Refleksyjnie / Z pamiętnika
Wstrząs
Mam na imię Paulina. Mieszkam w niewielkiej mieścinie na Mazurach. Moje życie, które chciałabym opisać, nie było usłane różami, raczej kolcami... W dzieciństwie było ciężko. Moi rodzice wyjechali do pracy za granicę, gdy miałam 6 latek, zostawiając mnie i mojego niewiele starszego brata pod opiekę rodzicom naszej mamy. Z nimi mieszkały również nasze, dwie ciocie. Jedna z nich była ode mnie zaledwie 5 lat starsza. Druga, jedynie 12, tak więc nie mieliśmy kłopotu dogadania się z nimi.
W czasie 18 urodzin starszej z ciotek - Ani, przestałam widzieć kolory. To stało się tak nagle. Nie wiedziałam co się dzieje. Nagle nie wiadomo skąd, widziałam tylko czerń i biel. Pamiętam, jakby to było wczoraj, że rozpłakałam się dopiero wtedy, gdy młodsza z ciotek - Karolina, zachęcała mnie, abym z nią rysowała.
***
Później wszystko działo się tak szybko. Dziadkowie zaniepokoili się. Nasz lekarz rodzinny zalecił niezwłoczną tomografię. Z każdym dniem pogarszał się mój stan, choć wzrok wrócił następnego dnia. Wtedy przewieziono mnie karetką na najbliższy oddział neurologii, byłam półprzytomna.
znalazł się kolejny problem. Mianowicie: nie mogli zrobić mi badania bez zgody jednego z prawnych opiekunów.
Wtedy Ania (nie umiem na nią mówić "ciocia") musiała kombinować jak zdobyć to zaświadczenie. Zadzwoniła do rodziców i poprosiła ich o faks. Nie czekaliśmy długo.
Później przeprowadzili mi to badanie. Jednak w narkozie, więc nie mogę znać ani wyniku, ani późniejszych wydarzeń.
Obudziłam się następnego dnia. Ania wyjaśniła mi, że przewiozą mnie do innego szpitala. Do Warszawy.
Po kilku dniach w Centrum powtórzyli badania. W międzyczasie przyleciała moja rodzicielka.
Zaczynałam tracić sprawność. Najpierw odebrało mi prawą dłoń. Potem całą rękę. Przed samym zabiegiem odebrało mi zdolność chodzenia. Pielęgniarki przyprowadziły do mojej sali szpetny, granatowy wózek. Nie lubiłam go.
Moja mama zamieszkała w przyszpitalnym hotelu. 21 stycznia mój lekarz prowadzący wraz z zespołem neurochirurgów zdecydował o konieczności przeprowadzenia zabiegu.
Operację zaplanowano na 2 dni później.
Chociaż byłam małym dzieckiem, bałam się straszliwie. Mojego strachu nie dało się niczym wyrazić. 22 stycznia byłam cały dzień na czczo. Nie byłoby to problemem, bo z natury byłam niejadkiem, gdyby nie fakt, że dali mi jakieś sterydy.
Nadszedł 23 stycznia. Bałam się, ale tylko rano. Około 10 przyszła do sali "ciocia" - pielęgniarka i dała mi chyba "głupiego jaśka".
Później facet w białym kitlu przewiózł mnie na salę operacyjną półprzytomną. Przejął mnie anestezjolog, który podłączył mnie pod te wszystkie swoje kabelki i założył mi na twarz maseczkę.
Po chwili poczułam przyjemny, słodki zapach. Ten anestezjolog powiedział do mnie:
- Dobranoc. Spotkamy się jutro. - i odpłynęłam do krainy nicości.
O dziwo... miałam sen. Był realistyczny, ale prawie idealny.
Byli w nim wszyscy ludzie, których kochałam: rodzice, Przemuś (brat), Ania, Karolcia, dziadkowie, ale także MÓJ LEKARZ PROWADZĄCY.
Tak, darzyłam go uczuciem niczym ojca. W tym śnie wszystkie moje wspomnienia zlewały się w jedno.
Tego, co mi się wtedy śniło, nie da się opisać. Nie ma tak pięknych słów, aby opisać wszystko, co tam widziałam, słyszałam i czułam.
***
Kiedy się obudziłam nie wiedziałam gdzie jestem. Nagle znikła piękna, piaszczysta plaża. To wszystko co tam słyszałam i czułam: zapach oceanu, szum wiatru, śmiech ludzi...
Przy łóżku ujrzałam swoją rodzicielkę. Trzymała mnie za dłoń i zalewała się łzami... Chciałam ją pocieszyć, powiedzieć "wszystko jest dobrze", jednak nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Miałam wrażenie, że ona straciła nadzieję, że się obudzę. Spróbowałam poruszyć dłonią. Udało się. Spojrzała na mnie i rozpromieniła się.
- Córciu, jesteś wśród nas! - prawie wykrzyknęła.
Pokazałam jej, że nie mogę mówić. Prawie płakałam.
- Zaraz przyjdzie Pan Doktor i wyjmie Ci rurkę.
Wtuliłam się w jej ciepłe ramiona. Tylko to mi teraz zostało. Miałam nadzieję, że ból minie. Czułam, że za chwilę ból rozsadzi mi głowę, a ta rozpadnie się na miliony części.
***
Nie pamiętam co się działo kilka dni po wybudzeniu. Pamiętam dopiero, gdy przeniesiono mnie na "zwykłą" salę. Niestety nie są to miłe wspomnienia. Codziennie, gdy pytałam lekarza, kiedy będę mogła wyjść już z tego szpitala odpowiadał mi tylko szyderczym uśmieszkiem. Ale nie to było najgorsze... nie potrafię o tym mówić, ani nawet pisać, jednak postaram się...
CO 2 - 3 DNI, ŚREDNIO DWA RAZY W TYGODNIU "UKOCHANY" MÓJ PAN DOKTOREK WBIJAŁ MI SIĘ W GŁOWĘ... PAMIĘTAM WIELKOŚĆ TEJ IGŁY... TEJ STRZYKAWKI... PAMIĘTAM TEN BÓL... TEN STRASZLIWY, NIEWYOBRAŻALNY BÓL... TEGO BÓLU NIE DA SIĘ OPISAĆ...
W czasie 18 urodzin starszej z ciotek - Ani, przestałam widzieć kolory. To stało się tak nagle. Nie wiedziałam co się dzieje. Nagle nie wiadomo skąd, widziałam tylko czerń i biel. Pamiętam, jakby to było wczoraj, że rozpłakałam się dopiero wtedy, gdy młodsza z ciotek - Karolina, zachęcała mnie, abym z nią rysowała.
***
Później wszystko działo się tak szybko. Dziadkowie zaniepokoili się. Nasz lekarz rodzinny zalecił niezwłoczną tomografię. Z każdym dniem pogarszał się mój stan, choć wzrok wrócił następnego dnia. Wtedy przewieziono mnie karetką na najbliższy oddział neurologii, byłam półprzytomna.
znalazł się kolejny problem. Mianowicie: nie mogli zrobić mi badania bez zgody jednego z prawnych opiekunów.
Wtedy Ania (nie umiem na nią mówić "ciocia") musiała kombinować jak zdobyć to zaświadczenie. Zadzwoniła do rodziców i poprosiła ich o faks. Nie czekaliśmy długo.
Później przeprowadzili mi to badanie. Jednak w narkozie, więc nie mogę znać ani wyniku, ani późniejszych wydarzeń.
Obudziłam się następnego dnia. Ania wyjaśniła mi, że przewiozą mnie do innego szpitala. Do Warszawy.
Po kilku dniach w Centrum powtórzyli badania. W międzyczasie przyleciała moja rodzicielka.
Zaczynałam tracić sprawność. Najpierw odebrało mi prawą dłoń. Potem całą rękę. Przed samym zabiegiem odebrało mi zdolność chodzenia. Pielęgniarki przyprowadziły do mojej sali szpetny, granatowy wózek. Nie lubiłam go.
Moja mama zamieszkała w przyszpitalnym hotelu. 21 stycznia mój lekarz prowadzący wraz z zespołem neurochirurgów zdecydował o konieczności przeprowadzenia zabiegu.
Operację zaplanowano na 2 dni później.
Chociaż byłam małym dzieckiem, bałam się straszliwie. Mojego strachu nie dało się niczym wyrazić. 22 stycznia byłam cały dzień na czczo. Nie byłoby to problemem, bo z natury byłam niejadkiem, gdyby nie fakt, że dali mi jakieś sterydy.
Nadszedł 23 stycznia. Bałam się, ale tylko rano. Około 10 przyszła do sali "ciocia" - pielęgniarka i dała mi chyba "głupiego jaśka".
Później facet w białym kitlu przewiózł mnie na salę operacyjną półprzytomną. Przejął mnie anestezjolog, który podłączył mnie pod te wszystkie swoje kabelki i założył mi na twarz maseczkę.
Po chwili poczułam przyjemny, słodki zapach. Ten anestezjolog powiedział do mnie:
- Dobranoc. Spotkamy się jutro. - i odpłynęłam do krainy nicości.
O dziwo... miałam sen. Był realistyczny, ale prawie idealny.
Byli w nim wszyscy ludzie, których kochałam: rodzice, Przemuś (brat), Ania, Karolcia, dziadkowie, ale także MÓJ LEKARZ PROWADZĄCY.
Tak, darzyłam go uczuciem niczym ojca. W tym śnie wszystkie moje wspomnienia zlewały się w jedno.
Tego, co mi się wtedy śniło, nie da się opisać. Nie ma tak pięknych słów, aby opisać wszystko, co tam widziałam, słyszałam i czułam.
***
Kiedy się obudziłam nie wiedziałam gdzie jestem. Nagle znikła piękna, piaszczysta plaża. To wszystko co tam słyszałam i czułam: zapach oceanu, szum wiatru, śmiech ludzi...
Przy łóżku ujrzałam swoją rodzicielkę. Trzymała mnie za dłoń i zalewała się łzami... Chciałam ją pocieszyć, powiedzieć "wszystko jest dobrze", jednak nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Miałam wrażenie, że ona straciła nadzieję, że się obudzę. Spróbowałam poruszyć dłonią. Udało się. Spojrzała na mnie i rozpromieniła się.
- Córciu, jesteś wśród nas! - prawie wykrzyknęła.
Pokazałam jej, że nie mogę mówić. Prawie płakałam.
- Zaraz przyjdzie Pan Doktor i wyjmie Ci rurkę.
Wtuliłam się w jej ciepłe ramiona. Tylko to mi teraz zostało. Miałam nadzieję, że ból minie. Czułam, że za chwilę ból rozsadzi mi głowę, a ta rozpadnie się na miliony części.
***
Nie pamiętam co się działo kilka dni po wybudzeniu. Pamiętam dopiero, gdy przeniesiono mnie na "zwykłą" salę. Niestety nie są to miłe wspomnienia. Codziennie, gdy pytałam lekarza, kiedy będę mogła wyjść już z tego szpitala odpowiadał mi tylko szyderczym uśmieszkiem. Ale nie to było najgorsze... nie potrafię o tym mówić, ani nawet pisać, jednak postaram się...
CO 2 - 3 DNI, ŚREDNIO DWA RAZY W TYGODNIU "UKOCHANY" MÓJ PAN DOKTOREK WBIJAŁ MI SIĘ W GŁOWĘ... PAMIĘTAM WIELKOŚĆ TEJ IGŁY... TEJ STRZYKAWKI... PAMIĘTAM TEN BÓL... TEN STRASZLIWY, NIEWYOBRAŻALNY BÓL... TEGO BÓLU NIE DA SIĘ OPISAĆ...
| Statystyki: Ocena: +2 (+2,-0) Kategoria: Z pamiętnika Odsłony: 83 Komentarze: 2 Dodany: 09.01.2012 10:26 Edytowany: nigdy |
stokrotka354
Status:offline
|
Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora | |



Powiadamiaj mnie o nowych publikacjach tego autora
Oceny
Komentarze
Emilia
' Miłość jest najpiękniejszą realizacją
tych możliwości, które tkwią w człowieku '
- Karol Wojtyła
mamusia45
Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie. Większości ludzi taki śmiech sprawia ból.
Friedrich Nietzsche
Dodaj komentarz