z torby na zakupy kefir, polopirynę i jakiś apap czy ibuprom.
- Kocham cię! – odpowiedziałam.
- Wiem, wiem! – Wzięłam leki i łyknęłam kefiru. Pół godziny później czułam się jak nowonarodzona.
I wtedy właśnie pojawił się on – Wiktor.
- Co ty tu robisz? – zapytałam od razu, gdy go zobaczyłam.
- Stoję – odpowiedział zwyczajnie. – Mam coś dla ciebie – powiedział i wyciągnął z plecaka red bula.
- Chcesz się wkupić? Raczej ci się nie uda. Nie u mojej siostry – zasygnalizowała mu Karolinka, jak ona mnie dobrze zna, skubana.
- To nie moja wina, że ten lekarz jest moim ojcem – oznajmił nam w końcu. – W końcu rodziców się nie wybiera!
- No, masz rację. Ale ja nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nigdy! – wystrzeliłam. – Rozumiesz? Boję się go!
- I to kolejny powód, dla którego powinnaś się z nim spotkać. Inaczej to cię wykończy – oznajmił w końcu Wiktor.
- Paula, Wiktor ma rację. Być może tak byś się z tym w końcu, raz na zawsze uporała? To może być twoja jedyna szansa. Poza tym kiedyś tak sama mnie zamęczałaś, czy z tobą do niego pojadę. Teraz masz okazję! Proszę, nie zmarnuj jej! – wiedziała, że tak zagra na moich emocjach, niczym na trąbce.
- Okej, ale wy jedziecie ze mną! I nie chcę słyszeć sprzeciwu! I jeszcze jedno. Nie chcę, aby to spotkanie było w szpitalu!
- Okej! – zgodził się Wiktor. – To gdzie? Może w moim mieszkaniu? – zaproponował.
- Nie mieszkasz razem z nim? – zapytałam zaskoczona.
- Nie. Co prawda dopiero niedawno się wyprowadziłem, ale już się nawet urządziłem…
- Robiłeś już parapetówkę? – zapytała od razu ochoczo Karolcia.
- Jeszcze nie, ale wy się pierwsze o tym dowiecie, obiecuję! – powiedział i wpadł na „genialny” pomysł. – To jest myśl! – powiedział do Karoli. – Może właśnie parapetówka to dobry pomysł na spotkanie. Neutralny grunt, poza tym on, mam nadzieję, nie przyprowadzi swojej „partnerki” i będzie git! – powiedział o swojej macosze z odrazą.
- Widzę, że bardzo lubisz swoją nową „mamusię” – zaśmiałam się.
- Ta, uwielbiam – zaśmiał się. - Zwłaszcza, że jest tylko pięć lat starsza ode mnie. Przebywam z nią tylko od wielkiego święta. I to też nie dłużej niż godzinę, bo mogłaby mnie wyprowadzić z równowagi… - nie mówił tego jednak z jakimś wstrętem. Mówił to normalnie, bez większych emocji.

Mijały dni. Wrócili nasi rodzice, a my wróciłyśmy do szkoły. Wiktor cały czas się z nami spotykał, nawet zaczynał mi się podobać. Miło mi się z nim rozmawiało, rozśmieszał mnie swoimi żartami. Po prostu dobrze mi się z nim gadało. Pewnego dnia przyjechał po nas do szkoły.
- To co, spadamy? – zapytał.
- Skąd się tu wziąłeś? – zapytałam.
- Przyjechałem po was – odpowiedział, niby zwyczajnie.
- To jedź z Wiktorem, bo ja się jeszcze z Bartusiem umówiłam – powiedziała do mnie Karolina.
- Wytłumaczysz ją przed waszymi rodzicami? – zapytał Wiktor, gdy już wsiadłam do samochodu.
Swoją drogą, bardzo fajny miał samochód – Czarną Toyotę Rav4. Zawsze te samochody mi się podobały. Moja pierwsza myśl, gdy tylko go zobaczyłam w tym samochodzie, to „pewnie tatuś mu kupił”.

- Chodzą pogłoski, że jutro masz osiemnaste urodziny… - chciał zacząć rozmowę.
- Pogłoski? – zapytałam podejrzliwie. – Czy te „pogłoski” nazywają się może Karolina Miłowicz? – zaśmiałam się.
- Oj, nie ważne, jak się nazywają. Ważny jest sam fakt twoich urodzin.
- Czy ty mi coś insynuujesz? – zapytałam podejrzliwie.
- Jutro piątek, więc może wyskoczylibyśmy do baru, opić to święto?
- To zaproszenie?
- Owszem.
- Więc czemu nie? Pod warunkiem, że z nami pójdzie też Karolina z Bartkiem.
- Okej! – zgodził się ochoczo.
- Czy tutaj jest jakiś haczyk? – zapytałam podejrzliwie.
- No skąd? Nigdy w życiu.
- A Karolina wie, że chcemy jutro „wyskoczyć”?
- Wie. Wszystko już z nią ustaliłem. Wasi rodzice też już są uprzedzeni.
- Dlaczego ja o wszystkim dowiaduję się ostatnia? – zapytałam niczym mała, rozkapryszona dziewczynka.
On położył dłoń na mojej dłoni. Zamarłam na sekundę.
- No, to ja lecę do domu – powiedziałam, gdy stanął na naszym podjeździe. Chciałam pocałować go w policzek, jednak on odchylił się tak, że „trafiłam” na usta. Nie przestawał mnie całować. Był cudowny, delikatny, ale za razem stanowczy. Taki, o jakim zawsze marzyłam.
- Dobra, to ja polecę! – zarumieniłam się, gdy się od niego „oderwałam”.
- Kocham cię – wyznał, gdy już chciałam otwierać drzwi.
Nie miałam odwagi wyznać mu tego samego, choć to właśnie czułam. Myślałam, że to sen, że zaraz to wszystko pryśnie, niczym mydlana bańka.

- I co tam, siostra? – zapytała od wejścia Karolina.
- Kiedy gadałaś z Wiktorem o naszych urodzinach?
- A, jakoś w tygodniu – machnęła ręką. – Koniecznie chciał zrobić coś dla ciebie...
- Tak, i dlatego właśnie zaprasza nas na picie? – zapytałam.
- Na picie, powiadasz? – zaśmiała się.
- Tak, ale ciiii… - przyłożyłam palec do ust. – A, i masz wziąć też Bartka.
- Wiem przecież. Ty nadal nie domyślasz się, co on chce zrobić?
- Nie – powiedziałam lekceważąco. – Cokolwiek by zrobił… - nie skończyłam, bo wiedziałam, że Karolina zna moje uczucia, mimo wszystko.
- Co by zrobił? – zapytała Karola, gdy tylko zrozumiała o co mi chodziło.
- Ma zajebiste perfumy – powiedziałam wulgarnie.
- A coś więcej? – czekała na szczegóły.
- Pocałował mnie! – powiedziałam oburzona.
- Nie podobało ci się? – zapytała podejrzliwie.
- Było… - zawahałam się.
- No? Czekam na szczegóły! – ponagliła mnie.
- Cudownie… Fenomenalnie… Bosko! – powiedziałam w końcu.
- Cieszę się, Pauluś! – przytuliła mnie.

Wieczorem przyjechali nasi rodzice. Gdy Karolcia oznajmiła im, że jutro obie wychodzimy na imprezę, zdziwili się, bo ja nigdy nie „paliłam się” do imprez, oficjalnie nawet nigdy na takiej nie byłam.
Nie mówiła jednak, że idziemy z Wiktorem.
Od południa już przygotowywałam się do wyjścia, Karola od razu mówiła, żebym ubrała się wygodnie i dość ciepło. Mówiła, że może nie co prawda jest już kwiecień, ale noce są zimne. Nie wiedziałam o co jej chodzi, ale zastosowałam się do jej słów. W końcu stanęło na tym, że założyłam czarne jeansy, różową, w miarę elegancką bluzkę bez ramiączek i czarny sweter.
Wiktor, tak jak Bartek, przynieśli po bukiecie róż. Wiktor przyniósł moje ulubione – różowe. Nie wiem, co jest w tym kolorze, że tak bardzo mi się podoba; a Bartek Karolci przyniósł białe, jej ulubione.
Po chwili wyszliśmy. Tak jak się spodziewałam – przyjechali dwoma samochodami – Wiktor Toyotą, a Bartek swoim Passatem.
Wsiedliśmy i pojechaliśmy.
- Właściwie, gdzie jedziemy? – zapytałam, gdy wyjechaliśmy z „naszej” drogi.
- Niespodzianka, mam nadzieję, że ci się spodoba.
Pół godziny później wyjechaliśmy z miasta.
- O Boże, gdzie mnie wywozisz? – zapytałam ze sztucznym przerażeniem.
- Spoko, za chwilkę będziemy na miejscu – uspokoił mnie Wiktor, a prawą dłoń położył powyżej mojego kolana…
Nie protestowałam. Podobało mi się to, że widział we mnie kogoś więcej niż tylko niepełnosprawną osobę bez płci.
W końcu przyjechaliśmy. Było to 4 kilometry od Warszawy – u Wiktora na działce. Chłopcy rozpalili ognisko. Wtedy dowiedziałam się, że Wiktor, którego uważałam za wzór zdrowego trybu życia (w końcu medycyna, ojciec lekarz itd.), pali papierosy.
Bawiliśmy się doskonale. Polały się hektolitry alkoholu. Chłopcy już po północy nie wiedzieli, gdzie są i tylko poukładałyśmy ich do snu. My same posprzątałyśmy na działce i same też poszłyśmy spać.
Następnego dnia obudziliśmy się wszyscy w południe. Płeć brzydka oczywiście obudziła się z niewiarygodnym kacem – gigantem. Nas nie bolały nawet głowy.
Zajęłyśmy się więc naszymi biednymi chłopcami, którzy, tego dnia, wyglądali, jakby przejechał ich walec drogowy. Wieczorem, gdy już troszkę wydobrzeli, odwieźli nas do domu.
Tej nocy oficjalnie zostałam dziewczyną Wiktora.

Kilka następnych tygodni wlokło się niemiłosiernie. Zrobiło się ciepło; coraz częściej nie chciało nam się siedzieć w szkole. Po pierwszym czerwca coraz rzadziej nas tam widziano. Dużo bardziej wolałyśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, w otoczeniu Wiktora i Bartka. Oni nie chodzili na wykłady, tylko Wiktor czasami się wyłamywał, bo miał jedne ćwiczenia, których nie mógł sobie odpuścić. W przyszłym roku miał zacząć robić doktorat z neurologii.
Po zakończeniu roku szkolnego Wiktor zaprosił mnie na obiad wraz z jego ojcem. Nie bardzo chciałam się zgodzić, w końcu ten człowiek nie należał do moich największych przyjaciół. Po długich namowach i po tym, jak stwierdził, że nie wytrzyma w towarzystwie tylko swojego ojca i wybranki jego serca, zgodziłam się. Ten obiad miał się odbyć następnego dnia w domu lekarza. Bałam się jak zareaguje na mnie pan Kibard.
Umówiliśmy się, że Wiktor przyjedzie po mnie o czternastej. Bałam się, że będę niestosownie ubrana, w końcu nie miałam pojęcia dlaczego na ten obiad Wiktor zaprosił również mnie.
Dom pana Kibard’a mieścił się niedaleko szpitala, w którym pracował. Zachwycił mnie jego ogród. Był piękny, wielki i kolorowy. Gdy weszliśmy do domu, Wiktor wziął mnie za rękę i pomaszerowaliśmy do jadalni.
Obiad minął w bardzo miłej, rodzinnej atmosferze. Już nie miałam za złe panu Kibard’owi jak bardzo mnie skrzywdził. Po co mam się boczyć na ojca miłości swojego życia? On chciał być tylko miły, chyba…
Zresztą byłam bardzo ciekawa (tak jak Wiktor – on też nie wiedział) dlaczego zorganizowali taki uroczysty obiad. Nie tylko my tam byliśmy. Miałam okazję poznać siostrę Wiktora – Emilkę, jego szwagra Artura oraz trzyletnią siostrzenicę – Wiktorię.
Po obiedzie dowiedzieliśmy się w końcu co było powodem tak uroczystego przyjęcia. Otóż pan Kibard oświadczył się swej wybrance i zaplanowali już datę ślubu na 22 lipca tego roku. I chcieli, aby jego dzieci – Wiktor i Emilka byli ich świadkami.
Widziałam, że Wikuś przekonał się (może jeszcze nie do końca, ale jednak) do swojej macochy. Do tej pory zwracał się do niej (jeśli już zaszła taka konieczność) bezosobowo, teraz jednak już coraz częściej zwracał się do niej po imieniu.
- Ciebie również nie może zabraknąć na tym ślubie – powiedział do mnie pan Kibard. Byłam bardzo zmieszana i mogłabym przysiąc, że się zaczerwieniłam.
- Oczywiście, że przyjdziemy razem – odpowiedział Wiktor, w zamian za co posłałam mu mordercze spojrzenie.

Gdy Wiktor podwiózł mnie do domu, dałam mu spontanicznego buziaka w usta. On przytrzymał mnie przy sobie. Całował mnie coraz bardziej namiętnie i zachłannie. A ja, tylko w pierwszej chwili się mu opierałam, jednak później już sama oddałam się chwili namiętności. Podobało mi się to. Wtedy właśnie ktoś (czyt. moja ukochana siostrzyczka) musiał zapukać w szybę samochodu.
Gdy zobaczyła, że od siebie odskoczyliśmy, otworzyła drzwi od strony pasażera.
- Wam nie za dobrze? – zapytała.
- Wyobraź sobie siostrzyczko, że nie – oznajmiłam i przysięgam, że gdyby wzrok mógł zabijać, ona by tam padła.
Po chwili pożegnałam się z Wiktorkiem i obiecałam sobie, że gdy tylko znajdę się z siostrą w domu, zrobię jej nieziemską awanturę.
- Czy ja kiedykolwiek wam przeszkadzałam? – zapytałam ją z wyrzutem, gdy tylko weszłyśmy do domu.
- Ale w czym, bo nie bardzo zrozumiałam pytanie? – zaśmiała się.
- W pożegnaniu – powiedziałam z wyrzutem.
- Nie, ale my nigdy nie całowaliśmy się aż tak w samochodzie Bartka.
- No tak… Po prostu nie chciałaś, żeby rodzice nas nakryli? – odgadłam z nieudawanym rozbawieniem.

- Przecież rodziców już nie ma – powiedziała moja siostrzyczka, a ja już cieszyłam się jak dziecko.
- I na ile pojechali? – zapytałam z nadzieją.
- Jeśli się dobrze złoży, to do końca wakacji ich nie będzie – zaćwierkała.
- Ale zostawili nam kasę? – zapytałam – Na jedzenie, oczywiście – dodałam.
- Jasne, na żarcie, pijaczko jedna! – od razu podchwyciła temat.
- Nie kombinuj – poprosiłam – ale fakt, będzie trzeba zrobić imprezę, ale dopiero po tym ślubie tatusia Wiktora – przerwałam – cholera, właśnie, muszę iść po kieckę! – przypomniałam sobie.
- No dobra, jutro możemy iść, jeśli masz kasę – powiedziała moja miłosierna siostra.
- Właśnie w tym problem, że nie mam…
- A planujesz mieć?
- Wikuś chce mi „zafundować” tę kieckę – powiedziałam – ale ja chyba nie mogę się na to zgodzić? Nie chcę, żeby sobie pomyślał… cokolwiek!
- Oni zawsze za dużo myślą – stwierdziła Karolcia – w dodatku tylko o jednym! – dodała, śmiejąc się. Ja, gdy to usłyszałam, również parsknęłam śmiechem.

Następnego dnia, tuż po śniadaniu przyjechał po mnie Wikuś. Karolina chyba zdradziła mu, że nie ma naszych rodziców, bo zaproponował mi, żebym tej nocy spała u niego. Na razie się z tym nie zgadzałam. Wywinęłam się tym, że do wieczora to jeszcze sporo czasu, a ja na razie nie mam czasu o tym myśleć.
Pojechaliśmy po zakupy. Najpierw pojechałyśmy z Wikim po „spożywkę”. On nawet sam zaproponował nam pomoc. Gdy zrobiliśmy zakupy (oczywiście alkoholu również nie mogło zabraknąć na naszej liście), pojechaliśmy do Arkadii na poszukiwania „sukienki moich marzeń” – jak nazwał ją Wiktor.

W centrum handlowym byliśmy już pół godziny później. Nie wiedziałam jaką sukienkę chcę, wiedziałam natomiast, jakiej absolutnie nie chcę.
Nie chciałam nic wyzywającego ani nic, czym zwróciłabym na siebie uwagę. Znalazłam w końcu coś dla siebie. Była to sukienka „za kolanko” z dekoltem w serek i w kolorze czarnym z wielkimi, białymi grochami. Karolina z Wiktorem tylko pokiwali przecząco głowami, kiedy ja weszłam (a raczej wbiegłam) do tego sklepu.
Moja siostra pomogła mi ją przymierzyć. Niestety, ja sama bym tego nie dokonała. Kiedy byłam właściwie w samej bieliźnie, do przymierzalni wpadł Wiki. Wrzasnęłam z przerażenia.
- To tylko ja – powiedział zwyczajnie i uniósł ręce w geście niewinności.
- Tylko? – zapytałam oburzona.
- Pauluś, proszę. Kocham ciebie…
Zaczął obejmować moje plecy. Karolcia wyszła z przymierzalni pod głupim pretekstem szukania dla mnie czarnej kopertówki. Wiktor schodził z dłońmi coraz niżej. Zaczął całować moje usta, szyję. Rozpiął sukienkę.
- Ej, co robisz? – zapytałam podniecona.
- Jak to, co? Kocham cię!
Dalej zdejmował moją kieckę. Gdy uporał się z nią, nadszedł czas na stanik. Zdjęłam mu koszulkę. On sam rozpiął swoje spodnie i je zdjął. Kochaliśmy się. Byłam podniecona. On również, bo widziałam, jak na niego działam…

Gdy wyszliśmy z przymierzalni zobaczyłam, że mam na głowie „artystyczny nieład”. Zawstydziłam się i ulizałam włosy. Wtedy podeszła do nas Karolcia z ładną, czarną torebką. Dałyśmy Wiktorowi sukienkę oraz kopertówkę, a same wyszłyśmy ze sklepu.
Później poszliśmy do kina. Właśnie zaczynał się maraton filmów o tematyce miłosnej. Filmy skończyły się około północy.
- Może nie jedźmy już do ciebie? – poprosiłam Wiktora.
- Dlaczego? Przecież się umówiliśmy… - był zawiedziony.
- Dlatego, że moich rodziców nie ma i moglibyśmy spać u mnie.
Postawiłam na swoim. Zostaliśmy u mnie. Zrobiłam kolację przy świecach. Później Wiki zaproponował wspólny prysznic. Było cudownie. Chyba nie muszę pisać, co się tam działo ;)
Gdy wyszliśmy spod strug wody, Wiktor założył na moje ramiona satynowy szlafroczek, ale zanim to zrobił scałował kropelki wody z moich sutków. Odsunęłam go od siebie, bo usłyszałam kroki Karolci zbliżające się do mojej łazienki. Nie chciałam, aby usłyszała nas i nasze podniecenie. Założyłam swojemu mężczyźnie bokserki i wyszliśmy z łazienki.
Ta noc należała do nas. Gdy rano obudziliśmy się, byliśmy pełni energii i podniecenia. Jednak tego dnia nie było już czasu na czułości, gdyż był to 22 lipca - dzień ślubu pana Kibard’a. Rano wyprasowałam sukienkę, wzięłam akcesoria, które miałam przygotowane na ślub i pojechaliśmy do Wiktora. Było to około południa, za godzinę miałam już jechać do fryzjera, a później do kosmetyczki, gdzie byłam umówiona z Emilką. Dzień przeleciał mi bardzo szybko. Po wyjściu z salonu kosmetycznego, musiałyśmy jeszcze odebrać kwiaty.
Około siedemnastej wpadłam do mieszkania, przebrałam się i wyszliśmy z domu. Wiktor zachwycał się moim wyglądem. Weszliśmy do kościoła. Pan Krzysiek wraz z Moniką siedzieli przed ołtarzem. Razem wyglądali cudownie. Wiktor „załapał się” do czytania Hymnu o miłości.
Gdy młodzi wypowiadali słowa przysięgi, ja oczyma wyobraźni, widziałam swój ślub. Swój i mężczyzny mojego życia – Wiktora. Po mszy pojechaliśmy wszyscy na salę weselną. Zjedliśmy obiad, później był pierwszy taniec, który wyglądał zjawiskowo.
O północy, jak na niemal każdym polskim weselu, były oczepiny. Miałam to nieszczęście złapać welon panny młodej. Oczywiście Wiktor prawie umierał ze śmiechu.
- Będziemy następni - szepnął mi do ucha, gdy dziewczyny zapinały mi welon. Później pan Krzysiek rzucał swoją muszkę. Wiki, który się ze mnie tak śmiał, sam ją złapał. Teraz to ja miałam ubaw. W czasie naszego tańca, Wiktor szeptał mi czułe słówka.
- Kocham cię, wiesz? – zapytał szeptem i w czasie, gdy jeszcze tańczyliśmy, całował moje usta. Wszyscy na nas patrzyli. Ta noc była bardzo krótka. Tańczyliśmy niemal cały czas. Wesele skończyło się około czwartej nad ranem. Wiktor odwiózł mnie taksówką do domu. Rano, gdy już się wyspałam, przyjechał po mnie. Pojechaliśmy do niego, a tam zrobił spaghetti. Nie wiedziałam, że jest tak dobrym kucharzem.

Kilka dni błogiej sielanki minęło bardzo szybko. Później była parapetówka u Wiktora. Byli tam wszyscy nasi znajomi – jego i moi. Poznałam przyjaciół Wikiego. Gdy tańczyliśmy walca wiedeńskiego, osunęłam się Wiktorowi w ramiona – zemdlałam. Cholernie się przestraszył. Niestety, był tam również jego ojciec, który bez najkrótszej chwili wahania, zdecydował się zabrać mnie do centrum.
Zawieźli mnie na rezonans. Gdy technicy opisali zdjęcia, ja byłam już przytomna, aczkolwiek nie do końca wszystkiego świadoma. Trochę czasu potrwało, zanim sobie uświadomiłam, gdzie jestem. W tym czasie Wiki wiózł mnie już wózkiem inwalidzkim na neurochirurgię. Wylądowałam na sali przy samym gabinecie pana Kibard’a. Była już tam cała moja rodzinka. To znaczy moi rodzice i Karolcia. Był tam również ojciec Wiktora.
- Co się stało? – zapytałam lekarza.
- Zemdlałaś i z tego, co widziałem w rezonansie znów rozlał ci się jeden z naczyniaków – powiedział niby służbowym głosem, ale jednak miałam wrażenie, że zrobiło mu się przykro.
- Ale który? Panie doktorze, czy to znaczy, że znowu…
W oczach zaczęły zbierać mi się łzy. Gdy siedziałam na łóżku, Wiktor przytulił mnie i pozwolił, aby moje łzy wsiąkały w jego koszulkę. Chłopak gładził moje włosy i szeptał czułe słówka tak długo, aż w końcu odpłynęłam do krainy Morfeusza. Obudziłam się godzinę później. Wiki cały czas trzymał mnie w swoich ramionach, on również przysypiał. Chłopak wytłumaczył mi wszystko na spokojnie. Okazało się, że rozlał się guz, który jest bardzo blisko blizn z pierwszej operacji. Niestety, okazało się również, że bardzo trudno będzie go niestety usunąć, jednak lekarze nie mogą zostawić w moim mózgu. I tak właśnie poinformował mnie o konieczności przeprowadzenia kolejnego zabiegu neurochirurgicznego.
- Okej – powiedziałam, gdy już to sobie przetrawiłam – ale co będzie, jeśli coś się nie uda?
Wiktor od razu przeklął mnie za to czarnowidztwo. Powiedział, że wszystko będzie dobrze.
- Nie kłam! – rozkazałam. – Boję się – przyznałam w końcu łamiącym się głosem.
- Będę przy tobie cały czas – obiecał.
Jeszcze tego samego wieczora pan Kibard jeszcze raz wytłumaczył mi wszystko od samego początku. Powiedział również, że zabieg będzie wykonywany w pozycji pionowej za pomocą neuronawigacji.
- GPS – a mi wstawicie? – zapytałam roześmiana, mimo powagi sytuacji.
On też się roześmiał. Jeszcze chwilkę pogadał ze mną, a później:
- Dobranoc. Jeszcze za chwilę przyślę do ciebie Wiktora z jakimiś lekami uspokajającymi, okej? – zapytał.
- Dziękuję panie doktorze – powiedziałam i bezsilnie opadłam na poduszkę.
- Pośpij sobie, to ci dobrze zrobi – poradził lekarz i wyszedł z sali.
Nie dane mi było jednak zasnąć, gdyż już kwadrans później przyszedł Wiktor.
- Cześć kochanie – przywitał się ze mną i złożył na moich ustach subtelny pocałunek.
- Obudziłeś mnie, łobuzie!
- Mam cię zostawić?
- Jesteś aż tak okropny? – odpowiedziałam pytaniem.
- Dam ci coś, ok? – zapytał.
- Co? – zdziwiłam się.
On podszedł do szafki z lekami, otworzył kłódkę i wyjął jakąś ampułkę.
- Po tym będzie ci się lepiej spało, kochanie – obiecał – i nie będziesz się tak denerwować tym wszystkim.
Z ampułki przelał płyn do strzykawki, a stamtąd do mojego wenflonu. Rzeczywiście – podziało. Już kwadrans później spałam wtulona w jego ramiona.

Następnego dnia pielęgniarki obudziły mnie przed szóstą. Poszłam do łazienki, wykąpałam się w „błękitnym płynie” odkażającym, a później przyszłam na salę. Wiktor chyba już na mnie czekał. Wszedł zaraz za mną. Pomógł naciągnąć mi pończochy uciskowe na nogi.
Po chwili pan Kibard zabrał mnie na salę. Wiktor cały czas trzymał mnie za rękę. Przed „czerwoną linią” pocałował mnie i puścił moją dłoń. Coraz mniej się bałam.
- Zaraz się zobaczymy, kochanie – zapewnił.

I pojechałam. Na sali operacyjnej oślepiło mnie światło. Przejął mnie anestezjolog, który założył mi maseczkę na nos i usta. Wstrzyknął mi również coś do wenflonu. Urwał mi się film…
Obudziłam się na sali wybudzeń z rurką intubacyjną w gardle. Chciałam wziąć głębszy oddech, jednak poczułam ogromny ucisk i ból. Z oczu popłynęły mi łzy. Na szczęście zauważył to pan Kibard. Natychmiast podszedł do mnie. Wyciągnął z mojej buzi rurę i uspokoił mnie. Byłam bardzo zmęczona. Zasnęłam. Znów obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej. Stał przy mnie Wiktor.
- Cześć kochanie – przywitał się ze mną. – Jak się czujesz? – zapytał troskliwie.
- Dobrze – odpowiedziałam słabym głosem. – Kiedy mnie stąd wypuścicie? – zapytałam, kiedy poprawiał mi poduszkę.
- Jutro. Dzisiaj jeszcze prześpisz się podłączona do aparatury. Tata chce zobaczyć czy, aby na pewno, wszystko jest w porządku. Martwi się o swoją synową – zaśmiał się.
Nie skomentowałam tego. Widziałam, że na korytarzu jest moja najbliższa rodzina.
- Wpuścicie ich? – zapytałam Wiktora i pokazałam swoich rodziców głową.
Po chwili byli u mnie wszyscy jednak nie długo, bo po chwili byłam już bardzo zmęczona.
Następnego dnia byłam już w zwykłej sali. Coraz lepiej się czułam. Po czterech dniach pan Kibard podpisał mój wypis ze szpitala.
- Idziemy pić? – zapytałam Wiktora, gdy tylko wsiedliśmy do jego Toyoty.
- Dopiero wyszłaś ze szpitala, kochanie – przypomniał mi.
- Wiem. I dlatego chciałabym się odstresować – oznajmiłam.
- Idźmy na kompromis: w tym tygodniu odpoczniesz, zanim tata zdejmie ci szwy nie będziesz się przemęczać i będziesz chodziła spać o normalnych porach, a potem zabiorę cię na cudną imprezę – poprosił, przy czym pocałował mnie, jak troskliwy tatuś, w skroń.
- Ale obiecujesz?
- Obiecuję.

W końcu przyjechaliśmy. Wszystkie światła w domu były zgaszone. Jakby nikogo tam nie było.
- Ej, co jest? – zapytałam.
- Twoi rodzice znów musieli wyjechać w delegacje. Do jakiegoś klienta ze Szwajcarii.
- Znowu do Zurichu pojechali? A Karolcia? – zapytałam ucieszona.
- Nie wiem, na szczęście dała mi klucze.
Wiedziałam, że coś święci. W innym wypadku przecież pojechalibyśmy do niego. Otworzył drzwi. Było ciemno, żaluzje były zasłonięte. Zapaliłam światło w przedpokoju.
- Niespodzianka! – zawołała Karola, przy czym wyskoczyła wraz z Bartkiem zza kanapy. Później zaczęli wychodzić z ukrycia wszyscy nasi przyjaciele i znajomi. Mówili, że dobrze wyglądam. Zaczęła się impreza. Bawiłam się niesamowicie, chociaż już o jedenastej Wiktor zaganiał mnie do łóżka. Postawiłam mu warunek: położę się, jeśli on będzie przy mnie. Całą noc spałam jak niemowlak. Czułam się z Wiktorem tak bardzo bezpiecznie.
Następnego ranka obudziłam się w swoim łóżku sama.
- Wikuś! – zawołałam.
- Już idę, kochanie – usłyszałam w odpowiedzi. Otwierał w tym czasie drzwi nogą. Dłonie miał zajęte tacą, na której niósł śniadanie i gorące napoje.
- Smacznego, kotku – powiedział, gdy postawił posiłek na moich kolanach.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła? – zapytałam.
- Zginęłabyś – powiedział nieskromnie.
Zobaczyłam na tacy jajecznicę, pyszny, pełnoziarnisty chleb i kawę rozpuszczalną oraz pysznie wyglądające jabłko. Po chwili wzięłam się za jedzenie. Jajecznica bardzo mi smakowała. Później chciałam wziąć i zjeść jabłko. Niestety, to nie było mi dane. Wzięłam je za koniuszek i wtedy rozpadło się na dwie części. Było ono wydrążone, a w jego środku był pierścionek. Wiktor ukląkł przede mną.
- Paulinko, wyjdziesz za mnie? – na to pytanie czekałam, odkąd tylko zobaczyłam, że jest mężczyzną mojego życia.
- Nie… - nie umiałam się wysłowić – nie mogę w to uwierzyć. Jesteś miłością mojego życia. Moją połówką pomarańczy – wzruszyłam się. – Co ja mówię! Pasujemy do siebie jak części tego jabłka!
- Kocham cię – wykrzyknął i zaczął całować moje usta. – Mam dla ciebie jeszcze jeden prezent – powiedział, gdy przestał mnie całować.
- Jaki? Kochanie, naprawdę…
On nie dał mi jednak dokończyć.
- Podnieś talerz – dał mi polecenie. Posłuchałam, a tam zobaczyłam bilet lotniczy.
- Jak to? – zapytałam, nie dałam rady powiedzieć nic więcej.
- W poniedziałek wieczorem lecimy do Paryża – oznajmił.
- Odwróć się do mnie tyłem i zdejmij koszulkę, proszę.
- Po co? – zdziwił się.
- Chcę zobaczyć, czy aby na pewno nie masz tam skrzyde
Statystyki:

Ocena: +2 (+2,-0)
Kategoria: Miłość
Odsłony: 92
Komentarze: 3
Dodany: 30.12.2011 13:58
Edytowany: nigdy
Avatar
stokrotka354 Status

Oceny

Minus
Brak

Komentarze

Mariusz | 30.12.2011 16:28 #
Avatar
MariuszStatus
Stokrotko..to opowiadanie już czytałem tutaj niedawno:)
Avatar
stokrotka354Status
Wiem, jednak nie mam pojęcia,co się dzieje, że nie mogę go całego wstawić. Czy to możliwe, żeby było zbyt długie?
Avatar
ryszartStatus
- może jak już widziałaś ile się wkleiło, należałoby wkleić resztę - z dwoma literkami cd?

Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany! Zaloguj się, aby dodać komentarz oraz aby ocenić publikację.
Podoba Ci się ta publikacja? Kliknij:

Lista obecności

Emilia, Serena, Szczurek, zetka oraz 11 gości.
Polonistycznie.info to portal przeznaczony dla osób, które interesuje poezja w każdej formie. Znajdziesz tu przeróżne wiersze - m.in. wiersze miłosne, smutne wiersze, czy wiersze o przyjaźni. Gdy zatrzymasz się na dużej natrafisz na niejeden erotyk, który wywoła u Ciebie pozytywne emocje. Gdy zapragniesz odmiany i nieco innego rodzaju twórczości, wystarczy, że zajrzysz do kategorii wiersze dla dzieci. Już dziś zarejestuj się w Polonistycznie.info - portal literacki.